30 września 2008

Amuse Me mini-tour

29 września 2008

Renton gotów do drogi - jesienna trasa zaplanowana


Plan trasy przedstawia się następująco:

14. października, Wrocław – klub Łykend
15. października, Poznań – W Starym Kinie
16. października, Opole – MOK
17. października, Częstochowa – Tramwaj
25. października, Warszawa - Hydrozagadka (Rockowa Zbiórka Żywności)
06. listopada, Lublin - Tektura
07. listopada, Kraków - Studio
08. listopada, Zabrze - Wiatrak
09. listopada, Bielsko Biała - Rudeboy
13. listopada, Zielona Góra – Kawon
14. listopada, Łódź – Club Andy
23. listopada, Bydgoszcz – Estrada
25. listopada, Gdynia – Ucho
26. listopada, Olsztyn – Andergrant

26 września 2008

Elephant Stone: Elephant Stone EP (wyd. własne, 2008)

Ciekawe czy istnieje coś takiego jak archetyp licealnego (studenckiego) zespołu? Jakiś szablon zawierający podstawowe definicje i wzorce charakteryzujące działalność młodzieżowych bandów? Posługując się wyświechtanymi kliszami postaramy się podjąć próbę uchwycenia zjawiska. Za przykład niech posłuży debiutancka EP-ka częstochowskiego Elephant Stone.

- Członkowie zespołu najpewniej znają się jeszcze ze szkoły, z akademika, są dobrymi kumplami, swoje pierwsze doświadczenia muzyczne zdobywali grając na imprezach, w lokalnych domach kultury; umiejętności szlifując w garażu. Atmosfera na próbach pełna luzu i spontaniczności. Zgrzewka piwa, dziewczyny i ich przyjaciółki kołyszące się w takt muzyki, mnóstwo wygłupów, coverów i niekontrolowanej kakofonii.

- Po miesiącach tłuczenia kawałków Kultu, Nirvany i Pearl Jamu zespół jest na tyle ograny, by spróbować stworzyć coś autorskiego. Czyli znów piwo, czipsy, dziewczyny, a wokół muzyków zbiera się coraz większa grupa słuchaczy.

- Pojawiają się pierwsze recenzje: "Jesteście zajebiści!". Pierwsze lokalne koncerty są żywiołowe, nie szkodzi, że nie ma dobrego sprzętu, gitary nie stroją, z pieców wydobywa się wyłącznie dudnienie, a wokalu w ogóle nie słychać. Chodzi o energię. O autentyczność. I dziewczyny.

- W rozmowach coraz częściej zostają werbalizowane marzenia. Być znaną kapelą, szaleć w dobrym studiu. Tysiące głów spija słowa z mych ust...

- Pojawiają się pierwsze, dość amatorskie nagrania. Strona Myspace dzięki banerom zostaje zauważona. Rośnie krąg znajomych, trafiają się nagrody i wyróżnienia w licznych konkursach, w których zespół bierze udział.

- Na koncerty przychodzi coraz więcej osób, muzycy myślą o zmaterializowaniu nowych kawałków.

- Na studio zrzucają się wszyscy. Zespół, rodzina, bliższa i dalsza. Na światło dzienne wychodzi pierwsze małe wydawnictwo, będące wizytówką zespołu. Teraz można przypuścić atak na firmę fonograficzną.

- Na EPce wyłazi jeszcze brak umiejętności. Piosenki zagrane na cztery, dużo pojedynczych akordów i toporna łupanka perkusisty w refrenie. Wokaliście zdarzy się zwyczajnie zadrzeć, fałszując totalnie (Sygnały numery).

- Obowiązkowo tematyka damsko-męska. Ponieważ muzycy są młodzi i gniewni, dają upust swoim frustracjom w stylu wczesnego CKOD. Powstaje pełne pasji Stoisz u drzwi.

- Trafia się hicior, znakomity utwór, który dobrze wykorzystany staje się przepustką do wypłynięcia na szersze wody (dzięki Cztery zespół trafia na Off Festiwal)

- Ponieważ i tak na tym etapie głównym krytykiem są przyjaciółki zespołu, specjalnie dla nich wyciąga się to co najbardziej miodne w Różach Europy i pakuje do kawałka Nieosiągalne sny.

- Ktoś z kapeli wybiera się na koncert Happysad. Troszeczkę z zazdrości troszeczkę z inspiracji rodzą się Kolorowe bary.

- Próba stworzenia bardziej wyrafinowanej formy kończy się porażką. Za dużo bałaganu, zbyt wiele chaosu (Alergik).

- Jedna z internetowych recenzji kończy się konkluzją: Elephant Stone to zespół, który jeszcze nie jest pewien swojego kierunku. Typowy zespół juwenaliowy. Słuchając wydawnictwa nie można nic pewnego powiedzieć o przyszłości grupy. Może się wyrobi, skomponuje bardziej zapamiętywalne rzeczy. A może i nie. Na razie jest w tej samej lidze co Pornohagen. [avatar]

Strona zespołu: http://www.elephantstone.art.pl/

24 września 2008

Obserwator: Mjut

Pochodzą z Działdowa, nagrali dotychczas dwa dema. Grają muzykę, która znakomicie wpisuje się w konwencję uprawianą przez Myslovitz, Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach oraz (tu się pewnie narażę) Lenny Valentino.

Znakiem rozpoznawczym zespołu jest wokalista Patryk Kieniast. Pewnie ma dość porównań z Arturem Rojkiem, ale podobieństwa słychać często i wyraźnie. Białe łóżko jest tego dobitnym przykładem. Jednak to nie zarzut. Chłopak wie co ma zrobić z głosem. Potrafi przejmująco zaszeptać, nadać barwie cierpiętniczy wymiar, śpiewać rwącą, płaczliwą manierą, w ciekawy sposób zmienić tonację bądź wprowadzić melancholijny nastrój. Pełne pogłosów Mamo/ mamo/ mamo (W książce), efektowne wokalizy ozdabiające Do końca wszystkiego udowadniają, jak ważna dla muzyków jest płyta Uwaga! Jedzie tramwaj (na myspace jest koncertowa wersja utworu Do końca wszystkiego, szkoda, że zespół usunął wersję studyjną).

Zwracają uwagę teksty. Mamy tu gorzkie obserwacje socjologiczne (Zorientowani na sukces, Śmierć w telewizyjnym show), klasyczny motyw ucieczki we dwoje (Ulica) oraz oniryczne, abstrakcyjno-niepokojące historie. Cytat z mojego ulubionego utworu W książce: Przepraszam, że zgubiłem również tę wspaniałą książkę/ Nie było przecież i nie będzie nigdy takich książek/ Przepiszę znów piosenki w hołdzie swojej zwierzęcości/ I usprawiedliwionym w zupełności prawie jestem.

Muzyka wydaje się być w całości podporządkowana tekstom, jednak nie jest prostym dopełnieniem pracy wokalisty. W spokojniejszych utworach gitary mamroczą, plumkają, rozpływają się, wytwarzają ciekawe napięcie. W mocniejszych, energetycznych momentach perkusista uwija się, wygrywając połamany rytm, bas charkocze twardo, a akordy gitar zdają się chłostać słuchacza. To, co podoba mi się w tym młodym zespole, to fakt, że w każdym utworze coś się dzieje. Nie mam wrażenia pustki w przypadku gdy muzycy podają jedynie rytm wokaliście. Tu zdarzają się smaczki. Pojawia się pewien akord, efekt, który trwa kilka sekund, by już więcej nie powrócić, albo powraca w mocno przetworzonej wersji. Choć można by było na nim oprzeć cały utwór.

Mjut ma swój pomysł na muzykę i zdaje się, że realizuje go konsekwentnie. Jeśli pozbędzie się zauważalnych wpływów wspomnianych grup, ma szansę namieszać w światku melancholijnego grania. [avatar]

Strona zespołu: http://www.mjut.pl/

22 września 2008

Świeża alternatywna krew na żywo w Będzinie

3 października w Ośrodku Kultury w Będzinie (ul. Małachowskiego 43) odbędzie się mini-festiwal alternatywny.

Wystąpią: Kid A, Clin't Eastwood, London Type Smog, Don't Be A Poor Person. Każdy z zespołów prezentuje odmienne podejście do tematu alternative więc nie powinno być nudno.

Do posłuchania:

http://www.myspace.com/kidatheband
http://www.myspace.com/clinteastwoodtheband
http://www.myspace.com/dontbeapoorperson
http://www.myspace.com/londontypesmog

Sorry Boys idą w Polskę


Przebieg trasy poniżej:

-27 września 2008 - Mundo cafe, Minimax tour, Kielce
-02 października 2008 - Centrum Kulturalne, Łazy
-10 października 2008 - Swieto Wydzialu Politechniki, Warszawa
-15 października 2008 - WOW!, Warszawa
-24 października 2008 - Klub Alibi, Minimax tour, Radom
-25 października 2008 - Rockowa Zbiórka Zywnosci, klub Hydrozagadka, Warszawa
-30 października 2008 - Luka Klub, Minimax tour, Łódź
-08 listopada 2008 - Batory, Minimax tour, Chorzów
-21 listopada 2008 - Mundo Cafe, Minimax tour, Kielce

Reverox: The Unexpected (Revetunes, 2008)

Długo kazali nam czekać na tę debiutancką płytę. Ale warto było: zespół, który rok temu rozkręcał niejedną rockową antenę świetnym The Unexpected, a w tym roku fragment swojej piosenki użyczył reklamówce Heineken Open’er Festival – nie zawiódł. Ta płyta jest oddechem od buractwa, pozerstwa i szpanerstwa. To końska dawka energii i pozytywnych emocji. To muzyka, która nikogo nie uzdrowi, nikogo nie zbawi, ale znakomicie wpisuje się w rytm życia w mieście – szybki, nerwowy, chaotyczny. Przyznaję, że ostatnio poruszam się po mieście z Reveroksem w playerze i dobrze mi z tym (no i jeszcze żyję, to najważniejsze).

Wyjaśnijmy kwestię utworu tytułowego, który zapewne część z czytelników kojarzy w starszej, nieco bardziej heavy, wersji. Numer pojawił się nawet na paru listach przebojów, a zapewne wielu słuchaczy nie zdawało sobie nawet sprawy, że wykonuje go polski band. The Unexpected pełni honory gospodarza płyty i nic w tym dziwnego – kompozycja wciąż się broni niezwykle charakterystycznym motywem gitar. Zespół nieco zmienił kompozycję, dopasował ją do brzmienia płyty. Jest mniej przesterów, ale wciąż bardzo do przodu. Podobnie postąpiono z 70 – jest to piosenka, która chyba na zawsze pozostanie moją ulubioną jeśli chodzi o ten zespół. Znakomity refren, którego nie powstydziłyby się kapele pokroju China Drum, Serafin czy Nine Black Alps. Jasne, nie są to może nazwy z rockowego Olimpu, jednak dla niektórych są lub były na tyle ważne, by o nich pamiętać. Co mi się podoba w muzyce wymienionych grup, to to, że nie usiłują wciskać nachalnie swoich melodii, nie są na siłę przebojowe, modne, nie chcą błyszczeć w świetle fleszy. Grają swoją prostą muzykę, która niekoniecznie wpada w ucho od razu. Reverox podąża właśnie tym tropem. Znane od dawna nagrania początkowo ciągną całą płytę, ale z czasem swoją szansę dostają również inne, nowe utwory. Kapitalne jest zakończenie w postaci Fire In Your Ears (to właśnie ten kawałek znalazł się w radiowej reklamie Open’era). Prawdziwa eksplozja highlightów i rozbrajające zagrywki gitarzystów. No właśnie, w muzyce Reverox słychać dwóch gitarzystów. Znakomicie ze sobą współpracują, ale potrafią też odskoczyć na chwilę każdy w swoją stronę. Do moich ulubionych fragmentów zaliczyłbym też intensywny rytmicznie Bullshit, niesiony szorstką, ale ujmującą melodią Hide You (właśnie zdałem sobie sprawę, że to może nie 70 jest tym najlepszym nagraniem...), zawadiacki She’s Gonna Kill You, w którym fajnie wyeksponowano perkusję, a zwłaszcza mocno hałasujące blachy, wreszcie YYY, dobrze spełniający rolę wprowadzającego w klimat całej płyty openera.

Tych dwunastu kawałków słucha się naprawdę dobrze, tym bardziej, że zespołowi udało się uzyskać plastyczne, rockowe brzmienie. Nie za ostre, ale też z odpowiednią dawką brudu. Dodajmy do tego niezłego wokalistę i otrzymujemy płytę, która znakomicie potowarzyszy nam w sytuacjach wymagających energii i zdecydowania. Nie wierzycie, że można grać w Polsce rokendrola na światowym poziomie? Uwierzcie. Rekomendacja Don’t Panic. [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/reverox

Kasia i Wojtek: Kasia i Wojtek (S.P. Records, 2008)

Duet Kasia i Wojtek, czyli Kasia Sobczyk (wcześniej Los Trabantos) oraz Wojtek Jabłoński (Buldog, Kult) nagrali sobie swawolną płytę z małą pomocą Kultu. Małą? O przepraszam. Na płycie udziela się i Kazik Staszewski, i niemal cały skład Kultu. Może będę kontrowersyjny, ale udział starych wyjadaczy niemal całkowicie zabił tę płytę. Jasne, pomysł był świetny – dla fanów Kazika i Kultu czytelny sygnał, że tę płytę muszą kupić (a nie ukraść, internetowi złodzieje!). Szkoda tylko, że nie wypalił. Wygłupy starych facetów jakoś mnie nie kręcą. A to, co jest strasznie zabawne w studiu, w gronie znajomych, na płycie jest już tylko straszne. A czasami nawet wkurzające. Ale o tym dalej.

Na początku wszystko wydaje się całkiem w porządku. Myślałem nawet, że nie stało się źle, że mamy taki drugi Los Trabantos, tylko brzmiący lepiej, bardziej pro. Kasia Sobczyk śpiewa jak to ona, manierycznie, wulgarnie, szansonowo – taka młodsza wersja Renaty Przemyk. Jej teksty ocierają się o grafomanię, ale mają swój plugawy urok – zresztą to nic nowego dla kogoś, kto zna wspomnianych Los Trabantos. Z kolei Wojtek Jabłoński zadbał o przyzwoitą, w miarę ponadczasową oprawę muzyczną. I od tego momentu zaczynają się przegięcia. O ile zaproszenie sekcji dętej Kultu kilku nagraniom zrobiło całkiem dobrze (Rewolucja, Biegnę, Na stoliku), to już duety Kasi z Kazikiem Staszewskim wypadają karykaturalnie. Przegięli zwłaszcza w Innej piosence o miłości, która jest po prostu nową wersją znanych od dawna Rabatek. Wersją nic nie wnoszącą i pozbawioną świeżości. Po co? Inna sprawa, to robienie sobie jaj ze słuchacza. Mamy kilka piosenek, które w założeniu miały wprowadzić trochę inny nastrój, mniej rubaszny, bardziej romantyczny, zamyślony. Szczota czy Kolorowe pisma to do pewnego momentu całkiem ładne piosenki. Niestety w finale masakrują je głupawe odzywki, śmichy chichy i temu podobne bzdury, których nie spodziewałbym się po tak doświadczonych muzykach. Za dużo luzu było w tym studiu!

Żeby nie było, że nic mi się nie podoba. Biegnę ma fajny, „joggingowy” rytm i zabawny, wypełniony podwórkowymi rymami tekst. Lola całkiem przyjemnie kołysze i zaskakuje brzmieniowymi smaczkami (ładne klawisze). W Na stoliku wyraziste tąpnięcia basu ciekawie uzupełniają partie instrumentów dętych oraz arogancki wokal Kasi. Jeszcze rokendrolowa Głowa z życiowym tekstem, energicznymi gitarami i sprytnym nawiązaniem do „Kultowej” klasyki (oraz tej jeszcze starszej). Wreszcie patetyczna, hałaśliwa Rewolucja. To jasne punkty płyty, którą jednak zniszczyła zbyt wyluzowana atmosfera, brak dyscypliny i tak naprawdę pomysłu na to, jaka ma być właściwie ta płyta. Wyszła płyta dziwoląg, której nie sposób wysłuchać w całości bez uczucia głębokiej irytacji. [m]

Strona zespołu:
www.kasiaiwojtek.pl

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni