27 lipca 2007

The Complainer&The Complainers: The Complainer&The Complainers (mik.musik!, 2007)

Wojtek Kucharczyk, The Complainer we własnej osobie i jednocześnie szef wytwórni mik.musik!, jest postacią znaną w świecie laptopowej elektroniki od lat. To zdanie musiało paść, na wszelki wypadek, ponieważ pojęcie „znana postać” jest oczywiście dość względne. Ja na przykład do czasu otwarcia kolorowego pudełka skrywającego płytę The Complainera nie miałem pojęcia o jego istnieniu. Ale nic to, życie jest po to, żeby nadrabiać stracone chwile, czyż nie?

Samozwańczy Pierwszy Maruda Rzeczpospolitej with a little help of his friends from whole world (naprawdę całego) za pomocą sprytnych programów łączących miliony sampli wysmażył perfekcyjnie hałasującą, mieniącą się seledynowymi kolorami iskier dźwiękową petardę miłości. W szesnastu hymnach wychwala miłość jako lekarstwo na całe zło naszego głupiego świata. A używa do tego środków, które trudno ogarnąć na pierwszy (i drugi, i trzeci) rzut ucha. To szalona wyprawa przez kontynenty pokręconych dźwięków, to stąpanie po miękkim dywanie utkanym z wesołych nutek, to skakanie po grzywiastych falach bębniących po głowie bitów. Ten nadmiar może przeszkadzać, może męczyć, ale o tym później. Wierzę na słowo (jak już wspomniałem, jeśli chodzi o twórczość Mr. Kucharczyka jestem neofitą), że jest to najbardziej piosenkowa i najbardziej przystępna muzycznie płyta Complainera. Tę teorię zdaje się potwierdzać zaczynający płytę utwór I Am So Alive. Nie da się ukryć, to największy hook płyty: zabójczo rytmiczny, wariacko roztańczony, z zabawnie brzmiącym, manierycznym wokalem. Numer 2, I Will Follow, zdradza już objawy największego grzechu tej płyty (może dla niektórych będzie to akurat zaleta) – przerostu formy nad treścią, nadmiaru dźwięków, które bombardują umysł i wycieńczają go, zanim artysta przejdzie do rzeczy, czyli dopiero – tak! – w okolicy piątej minuty, kiedy to utwór przybiera formę Lennonowskiej ballady. Co za dużo to niezdrowo! Ta refleksja pojawiła się w mojej głowie wielokrotnie podczas odsłuchu płyty. Ale – powtarzam! – ta konwencja jest mi na tyle nowa, że być może mnie przytłoczyła. Dla przykładu w trzecim na liście utworze Animulae dzieje się tak dużo, że musiałem skorzystać z opisu umieszczonego na stronie mik.musik, żeby zrozumieć, co to właściwie jest (pozwolę sobie zacytować, choć nie pytałem o pozwolenie): „muzycznie – gospel, raga, soul, metal, konkret, noise, oklaski i tykanie zegara. Gościnnie śpiewa USONIA (z NYC) ze swoim gospelowym chórem i URKUMA (z Italii) po łacinie wypowiada się o trudach i pięknym celu”.

Okej, trochę się wygłupiam, ale chyba mieszczę się w konwencji. Z rzeczy, które mi się podobają szalenie: It’s Not Crime – przejrzysta konstrukcja i electroclashowa rytmika napędzają do tańca (bardzo fajne wokale, no i te wszystkie basowe rzeczy w bazie); Ioigame Compayi – rytmiczne, niemal punkowe nawoływanie do rewolucji, prawdopodobnie w imię miłości (oczywiście), ozdobą są wymiatająco-czadowe hałasy w wykonaniu Psychocukru; Folio z zastanawiającym gitarowym tłem i niepokojącym dysharmonicznym solo made by Bartek Magneto (Starzy Singers tudzież Mitch&Mitch); Gugla – bardzo klimatyczne nagranie, mnie, człowiekowi wychowanemu na gitarowym graniu kojarzące się z surowymi kawałkami noise’u w wydaniu np. Ewy Braun. No i absolutne objawienie. Zamykający płytę utwór No Rush No Hunger to niezwykłej urody pieśń o tym, co można zrobić dla świata, by był lepszy. Taka naiwna, hipisowska w wymowie, ale jakże piękna, jak słodko brzmiąca za sprawą tego powtarzanego w pętli orkiestrowego motywu i tej archaiczne beatlesowskiej perkusji. Pięknie!

Ta końcówka ukróca właściwie wszelkie moje marudzenie, że mogłoby być więcej piosenek, że mogłoby być bardziej pop (a co, to nic złego). Ja się nie znam, ale i tak mi się podoba.


Artist site: http://www.thecomplainer.mikmusik.org
ver.: polish / english

19 Wiosen: Pedofil (Love Industry, 2007)

19 Wiosen to prawdziwa legenda polskiego punkrocka. Ale „legenda” nie znaczy „skamielina”. 19 Wiosen wreszcie doczekali się porządnego debiutu płytowego (poprzednie wydawnictwa były kompaktowymi reedycjami materiału z kaset z początku działalności) – i to debiutu na miarę dzisiejszych czasów. Znakomita produkcja dźwięku i efektownie wydana przez młodą wytwórnię Love Industry płyta robią spore wrażenie. A dlaczego o tym wspominam? Bo muzyka 19 Wiosen to czysty punk, z jego wszystkimi zakonserwowanymi w formalinie ideałami i ideologiami: anarchizmu i bylejakości. Jest tak, jakbyśmy odmrozili jakiegoś zagubionego na biegunie zimna (okolice Suwałk) hibernatusa z irokezem na głowie i ubrali go we współczesne ciuchy. Ten gość wygląda prawie tak jak każdy inny na ulicy, ale zachowuje się i mówi jakoś inaczej.

Pedofil, „to słowo, które wywołuje dreszcz – mówił w wywiadzie dla studenckiego pisma PKS Marcin Pryt, wokalista i autor tekstów Wiosen - jest metaforą kogoś, kogo pozostali traktują najgorzej”. Ta wypowiedź uzmysławia, że płyta 19 Wiosen nie jest po prostu zbiorem piosenek, jak można by sądzić słuchając muzyki. Pedofil jest manifestem, krzykiem protestu, walki i – rezygnacji, skrajnego pesymizmu. To przejmujący obraz współczesności malowany przez wrażliwego człowieka, który ciągle wierzy w ideały młodości, ale zdaje sobie sprawę (z niedowierzaniem?) z ich nieaktualności. A jednocześnie kawał świetnej literatury (poezji? prozy? czegoś pomiędzy?), dorównującej poziomem twórczości Marcina Świetlickiego. Nie widzieliście błysku w dziennym świetle?/ Nie słyszeliście dźwięku w hałasie?/ Nie szkodzi! Być może nie wyróżniał się na tle pęcherzyków powietrza w lepkiej masie – skanduje Pryt w Iskrze. No właśnie, skanduje. I krzyczy. Manifestuje. Ale nie śpiewa. Ten wyraz buntu dla obecnej kultury łatwych melodii, dowód anarchistycznej wolności – czasem doskwiera i męczy. Bo muzyka aż zachęca do śpiewu. Fantastycznie melodyjne zestawienie archaicznie brzmiących klawiszy obsługiwanych przez Grzegorza „Fagota” Fajngolda i barokowego stylu gry na gitarze Konstantego Usenki (który jest, co ciekawe, wykształconym muzykiem) napędzanych precyzyjną perkusyjno-basową machinerią daje wielkiego tanecznego kopa. Motywy grane unisono przez klawisze i gitarę wdzierają się w czaszkę z bezwzględną pewnością siebie. To nietypowe brzmienie spowodowało powstanie kilku wydumanych określeń typu barok-punk czy aero-punk (wymyślili je zresztą sami muzycy; to się nazywa PR), jednak jakbyśmy tego stylu nie nazwali, trudno odmówić mu jednego: oryginalności.

Wyjątkowość brzmienia sprawia, że pierwszych piosenek słucha się z rozkosznym zdumieniem i to one najgłębiej zapadają w pamięć: Piorun, Jelcz i Mutant (ze słynnym już refrenem, który zapewne będzie najczęściej cytowanym tekstem z płyty: Jestem mutantem/ Neonizuję; według Marcina Pryta ten neologizm ma oznaczać wewnętrzną poświatę, którą posiada każdy człowiek i wydzielającą przytłumione światło niczym neon). Mniej więcej w połowie płyty człowiek zaczyna się jednak męczyć, a palec nieuchronnie zbliża się do przycisku stop. Płyta obudowana jest w całości wokół jednego patentu brzmieniowego. Przydałoby się trochę kompozycje urozmaicić, wiele dobrego zrobiłaby... zwykła gitara. To znaczy gitara grająca „normalnie”. Ci, którzy znają już ten materiał, wiedzą o czym myślę. Do moich ulubionych kawałków zaliczam Dobermana (ciekawy tekst odwołujący się do subkultury graczy komputerowych), Lazur z klawiszem udającym wibrafon i przypominającym hymn religijny przejmującym tekstem i Damskiego boksera (wyczuwam duchową bliskość z twórczością Jarka Janiszewskiego z czasów Bielizny).

To nie jest płyta, która spodoba się każdemu. Jednak każdy, kto chce się uważać za „obytego”, powinien ją poznać, bo to niewątpliwie jedna z najbardziej znaczących i specyficznych produkcji ostatnich lat. I taką pozostanie na zawsze.

Band site: http://www.19wiosen.net/
ver.: polish / english

25 lipca 2007

Obserwator: The Mothers

Czyżby nowi Libertyni z Kędzierzyna-Koźla? Ciekawe kiedy zaczną rozrabiać? A tak zupełnie serio, The Mothers mają coś wspólnego ze wspomnianymi The Libertines, czy może raczej z ich nieco bardziej zdyscyplinowanym odłamem w postaci Dirty Pretty Things: umiejętność tworzenia zaraźliwych melodii i postpunkową zadziorność. Oraz silny londyński akcent (tak go symbolicznie określmy, ekspertem od brytyjskich akcentów nie jestem) wokalisty.

Zespół udostępnił mi pięć piosenek, zastrzegając jednak, że pochodzą z różnych sesji i nie stanowią jednorodnego materiału. Drobne różnice stylistyczne rzeczywiście są wyczuwalne, ale mimo to wszystkich kawałków słucha się bardzo przyjemnie. Pretty Ugly ma powolne tempo i klaskany rytm; sprawdza się jako wstęp do szybszych utworów. Fajnie wypada naturalnie „przesterowany” wokal Bartka Stolarka i rozpędzające się po drugim refrenie gitary. Nightlife In Big City to już przebój pełną gębą. Taneczna rytmika, pozornie toporne riffy, które precyzyjnie spaja pulsujący bas i zgrabnie uchwycony klimat wielkomiejskiej nocy pełnej pokus. Fool Kids Are Dead – nieco bardziej złożony numer, rytmiczne, oparte na mocno wybijanej stopie zwrotki i przepełnione gitarowym jazgotem refreny. Przydałoby się więcej emocji w głosie Bartka. Go Go Dancer jakoś nie zapadł mi w pamięć, więc bez recenzji. Za to ostatni w zestawie numerek This Girl, oh yes. Buja jak diabli! Piekielnie nośny motyw przewodni, tekst, który wymusza kilka spazmatycznych chichów (fuck! fuck! fuck!). No i ten Doherty’owski wokal! Po prostu rewelacja (choć traktuję go raczej jako rodzaj parodii). This girl is not for you-u. Fuck fuck fuck! Przekonaliście mnie.

The Mothers na jesieni wchodzą do studia i rejestrują swój pierwszy album. Jeśli nie oklapną i nie zaczną grać ballad, będzie git.


Band site: http://www.the-mothers.ovh.org
ver.: polish
media: free mp3

24 lipca 2007

Pierwszy 1000, czyli trochę statystyki

Właśnie stuknęło nam pierwsze 1000 wizyt i to w dość krótkim czasie, bo od 10 lipca licząc. Można więc już pokusić się o pewne podsumowanie działalności Don't Panic We Are From Poland.

Tysiąc wizyt przekłada się na prawie 350 użytkowników. Całkiem sporo jak na stronę, która wystartowała niecały miesiąc temu.

Najpopularniejsze słowa-klucze, które doprowadziły Was na stronę bloga to: nosowska i unisexblues, hurt i nowy początek, kobiety i amnestia. Czyżbyśmy znali już najważniejszych wykonawców i płyty tego roku?:) Inne powtarzające się frazy to: out of tune, julia marcell, brylewski, psychocukier.

Skąd są czytelnicy bloga? Jeśli chodzi o Polskę, najwięcej pochodzi z województw: mazowieckiego, śląskiego, łódzkiego, wielkopolskiego i dolnośląskiego. System monitorujący odnotował też wizyty internautów z kilku krajów europejskich (najwięcej z Irlandii, Holandii, Niemiec, Wielkiej Brytanii, a także Finlandii), Stanów Zjednoczonych (m.in. Kansas City, Nowy Jork, Filadelfia) i Azji (azjatycka część Rosji, Japonia i Filipiny). Czujmy się światowcami!

Miłą wiadomością jest też ta, że średni czas wizyty na blogu przekracza 4 minuty, co jest naprawdę dobrym wynikiem na stronę złożoną przede wszystkim z tekstów.

Dziękuję za odwiedziny i wierzę w to, że będziemy razem. W końcu nie mamy się czego wstydzić - jesteśmy z Polski!

A już pod koniec wakacji czeka na Was kilka sympatycznych niespodzianek. Zaglądajcie często!

23 lipca 2007

Dick4Dick: Silver Ballads (Zgniłe Mięso, 2005)

Są dwa powody, żeby wrócić do wydanej dwa lata temu płyty Dick4Dick. Po pierwsze szykuję się do ich koncertu na tegorocznym Off Festivalu w Mysłowicach. Po drugie, płytę można za darmo pobrać ze strony Dików, więc każdy może się zapoznać z tą jakże sympatyczną i jakże bezpruderyjną muzyką.

Panowie z Dick4Dick są narcyzami, a ich ego jest tak wielkie, że płytę zaczynają pełnym uwielbienia skandowaniem publiczności Dick4Dick, Dick4Dick! Co tu dużo gadać, oni po prostu uwielbiają siebie i kochają być uwielbiani. Dic4Dick to taki pornograficzny Right Said Fred razy cztery. Pamiętacie: I am too sexy? Ci kolesie nie mają żadnych wątpliwości: Jesteśmy bogami seksu!

Silver Ballads to przewrotny, przezabawny, przegięty zestaw piętnastu electroclashowych hymnów pochwalnych dla wolnej miłości i pornografii. Przy okazji to zabawa znanymi motywami. Diki parodiują przeboje AC/DC (Suck My Thunder), Bon Jovi (Suckin’on), Queen (Technology na melodię Radio Ga-ga), Iggy Popa (I Wanna Be Yer Cock), a nawet Black Sabbath (Drink My Kefir jako Paranoid)! Jak widać po samych tytułach, Dikom wszystko się kojarzy z jednym. Dla nich świat kręci się wokół pewnego podłużnego organu. Feministki powinny być zachwycone – oto potwierdza się ich teoria, że każdy facet myśli... dikiem.

Muzycznie Silver Ballads to kawał świetnej zabawy. Same hiciory skąpane w elektronicznym sosie. Dikom blisko do Depeche Mode, Hot Chip, a nawet modnych ostatnio Junior Boys. W Fuck Last One serwują klasyczne oldskulowe disco (późne lata 80., wakacyjne potańcówki w ośrodku wczasowym nad morzem, Sabrina i Samantha Fox, jeee!), Wet And Dirty to funkowe jazda napędzana kapitalnym motywem basu, a Silver Dick z kolei to akustyczna ballada o... Tak, zgadliście. Diki wszystkich ras łączcie cię! W Dick In Your Mauf zespół brzmi jak Prodigy, a w moim ulubionym Pornographic jak dancepunkowe !!! czy LCD Soundsystem (bas!!!).

Na koniec mały test: jeśli zdanie „Zassij Dików” budzi u ciebie obrzydzenie, oburzenie, chęć użycia wody święconej i odmówienia pięciu zdrowasiek, uciekaj stąd w te pędy. Jeśli natomiast wywołuje szelmowski uśmiech połączony ze znaczącym chichotem, zrób to! Wejdź na stronę Dików i zasysaj:)

ver.: polish
media: free mp3 (full album)

Obserwator: Pl.otki

Plotki to grupka zrelaksowanych poznaniaków, grająca wesołego college rocka nawiązującego do tradycji nieodżałowanej formacji Happy Pills (perkusista, Tomasz Maćkowiak, grał właśnie w tym zespole). Na wokalu znana z Orchid Natalia Fiedorczuk, tu śpiewająca zupełnie inaczej, na luzie, bez większego kombinowania z liniami wokalnymi.

Piosenki, które można pobrać ze strony zespołu, to radosna mieszanka college, indie i neonowego rockandrolla spod znaku The B-52’s, który to zespół zresztą Plotki uhonorowały wielce sympatycznym coverkiem kawałka Wig. Wśród tych nagrań zadziorne nuty pobrzmiewają w Stinky Spam i Lost In Da Wood, miło kołysze najbardziej chyba charakterystyczny ze względu na tekst Pies o pies, a do tańca porywa chwytliwy Friscoburgerking.

W najbliższych miesiącach Plotki pewnie zejdą na dalszy plan, ponieważ Natalia pracuje nad LP Orchid. Wierzę jednak, że ta formacja nie zawiesi działalności. Już dziś mam wielką ochotę na kolejną eskalację ironicznego humoru w otoczeniu wpadających w ucho gitarowych dźwięków.

ver.: polish / english
media: free mp3

Psychocukier: Małpy morskie (Love Industry, 2007)

Płytowy debiut zespołu Psychocukier, kreowany na wydarzenie roku, zawodzi na całej linii. Chyba nie tego się spodziewałem czytając wypowiedzi Tych, Którzy Pierwsi Słyszeli Gotowy Materiał oraz Tych, Którzy Znają Się Z Zespołem Jak Łyse Konie. Psychocukier pochodzi z Łodzi, a tam najwyraźniej „psycho” nie wychodzi. Przynajmniej nie tak, jak nad morzem. Chłopaki bardzo chcą brzmieć jak „scena trójmiejska”, ale za dużo w tych chęciach naśladownictwa, a za mało indywidualności. W efekcie w kawałkach „psycho” zespół brzmi jak epigon Ścianki z ery Statku kosmicznego i Kobiet z pierwszej i drugiej płyty.

Taki jest Ametyst 104, który jeszcze ma zadatki na przebój (powiedzmy, że po paru piwach i machach trawą mógłbym się przy tym kawałku trochę pobujać), ale już Asfendyklis (który chyba ma zabawny tekst, ale pewny całkiem nie jestem) i Częściowa awaria podstacji są po prostu nudne, a brak pomysłu na rozwinięcie kompozycji nadrabiają bezsensownym hałasem. Po drodze są jeszcze dwa marne szkice do piosenek w postaci minutowej Mamy – drugiej baterii i półtoraminutowego Harry’ego J. (w tym przypadku można przynajmniej mówić o piosence). Zabrakło pomysłu, czasu, talentu? W każdym razie czegoś zabrakło, jest za to głośno. Za głośno. Przełom następuje na wysokości utworu Syreny, który za sprawą francuskiego (a właściwie pseudofrancuskiego) tekstu i onirycznego klimatu mocno kojarzy się ze wspomnianymi już Kobietami. Przesadzono tylko z pogłosami, w których powodzi całkowicie tonie wokal. A potem jest świetny rockandrollowy wymiatacz Małpy morskie i krawat miłości oraz równie dobre Lśnienie, z wpadającym przyjemnie w ucho tekstem: Meble z kobiet możesz mieć/ Całować je kiedy tylko chcesz/ Pamięci wstążką owinąć się/ Nie wracać tam, gdzie jest ci źle. No podoba mi się! Dzieło wieńczy Orbison, jeden z tych utworów, które określa się jako „stary, słyszałeś ten zajebiście wkręcający kawałek Psychocukra, no mówię ci, odjazd”! Może się starzeję, ale ten humor jakoś do mnie nie trafia.


Od strony technicznej również można się do Małp morskich przyczepić. Nie podoba mi się to, że wszystkie piosenki zostały nagrane w wysokim paśmie, a bazie wyraźnie brakuje dołu. Wkurzają mnie też wszędobylskie pogłosy, które prawdopodobnie miały zatuszować niezbyt wysokie umiejętności muzyczne.

Może jestem zbyt surowy, ale taki już los ostro promowanych kapel, które gdzieś po drodze potykają się o własne buty. Gleba zawsze jest przykra, na szczęście Psychocukrowi w ostatniej chwili udało się złagodzić upadek wyciągniętą rozpaczliwie ręką. Jeśli chłopaki się zastanowią i wybiorą drogę szybkich, prostych piosenek, takich jak Lśnienie, może być z nich jeszcze fajna kapela. No, chyba że planują przeprowadzkę do Sopotu. Ale to już ich decyzja.


Band site: http://www.deuce.art.pl/psychocukier/
ver.: polish / english
media: free mp3, free video

Cool Kids Of Death: 2006 (Sony BMG, 2006)

"Kulki" wydoroślały i uwierzyły, że wolny rynek jest okej. Krzysztof Ostrowski nadal krzyczy przeciwko wszystkim, przeciwko konsumpcji, korporacjom, reklamom, telewizji. A jednocześnie czuje się w tym kolorowym otoczeniu jak ryba w wodzie. Muzyka CKOD gra w reklamie produktu impulsowego, komiksy Ostrowskiego i Frąsia promują szajs dla młodziaków w workowatych spodniach. I jest okej. Zapomnijmy o Generacji Nic, o filozoficznych dyskusjach, o „zdradzie ideałów”. Potraktujmy CKOD jako najnormalniejszy w świecie produkt muzyczny. A że do Kulek pasuje akurat poza buntowników? Że niektórych wkurza ich cyniczna postawa? To też część gry rynkowej.

Patrząc na 2006 tylko i wyłącznie pod kątem dzieła muzycznego – jest naprawdę dobrze. Chłopaki zerwali z tradycją siermiężnego chałupnictwa i powierzyli swoją muzykę profesjonaliście. Płytę nagrano w studiu Electric Avenue, a za produkcję odpowiada Tobias Levin, spec od nowoczesnych brzmień, który wykreował kilka mniej (w Polsce) lub bardziej (w Niemczech) znanych zespołów z pogranicza alternatywnego rocka i elektroniki. 2006 zrywa z pecetowym plastikiem debiutu i chaotycznym bałaganem „dwójki”. Muzyka brzmi klarownie, dzięki czemu wreszcie da się usłyszeć, że Kulki jako muzycy zrobili spore postępy. Kompozycje mają swoje drugie dno, ukryte smaczki, pojawiły się dodatkowe ścieżki instrumentów, chórki, efekty – wszystko to co liczy się w dzisiejszym brzmieniu. 2006 brzmi solidnie, jak produkcje zachodnie, a jednocześnie nie aspiruje do uczestnictwa w międzynarodowym wyścigu o sławę. Mam nadzieję, że nie będzie kolejnej żałosnej próby podbicia rynków zagranicznych angielskimi wersjami piosenek. CKOD jest zespołem polskim i tylko język polski brzmi wiarygodnie w ustach Ostrowskiego. Do dziś nie mogę powstrzymać się od śmiechu, kiedy słyszę dosłownie przetłumaczony na angielski tekst Butelek z benzyną i kamieni. Nigdy więcej!

Płytę promował utwór Spaliny. Początkowo nie rozumiałem, dlaczego wybrano właśnie ten numer – nie jest to taki przebój jak Hej chłopcze. Ale wystarczy posłuchać kilka razy, by zrozumieć. Piosenka pokazuje kulkową interpretację najnowszych trendów w muzyce indie. Mamy tu intensywnie pracujący hi-hat, melodyjny temat gitarowy, no i ten świetny chórek, który ciągnie całą kompozycję i nadaje jej tego „czegoś”. Wspomniany Hej chłopcze to numer, który podnosi temperaturę całej płyty. CKOD zręcznie przeszczepili na nasz grunt elementy dance punka rządzącego w stacjach radiowych i telewizyjnych na Wyspach. Zrobili kawałek bezczelnie przebojowy, a jednocześnie ostentacyjnie arogancki (radio puszczało wersję z wyciszonym „spierdalaj”, ale „pedała” już nie ruszono). Kids nadal potrafią nieźle pohałasować; za ostry, zdzierający struny głosowe wrzask w Jedz sól Ostrowskiego powinien pogłaskać po głowie sam Black Francis (gdyby był jeszcze Blackiem Francisem). W Sto lat CKOD potrafią zagrać z prawdziwie punkową złością. Najciekawsze jednak zostawili na koniec. Utwory, w których świadomie zastosowano twardą, technologiczną elektronikę, bardzo mroczne i formalnie wyróżniające się od reszty. A może tak z basem brzmiącym jak klawisz i hipnotycznym, powtarzanym niczym mantra motywem gitary. I Niebieskie światło, gdzie zdeformowany wokal Ostrowskiego mrozi krew w żyłach, a industrialny podkład przejmująco ilustruje cyberpunkowy tekst. William Gibson powinien być zadowolony, że jego książki wciąż inspirują artystów wszelkiej maści.

Dobra płyta pokazująca kierunek, w jakim idzie coraz więcej polskich zespołów. Ich muzyka powoli staje się coraz bardziej europejska, ale nie odrzucają swoich korzeni, śpiewając po polsku, o polskich sprawach i problemach.

Band site: http://www.ckod.com.pl/

ver.: polish / english
media: free mp3, free videos

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni