31 sierpnia 2009

Lesers Bend: Lesers Bend EP (Lampa, 2009)

Lesers Bend to zespół, o którym mało kto słyszał, choć nagrał już chyba ze cztery płyty. Funkcjonuje całkiem obok jakiejkolwiek sceny muzycznej, w jakimś własnym alternatywnym świecie. Szkoda, że mało się o nim pisze i mówi. Spróbujmy to nadrobić! Nie będzie łatwo dobrać się wam do tej płytki, jako że została wydana przez niszowe czasopismo literacko-kulturalne Lampa (numer kwietniowy). Łączy ją sporo z ubiegłorocznym longplejem – dlatego muzycy w wywiadzie dla Lampy nazywają ją nie EP, a... PS. Utwory – pozbawione tytułów – powstały podczas sesji do tamtej płyty, ale nie zostały na niej umieszczone. Kolejna ekscentryczna ciekawostka – na krążku znajduje się aż 15 tracków! Nie wiem czy to wina błędu w tłoczni, czy przewrotny pomysł zespołu (raczej to pierwsze), ale instrumentalne intro zostało podzielone na 11 dziesięciosekundowych kawałków.

Numer 12 przynosi już „normalny” utwór zespołu. Normalny oznacza ponadsześciominutowy trans rozpoczynający się od wyrecytowanego wiersza (który kojarzy mi się za sprawą „lotniczej” tematyki z ostatnią płytą Variete) i rozwijający w majestatyczną Mogwaiową epopeję – z narastającym zgiełkiem gitar, skrzypiec i kanonadą perkusji. A kończy przepięknym wyciszeniem. Tak łączy się poezję z postrockiem. Z kolejnymi nagraniami Lesersi pokazują, że są niezwykle wszechstronną kapelą. Mamy tu i dynamiczny instrumental z łoskoczącą perkusją i wsamplowanymi orkiestrowymi loopami, ośmiominutowy pastelowy dreampop zakończony furiackim atakiem gitar, wreszcie powalający intensywnością hymn (posłuchamy go sobie już za chwilę). Niesamowicie intensywnie brzmią te gitarowe spiętrzenia, ale w jazgocie wciąż jest miejsce na świetną melodię. Na zakończenie utwór niespodzianka – podobno ma znaleźć się na ścieżce dźwiękowej jakiejś czeskiej gry komputerowej. Szkoda, że we wspomnianym wywiadzie nie pada tytuł, bo jestem zaintrygowany (ale Mafia 2 to raczej nie będzie, nie ten klimat).




I jak, zachęceni? [m]

Strona zespołu:
http://www.lesersbend.com

28 sierpnia 2009

Kiev Office: Jest taka opcja (Nasiono Records, 2009)

Na początku tego roku uznaliśmy Kiev Office za jedną z najlepiej rokujących polskich grup. Dziś możemy zweryfikować swoje oczekiwania, bo właśnie ukazuje się ich debiutancka płyta (dokładnie dziś!). Dali radę? Podliczając wszystkie za i przeciw – tak, dali radę. Nie obyło się bez „ale”, „jednakże”, „a gdyby tak...” i innych oznak kręcenia nosem. Jednak summa summarum jest dobrze.

Zacznę od „ale”. Ale dlaczego tak krótko? Tylko dziesięć nagrań, z czego dwa to instrumentale, z czego jeden to 40-sekundowe intro. Michał „Goran” Miegoń tłumaczy, że zespół nagrał łącznie piętnaście utworów, ale część z nich nie pasowała do koncepcji płyty, dlatego zdecydowano o ich wyrzuceniu z tracklisty. Może słusznie, może nie, zobaczymy, bowiem te „odrzuty” mają się pojawić do końca roku na stronie zespołu – być może jako osobna EP-ka. Płytę rozpoczyna wspomniane intro Wasz mały landszafcik, które intrygująco wprowadza w klimat płyty. Po nim następuje megaprzebojowy (im dłużej go słucham, tym bardziej mi się podoba) numer Zapomnij już teraz – to pewnie będzie najczęściej odtwarzany przez was fragment Opcji. Dynamiczna, żywiołowa kompozycja, napędzana wściekle tanecznym rytmem, cięta ostrym riffem gitary i krzykliwym wokalem. Jest dobrze, szczególnie podoba mi się to electro-przejście z cedzonym tekstem: Niewielkie skrawki lnu/ Przecinam nożyczkami/ Kładę je na stole/ Oblewam je benzyną. A będzie jeszcze lepiej, już za chwilę.

Dance Through The End Of Night to jedyna piosenka znana już wcześniej (i jedyna po angielsku) – właściwie to pierwszy utwór zarejestrowany przez Gorana samodzielnie w domowych warunkach. Już wtedy robiła wrażenie ciężka joydivisionowska atmosfera i hipnotyczny refren. W nowej wersji do tych atutów dochodzi genialnie zrobiony motyw gitary. Jest oleista, charcząca, rozpaczliwa. Pięknie! To małe „the best of” zamykają znane już pewnie wszystkim Opony, czyli zabawna wycieczka do czasów Pixies i różnych tam postpunków. Mogę słuchać tego bez końca! Syndrom wzbudza we mnie mieszane uczucia. Razi harcerskość zwrotek i taka ich ogólna nijakość. Za to super wypada przejście gdzieś koło 1.45, z wycofanym wokalem i jazgoczącą gitarą. Czasem udaje się jej trafić w mój czuły punkt. Autobusy z plasteliny to nagranie klimatyczne, ale niekoniecznie potrzebne. Ten mało konkretny instrumental zabiera miejsce piosenkom. Byłby okej, gdyby płyta liczyła kilkanaście tracków. Dla odnotowania – pojawia się w nim ciekawy motyw grany na trąbce przez Darka Gańko. Borygo to znowu numer, który zaledwie ociera się o trudną do sprecyzowania fajność. Pomijając uroczą wadę wymowy Gorana, która ujawnia się za sprawą takich trudnych słów jak Bernard i borygo, jest trochę nieciekawie. I znowu – gdyby płyta była dłuższa, Borygo stanowiłby miły przerywnik, tym bardziej że końcówkę ma całkiem udaną. Telewizja to kolejny sympatyczny drobiazg, wyjamowany podczas sesji w studiu. Abstrakcyjny tekst idzie w parze z mocno odstającym od całości brzmieniem – jest dużo oldskulowych syntezatorów i bicików. Za to pod numerem dziewiątym kryje się jeden z najmocniejszych punktów programu - Strach. Śpiewa go Joanna Kucharska, która również skomponowała muzykę. Warto wspomnieć o tym, że Joanna ma własny zespół o wdzięcznej nazwie Marla Cinger, a więc i ambicje nie kończące się na grze na basie w Kiev Office:). Numer ma moc niemal tak dużą jak Zapomnij już teraz, jest rytmiczny i zmusza do ruszenia dupy z wygodnego fotela. Plus za rozbrajające perkusyjne wejście Krzysztofa Wrońskiego (no i znalazł się pretekst do przedstawienia bębniarza). Album zamykają Płoty, którym z kolei można sporo zarzucić. Choćby niepotrzebne rozwleczenie końcówki. No dobra, wiem, że chodziło o udowodnienie światu, że i oni potrafią „polecieć Mogwaiem”. Niech tam.

Podsumowanie: Jest taka opcja to fajna rozrywkowa płyta. Jest tu trochę melodii, hałasu, zabawne teksty, sporo naturalnego wdzięku i radości grania. Wady? Brzmienie nie zawsze jest w stanie podołać mnogości ścieżek instrumentów, przez co lubi się zlewać. Płyta trwa za krótko i nie jest piosenkowym killerem, na co mocno liczyłem. Ale jak napisałem na początku: po zsumowaniu słupków Kiev Office są nad kreską. [m]

Bujnijcie się! Zapomnij już teraz:





Opony:




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/kievoffice

26 sierpnia 2009

Gentleman! nagrywa longpleja - cz.2

Powracamy do serialu z Gentlemanem! w roli głównej. Tym razem dowiecie się ile pieniędzy trzeba mieć na nagranie płyty, na co zwracać uwagę przy doborze studia i producenta oraz co nieco o sprzęcie wykorzystanym przez zespół w studiu.

Głos ma Piotr Malach (gitara, wokal):

„Finansowy aspekt był oczywiście największym problemem kiedy to już podjęliśmy decyzję o nagraniu płyty. Wiedzieliśmy, że sami nie zgromadzimy odpowiednich środków”.



7 tysi wystarczy, ale…

„Po rozmowach z członkami wielu kapel dowiedziałem się, że płytę można nagrać w niezłym studiu już za ok. 7 tys. zł brutto; w większości przypadków cena ta obejmuje realizatora, miksowanie i mastering. Moja pierwsza rada: dzwońcie do studiów, pytajcie i negocjujcie. Czasami w cenie można otrzymać nocleg, a czasami dobry sprzęt za darmo (nie wszystkie studia dysponują sprzętem, na którym zależy muzykom). Jeżeli nie zależy wam na masteringu robionym przez wyspecjalizowaną osobę, można na pewno wynegocjować, aby czynność ta została wykonana w cenie w tym studiu (warto jednak, aby mastering był robiony przez kogoś innego niż realizator, producent czy też osoba miksująca - potrzebne jest inne, „świeże” ucho)”.

...większy budżet robi różnicę

„W naszym przypadku były dwa problemy: przede wszystkim chcieliśmy nagrać przynajmniej bębny w naprawdę dobrym studiu + chcieliśmy zatrudnić dobrego producenta, koniecznie osobę z zewnątrz, która nie miała żadnego kontaktu z naszą muzyką. Osobiście uderzałem do kilku znanych nazwisk, jednak albo podane kwoty były wręcz porażające, albo osoby te nie były zainteresowane współpracą z naszą skromną kapelą. W końcu zatrudniliśmy Tomka Kamińskiego i jesteśmy z tego ruchu bardzo zadowoleni.

Wracając do kasy: w wyniku wielu próśb, mejli, listów i telefonów otrzymaliśmy stypendium kulturalne Prezydenta Miasta Gdańska w wysokości 10.000 zł. Mniejsze kwoty dorzuciły jeszcze Urzędy Miast w Sopocie i Gdyni. W ten sposób zgromadziliśmy niezłą sumę. I tutaj kolejna rada Wujka Dobra Rada - jeżeli nie wiecie jak zacząć akcję zbierania kasy, zaczynajcie od miejscowych urzędów. O dziwo, w dobie kryzysu oraz budżetów wydawanych na jakieś żałosne lokalne jarmarki z udziałem Bajmu, urzędy dysponują środkami na wspieranie młodych artystów.

Zgromadzone pieniądze musimy w całości przeznaczyć na nagranie płyty, więc uznaliśmy, że skoro mamy więcej kasy do wydania, to zaszalejemy - nagraliśmy bębny i basy w bardzo dobrym studiu Toya w Łodzi. Było dość drogo, ale opłacało się. Mikrofony i cały sprzęt są tam świetne, ważna też była rewelacyjna baza noclegowa. Przede wszystkim jednak mieliśmy studio przez całą dobę tylko dla siebie. Resztę ścieżek nagraliśmy na luzie w warunkach raczej domowych, w miejscach wybranych przez producenta; ten etap nagrywania nas nic nie kosztował (poza używkami :))

Najważniejszy element procesu nagrywania czyli miksy wykona nasz producent w ramach umówionego wynagrodzenia. Za mastering zapłaci zaś nasza wytwórnia - mamy nadzieję na jakieś zagraniczne, wyspecjalizowane w tym studio. Szczerze mówiąc naprawdę nie wiem, ile to może kosztować. Wiem jednak, iż mastering wykonywany przez jednego z najlepszych polskich specjalistów w tym zakresie (zajmował się m.in. masteringiem płyt Myslovitz) to ok. 180 zł za utwór”.

Uwaga, czas na wnioski

„Reasumując: uważam, że możliwe jest nagranie płyty z DOBRYM producentem, w tym choćby częściowo w DOBRYM studiu za ok. 10-15 tys. zł. Nagranie płyty w studiu o średniej jakości, bez udziału producenta, to koszt rzędu 5-7 tys. Pracuje się wtedy z reguły pod dużą presją czasu, a to nie wpływa pozytywnie na proces tworzenia i nagrywania. Tak naprawdę płytę można nagrać w całości w domu za duuużo mniejsze pieniądze, jednak z całą pewnością nie uzyska się tam dobrego brzmienia perkusji. Koszty nagrania w stylu DIY są oczywiście relatywnie niskie, traci się jednak wielką przyjemność, jaką jest wielogodzinna, czasami nocna praca w studiu, przy prawdziwym stole mikserskim, z dobrymi odsłuchami, na dobrym sprzęcie itd. Nie ma tu jednak reguły - przecież pierwsza płyta CKOD została nagrana praktycznie w całości w domu i brzmi nieźle (choć drażnią mnie te automaty perkusyjne).

Kontrakt z wytwórnią - w większości przypadków - gwarantuje zespołowi, iż to ona ponosi koszty tłoczenia płyt oraz druku okładek. Ciężko mi zatem określić, jakie to są koszty. Zawsze staram się jednak dysponować planem B i dlatego zbierając oferty od różnych firm zajmujących się w/w czynnościami ustaliłem, że druk 2 tys. sztuk okładek (kartonowy digipack, bez książeczki, zatem wersja basic) wraz z tłoczeniem, nadrukiem na płycie i foliowaniem to koszt rzędu ok. 6-7 tys. zł. Ceny jednak różnią się znacząco w zależności od miejsca. Jeżeli zaś chodzi o sam projekt okładki - nie jest problemem znalezienie znajomej osoby, która zrobi takowy bez dodatkowych kosztów, wyłącznie w zamian za chwałę i sławę. Tak też będzie w naszym przypadku”.

Fendery i inne bajery, czyli pochwalmy się swoim sprzętem

„W nagraniach używaliśmy kilku wzmacniaczy: gitarowy lampowy Orange (nagraliśmy na nim wszystkie basy), Vox AC30 Alnico Blue oraz Fender Twin Reverb z 1975 roku. Skorzystaliśmy z kilku gitar: Fender Jazz Bass, Fender Telecaster, Flame Custom Telecaster, Gibson Les Paul, Epiphone sygnowany przez Noela Gallaghera z tzw. Bigsbim (dla niezorientowanych: taka wajha przy mostku :), oraz dwie stare gitary firmy Ibanez, nazw modeli nie pamiętam.

Ciężko też wymienić wszystkie efekty, które użyliśmy nagrywając płytę. Z całą pewnością były to delaye: Ibanez oraz Boss DD 20, szereg przesterów, w tym Marshall Bluesbraker, Big Muff, overdrive Rat, kilka efektów firmy Fulltone. Przyjęliśmy zasadę, iż używamy tylko żywych przesterów, nie chcemy korzystać z tysięcy brzmień i plug in-ów jakie do wyboru dają programy do nagrywania muzyki”.

Uporządkował [m]

Przeczytaj cz.1

24 sierpnia 2009

Subiektywna (i krótka) historia kasety magnetofonowej

Przeczytałem tekst na blogu Marcelego Szpaka o jego wspomnieniach z dzieciństwa związanych z kasetami magnetofonowymi (a także wideo) i otworzył mi się worek wspomnień, historyjek, przygód. Dziś będzie zatem coś dla młodych, którzy o kasetach tylko słyszeli z opowieści starych ludzi i może widzieli jedną czy dwie w jakiejś gablotce.

Kasety to cała moja muzyczna młodość. Były stałym elementem wydatków kilkunastoletniego smyka. Kupowało się „oryginały” (czyli piraty) i „czyste”. Na czyste basfy, tedeki, sony, maxelle, philipsy nagrywało się płyty z radia lub przegrywało kasety od kolegów. Posiadanie dwukasetowego magnetofonu sprawiało, że człowiek dużo zyskiwał w oczach rówieśników. A co dopiero własny walkman! Najpierw marzenie, potem normalka. Zarżnąłem ich chyba ze cztery, zanim pojawił się pierwszy discman. Pamiętam, że kupowałem raz na kilka miesięcy płytę CD mojego ukochanego do dziś zespołu (a zgadnijcie) i szedłem z nią do kumpla, żeby ją przegrać na kasetę. Którą potem jechałem na okrągło, bo w Tamtych Czasach nie było Internetu, nie było blogów, forów, torrentów. Kupowało się jedną kasetę na miesiąc (jesteśmy już w epoce Prawa Autorskiego; dostawcy piratów zostali już usunięci z krajobrazu), resztę przegrywało od innych maniaków. Umawialiśmy się w kilka osób, kto jaki tytuł kupuje, potem dochodziło do wymiany i kopiowania. Tak się robiło, by być na bieżąco (oczywiście trzeba było też mieć kasę na Tylko Rock, Brum, Machinę i Antenę Krzyku, czasem Garaż).

Te kasety nagrywało się, kasowało i znowu nagrywało wielokrotnie. Wiele z nich miało kilkanaście warstw muzycznych. Na przykład ta Bielizna nagrana na Emigrantach (Jeszcze dzień, wyjdę stąd). Wychodziły też różne ciekawe splity, jak ten POLOVIRUS z Voivodem, czy Ewa Braun z Tomem Petty...

Zbieranie oryginalnych kaset, już w czasach studenckich, też było wciągające. Niezależne wytwórnie miały fajne pomysły, jak te kasety z barwionego plastiku z Anteny czy Art. Manegementu (pierwszy Homosapiens – to była miazga).

Były to czasy prawdziwego lo-fi, spójrzcie tylko na tę słodką wkładkę do kasety Happy Pills. Ręcznie wycinany szary papier!

A od tego wszystko się zaczęło. Moja absolutnie pierwsza kaseta, czyli Cosmic Thing. Ma już 20 lat, ale wciąż gra świetnie. Bez ściemy. W weekend sobie zapuściłem, ciągle mi się podoba:) [m]

Jest taka opcja, że wybierzesz się na koncert Kiev Office


Trasa promująca debiutancką płytę Jest taka opcja

28.08.09 – Gdynia, Ucho - Oficjalna Premiera Płyty (+ c4030) – 19.00
29.08.09 – Bydgoszcz, Yakiza (+ c4030) – 20.00
01.09.09 – Pruszcz Gdański, Cytawa (+ Kolonia) – 20.00
04.09.09 – Wrocław, Wagon (+ c4030 & Non Camera) – 19.00
05.09.09 – Stronie Śląskie, Krajpa (+ c4030 & Pain Drops) – 19.00
10.09.09 – Olsztyn, Molotov Café (+ The Lollipops) – 20.00
12.09.09 – Kędzierzyn Koźle, Pazuzu (+ c4030) – 20.00
15.09.09 – Warszawa, Saturator (+ Jack Input) – 20.00
19.09.09 – Poznań, Brogans (+ c4030) – 20.00
25.09.09 – Słupsk, Motor Rock Pub (+ The Heist) – 20.00
26.09.09 – Rumia, Tawerna – 20.00
02.10.09 – Toruń, Bunkier – 20.00
07.11.09 – Kikół, Dwie Mogiły (+ Kolonia) – 20.00

23 sierpnia 2009

Woody Alien: Microgod (Gusstaff Records, 2009)

Chyba nigdy nie pozbędę się tego uporczywego skojarzenia: Woody Alien to taki polski NoMeansNo. Podobny wokal, podobne muzyczno-rytmiczne inklinacje, określane nawet kiedyś mianem jazzcore’a. Ale czy to źle, że istnieje zespół kontynuujący znakomitą tradycję starzejącej się kanadyjskiej legendy? Duet Marcin Piekoszewski – Daniel Szwed rozwija się w sposób zauważalny. Po dwóch dość ekstremalnych wydawnictwach nagrali album, który jest... przystępny. Na tyle, że spodoba się prawie każdemu. Co nie znaczy, że Woody Alien nagle zaczęli grać pop. O nie, to wciąż czysty surowy hard core na perkusję, bas i wokal. Ale momentami bardzo melodyjny i chwytliwy. Niemożliwe?

Panowie zrezygnowali z typowego dla siebie „wydalniczego” nazewnictwa (pee, poo, piss, shit) na rzecz intrygującego „mikroboga”. To od razu ustawia tę płytę na nieco innym poziomie percepcji. Teksty są zresztą jakby bardziej przemyślane, filozoficzne na poziomie przeciętnego myślącego człowieka. Jak w moim ulubionym fragmencie God Of Small Things: I’m just bones, flash and blood/ I’m an animal and micro-god/ (…) I know it’s silly, it sounds like that/ But I’m smarter than a rat. Teksty mówią o tym, żeby żyć tu i teraz, bo tylko to się liczy. Banalne? Tak, ale czasem warto sobie to uświadomić. The beginning/ Still means nothing/ And the end/ Still means coffin (Go To Hell).

A muzycznie? Jest świetnie. To najlepiej brzmiąca płyta Woody’ego. Potwierdzają to już pierwsze potężne uderzenia perkusji otwierającego album numeru Funny. I takty ciężkiego, przesterowanego basu, który – nietypowo dla innych zespołów, a charakterystycznie dla WA – gra gitarowy riff. Choć obaj muzycy są znakomici technicznie, nie uświadczymy w grze solowych popisów. Za to zdarzają się fajne żarciki, nawiązania do klasyki. Jak kapitalny luzacki fragment Oak z beztroskim tat-tarat-tat czy bluesowe pochody basu w ciężkim, niemal metalowym Glad To Be. Zespół puszcza do nas oko w króciutkim kakofonicznym utworku Jugdement Day, któremu towarzyszą odgłosy fermy kurzej. Zwracają uwagę spokojniej zagrane utwory. Znakomity God Of Small Things miażdży klimatem: przejściami od kontemplacji przez piekielnie rytmiczny, by nie powiedzieć taneczny środek, aż po finałową apokalipsę. A ostatni w zestawieniu Go To Hell to właściwie... ballada. Tak, wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie. I jak fajnie śpiewa tu Piekoszewski! To naprawdę jeden z najciekawszych i najbardziej charyzmatycznych wokalistów polskiej muzyki niezależnej.

Słuchamy Oak:



Co jeszcze warto wyróżnić? A choćby New Day Rise, energetyczne, wybuchowe, punkowe nawiązanie do poprzednich płyt duetu. Albo No Running Back, zbudowany z części cichutkiej i bardzo głośnej (i tu strasznie mocno powraca wspomnienie NoMeansNo; chyba czas odświeżyć stare kasety, zwłaszcza Why Do They Call Me Mr. Happy?). No i jeszcze instrumentalne, połamane, obłąkane Ritmo, udowadniające, że panowie jeszcze całkiem nie zdziadzieli. Oj nie.

No i co? Kto by się spodziewał, że to będzie jedna z płyt roku 2009? [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/likewoodyalien

19 sierpnia 2009

Obserwator: Atoms For Peace

Wygrzebał ich spośród miliona zespołów, które zgłosiły się do przeglądu tegorocznego Jarocina [avatar] i chwała mu za to, bo słucham tych dzieciaków i słucham, i dosłownie nie mogę się oderwać. Atoms For Peace – ironicznie się nazwali, erudycyjnie. Znają nie tylko historię, ale i muzykę Stanów Zjednoczonych Ameryki, zwłaszcza tę z lat 90, z epoki grunge’u i Matadora (niektórzy pewnie jeszcze pamiętają tę wytwórnię, która nigdy nie dorównała Sub Popowi, ale miała w swoim katalogu Pavement). To mi pasuje, te czasy ciągle mnie kręcą. Tamta muzyka to był chyba ostatni zryw szczerego i świeżego rocka. Dziś grają tak już nieliczni, zapewne rozczarowani obecną kondycją muzyki nie-poważnej. Bardzo cenię sobie zupełnie nieznaną u nas kapelę The Octagon – wspominam o niej, bo czuję te same fluidy w kompozycjach Atoms For Peace.

Na majspejsie można posłuchać sześciu kawałków. Brzmi to bardzo garażowo, piwnicznie. Przytłumiony bas, brudne gitary – dwie, bo czteroosobowy skład to optimum. Niedbały, nieco rozlazły wokal. I to mi pasuje, bo piosenki AFP porywają, mają w sobie to cholerne coś. Ten 1979, z niestrojącym wokalem i fantastyczną melodią wygrywaną przez drugą gitarę. Perełka. A przecież następny numer, Do The I, razi z równie dużą siłą. Ocieka elektrycznością i fantastycznie nośnymi melodiami. Przełamywanymi przez ostre, bezkompromisowe wejścia gitary. Dużo dobrego się dzieje, proszę państwa. A co powiecie na odległy skok do początku ery grunge? To undergroundowe brzmienie przypominające Mudhoney i Melvins w Emergence, wypada ożywczo po wszystkich tych gładkich popowych produkcjach granych przez radio.


Właściwie wszystkie te numery podobają mi się niemożliwie. Daniel ma idealny głos i manierę do takiej muzyki, nieźle też radzi sobie z „amerykańskim angielskim”. Pavementove If It’s Possible To Love rozbraja obciachową solówką (bo kto dziś gra solówki? Poza Pearl Jam?), rozczula chłopięce zmanierowanie wokalu w zwrotkach i słodka melodia drugiej gitary w Turquoise Jesus. Oszczędna słodko-gorzka ballada We Are The Lands Waiting For Rising Tide pozostawia w atmosferze nieukojenia i pragnienia więcej. Więcej tej kapitalnej muzy!

Wpuśćcie ich do dobrego analogowego studia z kochającym gitarowe granie realizatorem (i nie musi to być wcale Steve Albini). Nie będą przebojowi jak Muchy, panny nie będą z nich zrywać koszulek jak z chłopaków z Rentona, ale paru gościom spadną czapki z głów. [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/atomsforpeace13

14 sierpnia 2009

Citizen Woman There: Pleasure Pleasure (Kuka Records, 2009)

Dobra wiadomość dla wszystkich zmęczonych gładkim popem, który opanował stacje radiowe (także te grające muzykę niezależną) – krakowskie trio Citizen Woman There wydało swoją długo oczekiwaną płytę. I jest to pozycja równie dobra, co ubiegłoroczny debiut Organizmu. Skąd ten Organizm, skoro oba zespoły dzieli kilka zasadniczych różnic (najważniejsza to przekaz i język, w którym jest dostarczany)? A stąd, że i Organizm, i CWT opierają swoją muzykę na mocno akcentowanym rytmie oraz programowym minimalizmie. W przypadku CWT niezłym określeniem ich stylu byłaby „muzyczna architektura nowoczesna”.

Tak ich sobie wyobrażam: trzech schludnych, nienagannie ubranych inżynierów planujących każdy dźwięk jeszcze zanim zostanie wydany przez instrument. Na płycie nie ma żadnego zbędnego dźwięku, wszystko pasuje do siebie idealnie. Inna sprawa, że czasem tęskni się za nieco bardziej rozbudowanymi aranżami, bo kilka utworów zdaje się o nie krzyczeć.

Pleasure, Pleasure rozpoczyna się od gitarowej zagrywki, której nie pomylicie z żadnym innym zespołem. Chwilę potem z miejsca rusza precyzyjna maszyneria sekcji rytmicznej Krokosz (bas) – Matoga (perkusja). Rozbrzmiewa przybrudzony wokal Tomasza Słomki, który deklaruje: Pleasure, my pleasure/ Good time/ I have good time. Ten energetyczny i jednocześnie bezwzględnie precyzyjny rytm poruszy jeszcze nieraz w trakcie słuchania albumu. Channel Enterainment z drażniącą uszy nowofalową gitarą, rewelacyjnie zaśpiewany White Bugs, praktycznie pozbawiony gitary Resistance – to najlepsze przykłady. Pleasure Pleasure wciąga swoim unikatowym klimatem. Także te wydawałoby się trudniej przyswajalne nagrania mają w sobie jakiś haczyk, który zmusza do ponownego posłuchania. Co powiecie na wyjątkowo melodyjny refren Forlorn Town? Albo hipnotyczną końcówkę Gentleman? Niemal medytacyjną atmosferę A Table? Wśród dziewięciu piosenek (dlaczego tak mało?) kryje się też miła niespodzianka: Mobile Mind przepięknie zaśpiewany przez Magdę Przybyszewską (niestety, Google milczy na jej temat). Jeden z lepszych duetów damsko-męskich, jakie słyszałem w tym roku.

Pleasure Pleasure nie jest płytą popową. Nie oferuje łatwych melodii, które zanucisz od razu po pierwszym kontakcie. Wymaga trochę skupienia, ale odwdzięcza się naprawdę przyjemnymi doznaniami. Cała przyjemność po mojej stronie.[m]

PS. Przy okazji warto odnotować fakt, że po okresie załamania się realiami rynkowymi ludzi wydających młode polskie zespoły pod szyldem Kuka Records, ten label znów jest w grze. Oby nadal miał tak dobrą rękę w doborze artystów, bo do tej pory nie wydali ani jednej słabej płyty.

Słuchamy White Bugs:




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/citizenwomanthere

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni