30 kwietnia 2009

Jak oni śpiewają... Radiohead

W sierpniu po kilkunastoletniej przerwie do Polski przyjeżdża Radiohead - zespół cieszący się poważaniem i ogromną popularnością na całym świecie. Przedsmakiem tej imprezy będzie koncert trzech młodych polskich zespołów, które inspirują się twórczością Thoma Yorka i spółki. Zagrają Stop Mi!, Rotofobia i Phantom Taxi Ride. Każdy zespół zagra krótki koncert, podczas którego wykona swoje piosenki i przynajmniej jeden cover zespołu Radiohead.



Thom Yorke nie będzie gościem koncertu, bo musi wyprowadzić psa na siku


Co: Radiogłowi '09 czyli wieczór polskich kapel inspirujących się twórczością Radiohead
Gdzie i kiedy: 5 maja, Hard Rock Cafe, W-wa, godz. 21.30.
Za ile: Wstęp wolny
Bonus track: Koncert będzie transimitowany na żywo w Antyradiu (94 FM w Warszawie, 106.4 FM Katowice, 101,3 FM Kraków)

28 kwietnia 2009

Elvis + Rachael = One Night Heroes


1 maja (piątek), Hydrozagadka, ul. 11 listopada 22
start - 20.00
wejście - 10 PLN
Wystąpią: Elvis Deluxe, Rachael, One Night Heroes (DJ set)

Old Time Radio w trasie

- 10.05.2009 Pracownia prof. Haupta, Sopot - akustycznie z sekcją smyczkową
- 17.05.2009 Radio Gdańsk, Gdańsk
- 30.05.2009 Festiwal FORMA 2009, Rawicz

26 kwietnia 2009

Don’t Be A Poor Person: I Wish I Were Simple (wyd. własne, 2009)

Opisywany album sami muzycy nazywają "płytą demo" – zapewne jako perfekcjoniści woleliby, aby ich kompozycje zostały poddane obróbce w dobrym studiu, póki co jednak zdecydowali się udostępnić zestaw utworów nagranych w domowych warunkach. Słuszna decyzja, bo muzyka jest na tyle ciekawa, że żal byłoby jej nie pokazać szerszej publiczności.

Tytuł płyty jest przewrotny. Muzyka DBAPP rzeczywiście wychodzi od prostoty, a nawet minimalizmu, jednak gdzieś w trakcie procesu twórczego następuje zagęszczenie, natłok myśli i pomysłów, które w efekcie tworzą nerwową, pełną zgiełku zderzających się atomów strukturę. Połamane bity, szumy, wygrywane przez chwilę i znikające motywy, nakładane na siebie warstwy brzmień – to wszystko sprawia, że kompozycje śląskiego duetu (na płycie wspieranego przez Cosmic Drummera), wciągają swoją złożonością. I pochłaniają ciężkim, schizofrenicznym klimatem.

Otwierający zestaw utwór I Will Stay Outside jest dobrym przykładem tej eksperymentalnej natury. Elektronika i maszynowy brud spotykają się tu z nerwowym gitarowym riffem i chłodnym wokalem, który zresztą w epilogu ulega futurystycznym przekształceniom. Brzmi to trochę cyberpunkowo i kojarzy mi się z japońskimi filmami anime typu Ghost In The Shell. Potem następują dwa znane już z poprzedniego wcielenia zespołu długie nagrania: mroczny, eksplodujący hałasem Waste 2 Times i majestatyczny, jakże piękny Slow Instrument. W tym drugim ujawnia się fascynacja zespołu postrockiem, jego powolną narracją i upajającą przestrzenią. Z tych starszych utworów mamy jeszcze 1996th, który nieodmiennie fascynuje robocim wstępem i gęstą, niemal gotycką atmosferą całości. Jest też neuroza w czystej postaci, czyli poskręcany jak kable wszystkich wykorzystywanych przez zespół urządzeń Able Cable. Z nieznanych wcześniej numerów warto zwrócić uwagę na najbardziej piosenkowy fragment płyty - Walls. Dołujący, ale piękny swoją oszczędnością i skromnością. Wrażenie robi też Shopping, rytmiczny, z tekstem sylabizowanym przez Zbyszka Flakusa. Za przerywniki robią kompozycje instrumentalne, spośród których wybija się My Best Relationship, wypełniony ciepłym brzmieniem analogowych syntezatorów, dzwoneczków i prostym motywem gitary. Zabawnym żartem jest miniatura Jean-Michelle Jarre Is Having A Hard Time Passing Digital, rozpoczynająca się od uderzeń w elektroniczną perkusję, a potem odtwarzająca katarynkową melodię, która w końcówce ulega celowemu popsuciu.

Don’t Be A Poor Person swoim domowym albumem udowadniają, że są jednym z ciekawszych zespołów działających na naszej scenie alternatywnej. Skłonności do eksperymentowania nie przesłaniają im najważniejszego – tego, że muzyka bez melodii byłaby tylko męczącym zgiełkiem. W kompozycjach DBAPP uwzględniono oba czynniki w doskonałych proporcjach. [m]

PS. Płytę można pobrać z majspejsa grupy.




Waste 2 Times from Szymon Gdowicz on Vimeo.

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/dontbeapoorperson

21 kwietnia 2009

Ms. No One: Don't Ask, Don't Tell EP (wyd. własne, 2009)

Kiedyś to musiało się stać. Oto zespół dowodzony przez kobietę! Joasia Piwowar jest mózgiem, szefem i autorem muzyki, która powstaje w jej zaciszu domowym. W lipcu ubiegłego roku postanowiła wraz z panią Agnieszką oraz panami Damianem i Piotrem wspólnie pomuzykować. Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach płeć piękna jest bardziej przedsiębiorcza od mężczyzn. Do współpracy jako producenta, opiekuna od brzmienia zatrudniono pana Sławka Bardadyna. Wierni czytelnicy bloga mogli go poznać jako Mr. S - speca od łagodnych, elektronicznych „pościelówek”. Zgaduję, że początki działalności w niczym nie przypominały pierwszych kroków setek innych debiutujących składów. Tu nie było mozolnych prób, szlifowania brzmień i poszukiwań własnego stylu. Cała muzyka, aranże urodziły się już dawno w głowie Joasi. Pozostało je tylko przelać na papier... a właściwie na taśmę (jeśli ktoś z zespołu to czyta, to proszę o zweryfikowanie mojej teorii:).

Pierwsze dźwięki rozpoczynającego wydawnictwo IK mogą kojarzyć się z piosenką poetycką (Joanna Piwowar udziela sie także w formacji Trzy Dni Później; ich niedawny album Gdybym składa się z interpretacji poezji Bolesława Leśmiana). Sytuacja zmienia się wraz z wprowadzeniem anglojęzycznego tekstu. Daje to bardzo fajny efekt. Szept w języku polskim delikatnie wtopiony w tło, na pierwszym planie wokal w języku angielskim niesie cały utwór. Całość spowita w ciepłe akordy gitary akustycznej przeplecionej klimatyczną elektroniką. Tak zaczynała Pati Yang na swojej pierwszej płycie. Colder zdradza fascynacje trip-hopem. Dźwięki generowane przez komputer stają się agresywniejsze, przy słowach I'm getting colder czuć powiew chłodu. Choć głos pani Joasi dalej przytulny, ciepły niczym piec kaflowy w mieszkaniu babci. Mieszając dokonania Lamb i Portishead dostaniemy eleganckie Just Like D. Dawno nie słyszałem tak czystego i uduchowionego głosu. Ciekawe czy ktoś zgani mnie za doszukanie się podobieństwa do Edyty Bartosiewicz z okresu Love w utworze Husavik (gdyby wyciąć elektroniczne podbarwienie)? Z bliższych czasów - podobne tereny eksploruje inna niesłusznie nieznana dziewczyna o gołębim głosie - Anka Ujma. Einarson jest najambitniejszą propozycją zespołu. Hipnotyczne, połamane rytmy i głos pełen seksapilu. Niestety, tym razem okazuję się wyjątkowym twardzielem. Brak wyrazistej melodii powoduje uczucie znużenia. Jako bonus zamieszczono kawałek Klucze. To typowe, mocno zaszumione nagranie demo, jedynie wokal i gitara akustyczna. Traktuję je jako ciekawostkę mającą pokazać jak wygląda proces tworzenia materiału w domowych warunkach.

Rzecz świetnie brzmi w nocy, kiedy jesteśmy wyciszeni i orzeźwieni prysznicem. Przynosi kilkanaście minut eleganckich dźwięków, po których świat za oknem wydaje się prostszy i przystępniejszy. Pani Nikt? Zbędna kokieteria. Pani Joasiu, po spotkaniu z Don’t Ask, Don't Tell czuję się "kimś". Dziękuję! [avatar]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/noonemiss

20 kwietnia 2009

Wojt de la Volt & Vreen: Dioptrie (Radio Rodoz, 2009)

Zdjęcie jak z okładki składanki „największe rockowe ballady wszech czasów“, obciachowy pseudonim – panie i panowie, to tylko pozory. Kto przymknie na nie oko, zaufa przekornej intuicji i włoży tę płytę do odtwarzacza, dozna wielkiej i bardzo przyjemnej niespodzianki. Ale po kolei. Główny bohater, ukrywający się pod pseudonimem Wojt de la Volt, to singer/songwriter z krwi i kości. Śpiewa swoje piosenki przygrywając sobie na gitarze akustycznej. Z kolei Vreen to osobnik znany co poniektórym ze współpracy z Miastem 1000 Gitar (a także innymi dziwnymi składami). Historia tej płyty jest długa, bo jej nagrywanie trwało niemal rok. Na początku miała być po prostu zapisem akustycznych występów Wojta, jednak za namową Vreena obaj muzycy postanowili zaaranżować niekończącą się sesję... Nagrali mnóstwo śladów mnóstwa instrumentów. Wyszła płyta z jednej strony przebogata, pękająca od motywów i melodii, z drugiej emanująca niedbałym wdziękiem półdomowej, półprofesjonalnej produkcji, tak dobrze sprawdzającej się w przypadku muzyki Miasta.

Ta płyta chwyciła mnie za ucho od pierwszego przesłuchania. Coś jest w tych piosenkach zaśpiewanych z nie całkiem oksfordzkim akcentem (oj, znowu się odezwą głosy, że Polacy nie potrafią śpiewać po angielsku; ja mam na ten temat nieco inną opinię, która brzmi: po co podrabiać Anglików? Skoro Słowianie mają nieco inną wymowę, niech mają, po co z tym walczyć? Koniec dygresji). Prześliczne brzmienie gitary akustycznej, przecinane drażniącymi ucho wtrętami gitary elektrycznej, rozjeżdżające się partie perkusji i basu, sprawiające miłe wrażenie udziału w domowym jam session, wreszcie te melodie, których w każdym nagraniu jest tak dużo... Już pierwsza piosenka, The Man, daje do myślenia. Ta gitara, w której brzmieniu spotyka się Johnny Cash z Personal Jesus Depeszów. I jeszcze krzykliwe wokale a la Guzik z Homosapiens. Zaczyna się doprawdy kowbojsko i z fantazją. Utworów jest 15, a nawet więcej (wszystko wyjaśni się na końcu), dlatego po kilka słów o tych ulubionych. Pierwsze olśnienie to Asystolia. Przyznam się, że zakochałem się w tej króciutkiej pioseneczce od pierwszego usłyszenia. Zaledwie 1,29 min., ale ile tu emocji i zaskakujących liryzmem dźwięków! Dobrze jest zacząć słuchanie Dioptrii właśnie od numeru 3. Ambivalence prezentuje bardziej hałaśliwe oblicze duetu – to taki Stephen Malkmus, z niedbałymi, lekko psychodelicznymi gitarami i nonszalancką bylejakością wokali. Nagranie tytułowe ze ślicznym, ściankowym klawiszem również jest wysoko na liście bestofów. No i Down&Bitter – nagranie, które powie wam o tej płycie prawie wszystko. Po prostu posłuchajcie...




Nie chcę popadać w “przesadyzm”, ale dla mnie jedna z najładniejszych piosenek tego roku, na razie. Wymieniam dalej, bo do końca jeszcze daleko. I znowu przypomina się Ścianka, tym razem z czasów Statku kosmicznego. Garażowe How I Get By rozbawia zakręconymi jazdami klawiszy, perkusji i wyjącymi jak pawiany panami W&V. Flesh&Bones – kolejny mocny punkt programu, nieco więcej dramatyzmu w głosie Wojta, slide guitar piłująca tęsknie, dołerski klimat ciemnej knajpy. Pycha! Jeśli chodzi o zaskoczenia, to na pewno dostarczą ich Pick Me Up i My Best Enemy, które kojarzą się z solowymi dokonaniami Thurstona Moore’a. Serio! Z tym, że ten drugi zalicza ciekawą, nomen omen, woltę i z gitarowego snuja przeistacza się w delikatny densik. Po piętnastym na liście Supersoul mamy dość długą przerwę, a następnie dwa ukryte tracki. Pierwszy to taki studyjny żart – coś w rodzaju składanki wyjściowych, akustycznych wersji piosenek Wojta, przemieszanych z różnymi przeszkadzającymi odgłosami. No i na koniec całkiem nieoczekiwanie energetyczny, rockowy kawałek, brzmiący dokładnie tak:




Tak, ta przesyłka z Radia Rodoz, to był bardzo fajny prezent świąteczny. Jeśli was zachęciłem do zainteresowania się tą płytą – to bardzo dobrze, o to mi chodziło. Można ją zdobyć na własność, dla chcącego nic trudnego. A czy warto? To było pytanie retoryczne. [m]


19 kwietnia 2009

Skowyt: Jest nas dwóch SP (megatotal.pl, 2009)

Opisywany dzisiaj singiel jest efektem działań serwisu megatotal.pl, za pośrednictwem którego fani sponsorują profesjonalną sesję dla swoich wybrańców, otwierając im w ten sposób (przynajmniej w teorii, która jak to zwykle bywa nie musi pokrywać się z praktyką) drogę do oficjalnych mediów. Skowyt to zespół z Warszawy, który dość buńczucznie deklaruje swoją przynależność do nurtu punk-rock. Jako, że lubię porządek, chętnie włożę ich do szufladki z napisem „garage rock revival”. Jeszcze jakaś ciekawostka? Proszę bardzo: zespół ma na koncie nagranie piosenki Running Away, która znalazła się na płycie dodanej do Edycji Rozszerzonej polskiej (bardzo dobrej) gry RPG Wiedźmin. Piosenka utrzymana w stylistyce „szybkiego Bruce’a Dickinsona”, jeśli kto ciekawy, niech sobie wygoogla.

Wróćmy do singla. Zawiera on dwie krótkie, dynamiczne piosenki. Tytułowa to garage rock revival w kanonicznej postaci. Charakterystyczny dla tego nurtu cięty riff importowany z klasycznych kompozycji The Stooges, dodatkowo dochodzą zaczepne zagrywki drugiej gitary. Dudniący bas i solidne uderzenie perkusji otoczone wianuszkiem przeszkadzajek dopełniają pobudzającej krążenie całości. I jeszcze wokal – celowo przybrudzony, nieco chimerycznie wskakujący w wysokie tony, przede wszystkim jednak dający solidnego kopa. Nie sposób nie zauważyć tekstu – jest po polsku i jest naprawdę dobry. Można go interpretować na kilka sposobów. Czy mamy do czynienia z opozycją dwóch ludzi i dwóch postaw życiowych? Czy konfliktem dwóch natur jednej, rozdartej osoby? A może, szukając dalej, buntem człowieka wobec siły wyższej? Jest nas dwóch/ Ja na padole łez/ A ty wśród chmur/ Ty patrzysz z góry/ A ja tu stoję/ Ty ciskasz pioruny/ A ja się boję/ Ty grozisz palcem/ Ja rzucam kamieniem/ Nie mogę żyć z tobą/ Nie mogę bez ciebie. Jest nad czym się zastanowić (co się raczej rzadko zdarza w przypadku takiej muzyki).

Drugi utwór - Nie czuję się winny - mniej przebojowy, za to bardziej intensywny. Hipnotyczny bas i złowieszczy klawisz, który robi klimat aż miło. Tekst już bardziej jednoznaczny. Żeby wszystko było jasne: Wizja miłości, którą nosisz w sobie/ Jest mojej wizji najgorszym wrogiem. Czasem trzeba to sobie powiedzieć:) Jako minus odnotuję przesadnie manieryczny wokal.

I już. Dwie piosenki to trochę mało, by oceniać czy zespół ma potencjał do nagrania świetnej płyty długogrającej. Na pewno słychać, że chłopaki grają z pasją i mają z tego grania sporo frajdy. Która może się udzielić słuchaczowi. [m]


16 kwietnia 2009

Tides From Nebula: Aura (wyd. własne, 2009)

W październiku zeszłego roku produkowałem tony wazeliny, wydawałem z siebie całą gamę "ochów" i "achów" komentując demo warszawiaków z Tides From Nebula. Nie spodziewałem się tak szybkiego debiutu. A tu proszę, pełnowymiarowy longplay, w gustownym digipaku i z oszałamiającą oprawą graficzną (teraz proszę wpisać w google Helder Pedro i kliknąć w drugi odnośnik, który wyrzuci wyszukiwarka). Spotkałem się z głosami, że chłopaki są postrachem wszelkich przeglądów konkursowych, w których biorą udział. Ba! Pojawiają się liczne głosy, że supportując koncert Pure Reason Revolution w Polsce wypadli lepiej niż gwiazda wieczoru. Iście ekspresowa kariera...

Na debiucie zespół pozostaje wierny post-metalowym wzorcom. Dodatkowo muzyka uległa utwardzeniu, nabrała studyjnej sterylności niczym chirurgiczny skalpel. Pieprznięcie gitar w Higgs Boson powala nawet w prostych słuchawkach. Skóra w bębnach zdaje się być napięta do granic wytrzymałości. Rozdział strumieni na kanał lewy i prawy daleki jest od schematyczności. Wszystko podporządkowane jest nawałnicom wylewającym się z każdego utworu. It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light zaczyna się przyjemnie ujadającą gitarką - kończy trzęsieniem ziemi. Usypiająco działa Tragedy Of Joseph Merrick. Dźwięki naśladując jakieś bonjo czy mandolinę świdrują uszy. Pozornie. To tylko wstęp do sonicznej apokalipsy. Marszawo-doomowy rytm dopełnia wizji zagłady z kosmosu. Shall We? - pytają kokieteryjnie muzycy. Czy możemy dokonać najazdu na waszą małą biedną planetkę i wybudzić uśpione potwory?

Fani Caspiana będą wniebowzięci. Oto pojawili się ludzie młodzi, zdolni, kipiący od pomysłów, głośni, gitarowi, bezkompromisowi i mający głęboko gdzieś blichtr oficjalnego rynku muzycznego. Warszawiacy proponują 45 minut czystego jazgotu działającego jak glukoza w kroplówce. Choć przyznam się, ciężko mi przyzwyczaić się do dopieszczonych wersji studyjnych utworów znanych z dema. Instrumenty w końcówce Sleepmonster zdawały się wyrwać spod kontroli muzyków i żyć własnym życiem. Tu mamy matematyczną precyzję, kontrolowane szaleństwo. A może to tylko efekt mego mizernego sprzętu grającego? Gdyż instrukcja obsługi tej płyty to ODTWARZAĆ GŁOŚNO! [avatar]

Strona zespołu: www.myspace.com/tidesfromnebula

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni