13 sierpnia 2017

Off Festival – Katowice, 4-6.08.2017


Zapraszamy na naszą relację z tegorocznego Off Festivalu.

Piątek, 4 sierpnia

Guiding Lights
Celowałem z dojazdem tak, żeby ten koncert był moim idealnym otwarciem festiwalu. No cóż. Teraz rozumiem, dlaczego na płycie wokale są cofnięte w stosunku do muzyki. Na koncercie były na pierwszym planie i to był zły pomysł. Dawno nie słyszałem tak źle brzmiącej dwójki wokalistów próbujących śpiewać równo. Nic więcej nie chcę pisać, bo mi szkoda. Zespołu i siebie. [m]



The Men
Zobaczyłem, potupałem nogą, pokiwałem głową w rytm. Odnotowałem energię, z uznaniem przyklasnąłem pewnej dozie bezczelności bijącej ze sceny i stwierdziłem, że im brzydsze twarze, tym ciekawszą muzykę tworzą. Po pięciu minutach po zakończeniu koncertu jednak wszystko wyleciało z głowy. Pozostało wrażenie, że było sympatycznie, ale nic więcej. [avatar]

Trupa Trupa
Trochę ciśnienia media napompowały gdańszczanom. Dobre recenzje w zagranicznej prasie i czas tuż przed wydaniem nowej płyty pewnie zmotywowały kapelę, by na topowym alternatywnym festiwalu pokazać się z jak najlepszej strony. Zaczęli ciekawie - jeśli dobrze zgaduję premierowym kawałkiem Jolly New Song. Jednak w kolejnych utworach dość szybko wyszło na jaw, że ich piosenki nadają się bardziej do dusznych klubów niż na otwartą, plenerową scenę. A przynajmniej muzycy nie mają jeszcze albo charyzmy, albo pomysłu na wypełnienie tej dużej przestrzeni. Napisałem „jeszcze” z pełną świadomością, gdyż koncert zakończyli porywająco. Numer Headache miał w sobie wszystko, co zatrzymywało ludzi przed odpływem na inne sceny - napięcie, budowanie emocji i emocjonalny krzyk drugiego wokalisty doprowadzony do perfekcyjnego finału. Dzięki temu ogólny rozrachunek wyszedł jednak na plus. [avatar]




Liczyłem, że będzie trochę bardziej przebojowo, jednak zespół skoncentrował się na sondowaniu publiki przed wydaniem nowej płyty oraz graniem ostatniej wydanej – Headache. Wyszedł na scenę bardzo skoncentrowany i perfekcyjnie przygotowany. Wszystkie wysiłkowe partie wokalne Grzegorz Kwiatkowski i Wojciech Juchniewicz wykonywali bez zadyszki – zwłaszcza ten drugi przechodził samego siebie, by zabrzmieć upiornie i przejmująco. Porażająco wypadły Getting Older (w podobnym, napompowanym do granic rozsądku klimacie utrzymanych jest wiele kompozycji z nadchodzącej płyty), Wasteland i Picture Yourself. Nie zdziwię się, jeśli zagraniczni dziennikarze spośród polskich zespołów najwięcej miejsca poświęcą właśnie Trupie. Dla mnie najlepszy polski zespół tej edycji Offa. [m]

Shellac
Trzech „wiekowych” już panów. Mając status legendy mogli sobie pozwolić na jakieś wymyślne światła, które ozdabiałyby występ. Ale nie, przez cały koncert scenę zalewało zwykłe białe światło bez żadnych mrugnięć i zmian kierunku snopów. I zagrali. Głośno, równo, bezkompromisowo. Albini nie ma już takiego głosu, ale telebimy nie pozostawiały złudzeń - wciąż wykrzykiwał zaangażowane teksty plując dookoła śliną. Choć muszę zaznaczyć, że teatrzyk z udawaniem samolotu w End of Radio to już nie jest najlepszy pomysł. Może kiedy byli młodzi, ten performance porywał tłumy, podczas Offu bardziej przypominało to latanie tatusiów za latawcem. Natomiast scenę w finale skradł perkusista Todd Trainer, który swoim pochodem z bębnem zrobił dla transowego nastroju więcej niż żarty (niczego sobie) z dinozaurów rocka. Ogłuszyli i dostarczyli odpowiednią lekcję nonkonformizmu. Nie kręciłem nosem ani przez chwilę! [avatar]

Po raz kolejny sprawdza się zasada, że na Offie najlepiej wypadają nie debiutanci, nie aktualnie wyznaczający trendy, a starzy wyjadacze. Trio pod wodzą Steva Albiniego zagrało potężnie, z wielką dyscypliną, humorem – ale i należytą powagą, co wcale się wzajemnie nie wyklucza, zawstydzając wielu aspirujących do statusu gwiazdy wykonawców. Gdyby nie spieprzone nagłośnienie gitary, byłbym w siódmym niebie. A gdy zagrali swoją modlitwę, stałem jak w murowany w ziemię. Raz, że się tej piosenki nie spodziewałem, dwa – jak to zabrzmiało! [m]

Beak>
Mój koncert dnia. Lekko mrocznie, zauważalnie psychodelizująco, z wyczuwalnym luzem. Zespół, który personalnie powiązany jest/był z Portishead, udowodnił że można iść pod prąd większości reguł koncertowych - od fatalnego rozstawienia muzyków na scenie poprzez skupienie się na instrumentach i pozorne niezauważanie publiczności. Gdy zaczęli grać, publiczność na telebinie mogła ujrzeć w zbliżeniu skupione, pełne emocji twarze muzyków. Co niesamowicie zaczęło rezonować z dźwiękami płynącymi ze sceny. Wokalista, mimo dobrych warunków głosowych, śpiewał stosunkowo rzadko, pozwalając przede wszystkim wybrzmiewać instrumentom. Panów z Beak; z powodzeniem można było słuchać leżąc wygodnie na trawie, choć bez możliwości obserwacji sytuacji na ekranach po bokach sceny, odbiór ich występu byłby zdecydowanie uboższy. [avatar]

Feist
Kanadyjka zaskoczyła dość rockowym otwarciem. Później było różnie, wędrując wzdłuż całej dyskografii. Dziewczyna jest sympatyczna, więc konferansjerką dość szybko przekonała do siebie publiczność. Te fajne kawałki wypadły dobrze, te nudniejsze nudziły. Przyjemnie było zobaczyć Feist na żywo; poczuć moc bijącą z rockerów i smutek wylewający się z ballad. Choć miejscami generowane dźwięki idealnie nadały się do przeglądnięcia Facebooka i odpisania na maile. Bardzo dobry koncert, po którym znów miło wrócić do płyt, choćby po to, by porównać, które oblicze Leslie Feist lubimy bardziej. [avatar]

Batushka
Urwałem się z koncertu Feist, by zdążyć na ostatnie siedem minut tej tajemniczej blackmetalowej formacji. Po pięciu minutach dostałem się w pobliże sceny, by właściwie zostać pożegnany kropidłem i zagazowany parą wodną. Ale to co zobaczyłem (i usłyszałem) przebijając się do sceny było... mocno sugestywne. Cóż, to było moje pierwsze uczestnictwo w czarnej mszy, z całym znanym z tanich horrorów anturażem - czaszkami, świecami i kapłanami w czarnych habitach z wymalowanymi odwróconymi krzyżami. Już po fakcie poczytałem o tej kapeli i żałowałem, że właściwie nie widziałem koncertu. Black metal to kompletnie nie moja działka, ale to połączenie agresywnych blastów i chóru gregoriańskiego w takim wydaniu koncertowym potrafi przekonać sceptyków. [avatar]


Sobota, 5 sierpnia

Duży Jack
To znamienne, że album przywoływał na myśl raczej klasyków hard core’a oraz nieco uteatralnionego metalu, podczas gdy na żywo głównym skojarzeniem było Rage Against The Machine. Wokalista bardzo szybko nawiązał kontakt z publicznością wdrapując się na barierkę, a potem wpadając w tłum. Który gęstniał z kawałka na kawałek, bo choć w wersji live Duży Jack nie nadążał za perfekcyjną produkcją studyjną, to miał do zaoferowania sporo energii i brutalnej przebojowości. Dodam, że był to jedyny naprawdę upalny dzień tegorocznego festiwalu, a zespół grał z ostrym słońcem w twarz. [m]




Siksa
Pod facebookowym wpisem ten koncert ma największą ilość komentarzy. Tak, był najbardziej kontrowersyjny, wulgarny i obsceniczny. Wywołał też skrajne emocje a miejscami celnie wypunktował pewne aspekty wygodnego życia w drugiej dekadzie XXI wieku. Choć i tak zapamiętano tylko te wulgarne, pomijając te niewygodne. Ale wracając do muzyki. Basista ubrał się obłędnie. I z obłędnie zblazowaną miną przyglądał się wydarzeniom obok wydobywając z siebie wcale nie takie proste linie basu. Z kolei słuchając/oglądając Siksę bardzo kłuła w oczy nachalna teatralność. Te wszystkie pozorowane upadki, przeszarżowane gesty, modulacje głosu osłabiały moc przekazu w kierunku raczej niezamierzonej parodii. Rada na przyszłość - więcej scenicznej finezji, mniej szkółki teatralnej. I jeśli duet nie będzie jechał na tej samej ogranej obsceniczności - chętnie obejrzę ich jeszcze raz. [avatar]


Ten zabawny performens, bo raczej nie koncert, podobno niektórych zaszokował, a nawet wzburzył – bo przecież, panie dziejku, tu są dzieci! Mnie najbardziej uderzyła odwaga Alex, takie „zamroczenie sceniczne”. Wygłaszane przez nią historyjki to inny temat, bywały celne, bywały mało odkrywcze, a i tak przegrywają na całej linii z tekstami Masłowskiej. Ale tu chodziło o coś więcej, o fizyczność tego występu. Młoda dziewczyna, która zrywa wszystkie konwenanse, zeskakuje ze sceny i krzyczy fanom prosto w twarz, że od wieków kobiety nazywa się „kurwami”. Ten słowotok, ten teatr rzucono na tło z przesterowanego basu, który tworzył pod nim abstrakcyjną ścianę dźwięku. Świata nie zbawili, ale występ zatrząsnął Offem. [m]

Noura Mint Seymali
Afrykański zespół z owiniętą burką wokalistką zaczął nieśmiało, choć dość szybko złapał kontakt z pragnącą egzotyki publicznością. Widać to było po roześmianych twarzach muzyków. Pani Noura nie jest scenicznym zwierzem; była dość oszczędna w środkach wyrazu (choć wokalnie nie dawała sobie odpocząć) - rolę frontmana przyjął gitarzysta, który mimo dreptania w miejscu, orientalnymi riffami podgrzewał atmosferę namiotu. Trzeba przyznać - koncert został bardzo dobrze skonstruowany, z kawałka na kawałek rosła skoczność, groove i chęć do klaskania. Zdecydowanie zasłużyli na bis, choć sama wyklaskana kompozycja była już niestety z gatunku „meh”. [avatar]

PJ Harvey
O występie Polly Jean napisano w podsumowaniach OFFa już wszystko. Osobiście nie grymaszę, że musiała wystąpić wieczorową, nie nocną porą. Właściwie zmiana światła z popołudniowej żółci w tężejący mrok dodała dodatkowego kolorytu dość teatralnemu występowi. Miała ze sobą aż dziewięciu facetów do pomocy, by kompozycje z różnych płyt mogły zabrzmieć lepiej, dostojnie, bardziej nienagannie. Owszem, wszystko to było bardzo profesjonalne, bez miejsca na nadprogramowe nuty, choć podobne efekt dałoby się osiągnąć mniejszym składem (czy naprawdę łysy misiek po prawej stronie był potrzebny?). Ale to tylko marudzenie dla marudzenia. Koncert nie nudził (kawałki z White Chalk naprawdę mogły się podobać!), oderwać wzrok od PJ nie można było, a w nocnym autobusie Spotify grało Stories by the City, Stories from the Sea, którego to albumu zabrakło na koncercie. [avatar]

Trochę męcząca była ta stylizacja na żałobną orkiestrę i za dużo tego chóru, ale efekt był rzeczywiście nienaganny. Oczekiwałem wprawdzie bardziej rockowego wydania PJ i tak naprawdę dopiero w końcówce, gdy pojawiło się kilka starszych kawałków, na twarzy Polly Jean zagościł uśmiech i zaczęła nawet zagadywać… po polsku. W końcu nie była u nas po raz pierwszy. Dobry koncert, pod względem wykonawczym i choreografii wręcz perfekcyjny. No i miło było zobaczyć na żywo Micka Harveya i Johna Parisha. Zacni muzycy. [m]

Mitch&Mitch
Koncert odebrałbym lepiej, ale konferansjerka po angielsku i skierowane do publiczności opowieści kim był Wodecki, wytworzyły u mnie dziwny dystans, pewien mur mentalny. Zespół nie grał dla mnie, tylko do przybyłych zagranicznych gości. Wiem, słabe to z mojej strony, sam się sobie dziwiłem. Pewnie dlatego większość koncertu przeleżałem słuchając samej muzyki, a efekty wizualne pozostawiłem innym. A zagrali świetnie - dużo w ich filmowej muzyce lat 70. ubiegłego wieku zabawy konwencją, radości z grania, humoru i lubienia występowania na scenie. Oby byli na niej w formie jak najdłużej! [avatar]

Janka Nabay &The Bubu Gang
Znów Afryka, znów scena eksperymentalna i znów wixy. I kobieta na basie, a nie ma chyba kiepskiego zespołu z kobietą w roli basistki. Chudy jak patyk frontman porwał dość tłumnie przybyłych ludzi swoim luzem, maryśkowym feelingiem i czarnolądową nawijką. A publiczność skakała. Podłoga rytmicznie się uginając tylko potęgowała ochotę do coraz wyższych baunsów, bisy zostały zasłużenie wydeptane. Wyszedłem z koncertu pozytywnie zmęczony. [avatar]

Niedziela, 6 sierpnia

Mateusz Franczak
Jeden człowiek na scenie. Ale jaka magia! Mateusz z każdą piosenką coraz bardziej przywiązywał do siebie ludzi, także tych przybyłych do namiotu Trójki zupełnie przypadkowo. A już ostatni utwór, zapowiadający nową płytę artysty, brzmiał jak coś ze ścieżki dźwiękowej do Miasteczka Twin Peaks. Tyle tylko, że był dużo lepszy. [m]



Kobieta z Wydm
Jakie to dobre było. Zespół stworzył na tym koncercie coś jakby autonomiczną opowieść, słuchowisko połączone piosenkami, pełne szeptów, powtarzanych w kółko wierszyków i dziwacznych zaklęć. Piosenki w stosunku do płyty zostały delikatnie przearanżowane i wypadły kapitalnie – mocno, wyraziście, oryginalnie. Coś czuję, że ten projekt pożyje trochę dłużej. [m]





L.Stadt kontra Bastard Disco
Szczerze podoba mi się nowa płyta L.Stadt, bo brzmi świetnie, a chór został pomysłowo wykorzystany. Niestety osiągnięcie choćby zbliżonego efektu na żywo nie zostało nam dane, w związku z tym po trzech kawałkach musiałem wyjść. Szkoda, że zespół ograniczył się do odegrania najnowszej płyty, ma przecież w repertuarze sporo dobrego towaru, który świetnie wypada na żywo. A tak było z zadęciem aż do śmieszności.


A Bastard Disco to dobitny przykład zespołu, który w studiu brzmi petarda, a na żywo kompletnie nie daje rady. Kompletnie mnie do siebie nie przekonali. Choć starali się robić zadymę, to było to jakieś takie nieprzekonujące. [m]



Made In Poland
Nie wiedziałem, że Michał Miegoń został gitarzystą MiP. Zresztą, był to najbardziej charakterystyczny element oprawy, gdy miotał się w spazmach wydobywając z gitary kolejne szorstkie dźwięki. Zespół prezentował się świetnie. Muzycy głównie na czarno, a wokalista Rafał Jurewicz śpiewał na podwyższeniu umiejscowionej tuż za zestawem perkusyjnym. Cóż, rodzimy cold wave sprawdził się na leśnej scenie bez kompleksów, taniec św. Wita wykonany przez Artura Hajdasza był jednym z najfajniejszych momentów festiwalu. Choć kompozycyjnie to nie był równy koncert. Numerów, gdzie obok transowości był też pazur (i w których Miegoń się miotał) słuchało się z rosnącym zainteresowaniem. Za to tam, gdzie zespół postawił jedynie na motoryczność i zwrotkowo-refrenowy przekaz - ciśnienie spadało. [avatar]

Conor Oberst
Po dość ostrym, antytotalitarnym przekazie Made In Poland, pojazdy Obersta na Donalda Trumpa skwitowałem wzruszeniem ramion - jakie to miało kiepską siłę przebicia. A sam Conor dobrze odnajduje się z zespołem i jego folkowszczyzna nieźle sprawdziła się na Offie. Chłopak zagrał z zaangażowaniem, z charyzmą, umiał momentami wzruszyć. Piwo po jego występie smakowało wybornie. [avatar]

Thee Oh Sees
To mój pierwszy Off, więc jedynie nasłuchałem się legend jak to parę lat wcześniej podpalili scenę eksperymentalną, czego efektem było zapadnięcie sie podłogi. Nie wiedziałem czego więc oczekiwać. A dostałem mistrzostwo świata w „synchronicznym napierdalaniu” (cytat mojego kolegi). Jasne, te wywodzące się z punka i The Stooges kawałki brzmiałyby prawie identycznie na jedną perkusję, ale wspaniale oglądało się dwóch pałkerów i wyłapywało różnice bicia w talerze. Pod warunkiem, że nie przeszkadzał wokalista, gdyż facet również potrafił na siebie zwrócić uwagę scenicznym szaleństwem. Koncert mnie ogłuszył, dostarczył zapas witaminy C oraz skutecznie zaspokoił zapotrzebowanie na wrzask, hałas i rzężące gitary. [avatar]

Boris
Thee Oh Sees mnie ogłuszyło. Poszedłem na Japończyków, ale organizm odmówił już przyjęcia decybeli. Nawet Arab Strap przegrał z frytkami. A Boris zagrało równie potężnie, dodatkowo zalana czerwienią scena i długie i zakrywające twarz muzyków włosy składały się na (jak teraz czytam) udany koncert. [avatar]

Swans
Po ukraińskich prawosławnych wojażach, po egipskich nomadach i afrykańskich wioskach przyszedł czas na spotkanie z szamanem. Jak powiadają, koncerty Swans zaczynają się tak gdzieś po 1,5 godzinie. Byłem jedynie na fazie rozpędu. Zobaczyłem wszystko, co złożyło się na kultowość zespołu. Trans, moc, brzmienie frontmana. Misterium, gdzie wciąż na pierwszym miejscu jest muzyka budująca klimat i emocje. Być może ich koncerty wyglądają zawsze tak samo. Dla „świeżaków” pozostawili godny legendy obraz w pamięci. [avatar]

Zdjęcia [m]

7 komentarzy:

  1. Odnośnie relacji z PJ Harvey by [avatar]. Nazwanie Alaina Johannesa (proszę sobie wygooglować, kto zacz) zbędnym "łysym miśkiem po prawej" jest tak kompromitujące i dyskwalifikujące, że parsknąłem pogardliwym śmiechem i zaniechałem dalszej lektury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może zdanie to jest zbyt niefrasobliwe, ale sądzę, że zostało użyte w kontekście stałej ekipy PJ Harvey, która jest na tyle solidna, że dodawanie kolejnego muzyka jest już kaprysem, a nie koniecznością. Nie warto się obrażać :) [m]

      Usuń
  2. Pięć razy byłem na koncercie Mitch & Mitch. Konferansjerka zawsze jest po angielsku. I nie ma to nic wspólnego ze spodziewaną widownią. Po prostu taki sceniczny zabieg - element show.
    A Alain Johannes gra z PJ Harvey już od 2014 roku. I wyrzucanie go ze składu tylko dlatego, że jest łysy raczej nie poprawi muzycznej jakości. A może i obniży.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kolejna relacja z większości relacji z Offa , w której nie ma wzmianki o This Heat . Dlaczego jest taka jakby wśród dziennikarzy z Polski zmowa milczenia na ich temat ? Co oni zrobili wam dziennikarzom,że o nic nie piszecie? Czyżbyście przegapili NAJLEPSZY koncert na tym festiwalu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E no chyba Chaciński o nich pisał. Wygląda na to, że nie byliśmy, po prostu. Bez żadnych spisków.

      Usuń
  4. Zupełnie nie rozumiem, jak można było wybrać Trupa Trupa kosztem IDLES, który zagrali jeden z bardziej energetycznych koncertów na offie ever??? Przecież już po pierwszym przesłuchaniu Brutalism wiadomo było, że to petarda! A przeglądając wrzutki z YT można było na nich postawić każde pieniądze.
    A Trupę to jeszcze będzie można zobaczyć tysiąc razy w polskich klubach jak ruszą na jesień w trasę z nowym materiałem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idles? Ten hardcor na pałę > Naprawdę ci się podoba ? Może jeszcze Siksa ci się podoba? Z tym Idles to kolejna , dla mnie niezdrowa fascynacja .

      Usuń

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni