Pokazywanie postów oznaczonych etykietą downtempo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą downtempo. Pokaż wszystkie posty

6 kwietnia 2014

Hatti Vatti: Worship Nothing (New Moon, 2014)


Bohaterem dzisiejszej recenzji zostaje Piotr Kaliński, znany jako Hatti Vatti, trójmiejski artysta i producent muzyki elektronicznej. Kiedy kilka miesięcy temu recenzowałem poprzednie wydawnictwo Hatti Vatti, Algebra, stwierdziłem, iż gdańszczanin chciał się tym materiałem oderwać od typowego dla siebie singlowego stylu, który dotychczas stanowił esencję tego projektu. Nie spodziewałem się jednak, że podobne słowa napiszę teraz, recenzując jego regularny debiut, Worship Nothing. Jestem wręcz zaskoczony jak niełatwa w odbiorze jest to płyta.

1 lutego 2013

Echoes Of Yul: Cold Ground (Avantgarde, 2013)


Powrót do miasteczka Silent Hill.

30 stycznia 2013

Igor Boxx: Dream Logic (Barcode Records, 2012)


Dawno przestałem patrzeć na Igora Pudło jako na artystę polskiego.

7 listopada 2011

Jakub Nox Ambroziak: Atom EP (Seventeen Bricks, 2011)


Jakub Ambroziak na swej drugiej EP-ce porzuca elektroniczne wieże Babel i wnika w fascynujący świat fizyki na poziomie subatomowym. Na Atom EP nic nie jest proste. Ambroziak generuje mocno powykręcane dźwięki. Tu działa reguła nieoznaczoności Heisenberga - gdy przystaniemy na chwilę, by przyjrzeć się stworzonym przed chwilą mikroświatom, okazuje się, że ich już nie ma.

13 maja 2011

Last Blush: Last Blush EP (wyd. własne, 2011)


Mówienie o polskich kompleksach muzycznych to już frazes. Coraz częściej pojawiają się wykonawcy, którzy śmiało mogliby zaistnieć w dowolnym miejscu na świecie, gdyby dano im takie możliwości. Ale to oddzielny temat. Póki co, debiutancka EP-ka duetu z Warszawy ma spore szanse porozrabiać w rocznych podsumowaniach!

27 września 2010

Digit All Love: V (Mystic, 2010)


Przyznaję się od razu – gdzieś po drodze zagubiłam drugą płytę wrocławskiego zespołu Digit All Love. Na szczęście znalazła się w odpowiednim momencie. Początek jesieni, za oknem jeszcze słońce, a w głośnikach kojąca muzyka. To jest to.

12 czerwca 2010

Lights Dim: Starlit Corners of Our Homes (wyd. własne, 2010)


Po tym artystycznym pseudonimem kryje się Marek Kamiński, członek New Century Classics. Solowe dzieło, podobnie jak dokonania macierzystego zespołu, obraca się w stylistyce post-rockowej. Jednak punktów wspólnych jest stosunkowo mało.

22 grudnia 2009

Adre'N'Alin: Cargo (wyd. własne, 2009)

Według jednych źródeł Adre'N'Alin to poznański kwartet, według innych - projekt jednoosobowy. Niezależnie od wybranej opcji - szefem, liderem oraz mózgiem projektu jest Igor Szulc. Po kilku nieformalnych EP-kach przyszedł czas na premierowe wydawnictwo. Człowiek wydał rzecz własnym sumptem, dzięki temu mamy prawie stuprocentową pewność, że Cargo podzieli los wielu niesłusznie zapomnianych płyt minionych lat. Na szczęście w sukurs przychodzą zdobycze techniki - krążek jest dostępny na Amazonie i iTunes, można go również posłuchać w całości na Last.fm. Oczywiście jest także do kupienia bezpośrednio od pana Igora, ale to oczywista oczywistość.

Czym zachwyca Cargo? Chilloutową, często ambientową elektroniką nasączoną klasycznym instrumentarium ze szczególnym uwzględnieniem fortepianu. Intrygującą wiolonczelą wyłuskaną z klubowego beatu. Niepokojącym, lekko neurotycznym nastojem. Orkiestrowym przepychem. I koniec końców - przejmującymi melodiami. Nie jestem dobry z name-checkingu. Podobne rozwiązania opanowali do perfekcji chociażby panowie z Depeche Mode. W muzyce Adre'N'Alin słychać lekkość łączenia elektronicznych loopów w nośne linie, czuć precyzyjną wiedzę o oczekiwaniach słuchacza. Igor nie atakuje ilością bitów na sekundę. Wydaje się być oazą spokoju. Co z tego, skoro przy niektórych kawałkach ciężko usiedzieć w miejscu.

O tym, że nie będzie banalnie, przekonują pierwsze sekundy rozpoczynającego całość New Land. Zaczyna się... filmowo, dźwiękiem trąb. Mgnienie oka i już jesteśmy na zupełnie innym lądzie. Proszę uważnie posłuchać zrodzonych w krzemie poszczególnych warstw. Brzmi jak ścieżka wysokobudżetowej produkcji, na miarę (bądźmy na czasie) Avatara. I głos pana Szulca. Głęboki, natchniony, bez cienia patosu.

Moim zdaniem „filmowość” kompozycji jest kluczem do odbioru całości. Sposób, w jaki dokonuje się mariażu elektroniki z pompatycznością klasycznych instrumentów, zasługuje na uznanie. W Second mroczna elektronika zostaje przerwana pełną furii partią fortepianu, której nie powstydziłaby się Tori Amos. Black Cat mógłby ilustrować opowiadania Edgara Allana Poe. Pokłady smutku i tęsknoty zalewają Remeber. Prosty patent: delikatne dźwięki skrzypiec, spokojny fortepian, melancholijny klimat. Byłaby to niczym nie wyróżniająca się pieśń, gdyby nie głos przywołujący dokonania Antony And The Johnsons. Moim ulubionym kawałkiem jest Wardrobe, w którym Igor śpiewa niczym Billy Corgan za czasów Adore. I te przeszywające elektroniczne, barokowe organy...

Ten euforyczny nastrój ochładzają momenty, w których autor pozwala sobie na bardziej klubowe odjazdy (Run To The Head) oraz te, w których trochę przynudza (Meat, Promise). Przy czym zaznaczam, iż Cargo jest wydawnictwem, które powinno się zażywać w całości, bez skipowania.

Miło odpocząłem od gitar i nawalania w perkusję. Debiut Adre'N'Alin mimo całej swej sennej otoczki, leniwie płynących dźwięków oraz melancholijnej atmosfery ma kilka momentów, w których gwałtownie podnosi się poziom adrenaliny. To świadczy o emocjach. Chyba nie ma nic bardziej nobilitującego dla artysty niż świadomość, że jego dokonania oddziałują na świadomość potencjalnego odbiorcy. Ja, w każdym razie, dałem się ponieść. [avatar]

Wardrobe:






Strona artysty: http://www.myspace.com/adreandalin

4 stycznia 2009

Dagadana: Wygadana EP (wyd. własne, 2008)

Z chwilą wstąpienia Polski do struktur Unii Europejskiej zaczął się masowy wyjazd młodych ludzi do krajów członkowskich. Fakt ten musiał się odbić także w muzyce. Polskie zespoły z większym bądź mniejszym powodzeniem próbują zaistnieć za zachodnich rynkach (The Poise Rite, Twilite), lub odwrotnie - dla obcokrajowców Polska staje się drugim domem i w efekcie powstają ekipy próbujące działać na naszym trudnym rynku muzycznym (Alien Autopsy - UK, Let Me Introduce You To The End - USA). Coraz częściej Polacy zasilają międzynarodowe składy. Czesław Mozil okazał się czarnym koniem minionego roku, daliśmy się ponieść urokowi zimnej Skandynawii na EP-ce Kyst, na kolana rzuciło ostatnie wydawnictwo holenderskiego Tres.B!

Gorzej sytuacja wygląda z naszą wschodnią granicą. Mimo wspólnego słowiańskiego ducha, cierpka historia i polityka wciąż mocno dzieli, nie pozwalając na swobodny przepływ myśli i uczuć. Tym większa przyjemność zaprezentować przykład niezwykle urodziwej kolaboracji polsko-ukraińskiej pod szyldem Dagadana.

Przygoda dla pochodzącej ze Lwowa Dany Vynnytskiej zaczęła się ponad trzy lata temu wraz z otrzymaniem półrocznego stypendium Gaude Polonia ufundowanego przez polskiego Ministra Kultury (program ten ma na celu wspierać młodych twórców kultury z krajów Europy Środkowo-Wschodniej). Dziewczyna m.in. wzięła udział w warsztatach International Summer Jazz Academy organizowanych w Krakowie. Tam poznała pochodzącą z Poznania Dagmarę Gregorowicz. Jakaś chemia musiała między nimi zaistnieć, gdyż mimo odmiennych stylistyk, po których się wokalistki poruszały, postanowiły utworzyć duet przybierając nazwę będącą zlepkiem imion założycielek. W maju zeszłego roku do składu dołączył częstochowianin Mikołaj Pospieszalski (nie wiem czy z tych Pospieszalskich), pod koniec roku światło dzienne ujrzała debiutancka EP-ka.

Muzyka zawarta na Wygadanej jest wprost wymarzona do zadymionego klubu odwiedzanego przez typów z kart powieści Chandlera. Półmrok na sali, mała scena, a na niej dwie elegancko ubrane postaci oświetlone przez niewielkie białe światło. Gdzieś w tle udziela się pianista, obok gość w kapeluszu przy kontrabasie. Bordowo uszminkowane usta śpiewają swoje tęskne, przepełnione seksapilem pieśni. Mężczyźni wstrzymują oddech. Szczególne wrażenie wywołują wersy śpiewane po ukraińsku. Mają w sobie egzotykę i dzicz stepów akermańskich; coś bliskiego, a jednocześnie dalekiego. Apogeum emocji przynoszą wzajemnie uzupełniające się wokalizy...

Pejzaże jazzowe to tylko jedna strona tego wydawnictwa. Druga to elektroniczny minimalizm. Panie równie dobrze radzą sobie przy akompaniamencie drum'n'basowych dźwięków i elektronicznych wstawek. Parę lat temu na podobnych patentach zrobił furorę Gotan Project. Wygadana jednak nie jest płytą do tańczenia, mimo kilku szybszych rytmów. Artystkom chodzi bardziej o oddanie zmysłowości Sade i głębi głosu Khadja Nin. Celowo nie wymieniałem żadnego tytułu utworu. Całością delektuję się niczym białym winem. I składam kolejne puzzle do układanki według barwnego świata Dagadany.

Ponieważ EP-ka jest w całości dostępna do odsłuchu na myspace (oraz udostępniona do pobrania na last.fm), proszę włączyć swój ulubiony wygaszacz ekranu, zapalić nocną lampkę, położyć się wygodnie i... pozwolić sobie na nicnierobienie przez najbliższe pół godziny. Zaczarowani? [avatar]

Tango (A teraz kiedy śpisz):



Strona zespołu: Myspace

5 czerwca 2008

Jacaszek : Treny (Gusstaff, 2008)

Od paru tygodni w moim słowniku istnieje powiedzenie: "wyskoczył jak Jacaszek z konopi" w miejsce przysłowiowego Filipa. Dla mnie, zwykłego zjadacza muzyki, nazwisko artysty jeszcze niedawno nie mówiło nic. Do momentu eksplozji ochów i achów w blogosferze. Nadrobiłem więc braki. Jacaszek nie jest artystą anonimowym. Po ciepło przyjętym debiucie Lo-fi powstała płyta dokumentująca współpracę z Miłką Malzhan oraz (uwaga!) soundtrack do Bajek Robotów Lema. Nic dziwnego, że na następne dzieło czekała dość pokaźna grupa fanów - nie tylko w Polsce. Treny ukazały się również nakładem norweskiej wytwórni Miasmah.

Treny to cykl wierszy Jana Kochanowskiego, których motywem przewodnim jest tęsknota poety za zmarłą córką - Urszulą. Niesamowite jak na tej płycie artyście udało się ukazać całą gamę emocji, które odczuwamy po stracie bliskiej osoby! Choć bezpośrednich nawiązań literackich nie ma (poza utworem Orszula), lektura tytułów nastraja na funeralny nastrój. Lament, Żal, Martwa Cisza... Treny to próba okiełznania czegoś przemijalnego, lecz nieuniknionego. Opanowania lęku przed śmiercią i załatania umęczonej duszy. Niemożliwe, ale... wszystko to słychać!

Przez ponad 54 minuty króluje minimalistyczna elektronika. Artysta umiejętnie dozuje środki wyrazu. Trudno tu szukać przepychu, bogactwa dźwięków, karkołomnych rozwiązań i zmian tempa. Atmosferze żałoby, przemijania, lęku, skowytu towarzyszą oszczędne dźwięki. Powłóczyste bity, połamane trzaski i senne plumkania są tłem dla przeszywających partii wiolonczeli (Orszula). Mandolina w Lamencie perfekcyjnie manifestuje ulotność życia. Słysząc orkiestrę w O ma żałości! instynktownie sprawdzamy czy z naszymi najbliższymi jest wszystko w porządku. Wyjątkiem jest spinająca album klamra w postaci utworu Rytm to nieśmiertelność - czuję, że wyraża nadzieję.


Na osobną uwagę zasługują kobiece wokalizy. Jeżeli będzie dane mi kiedykolwiek zobaczyć odchodzącą duszę - będzie miała głos Mai Siemińskiej. Jest jeszcze jedna rzecz, która zapiera dech, a którą słychać w słuchawkach: szumy. Najciekawszy efekt mamy w Lamencie - są pourywane, o różnej wysokości i zdają się nawzajem "przepychać". Wiem skąd autor je wziął. W piwnicy uruchomił stare lampowe radio. Kręcąc gałkę częstotliwości próbował złapać jakąś stację. I usłyszał... głosy z zaświatów.

Treny to piękna płyta. Zapewne zbyt piękna, zbyt delikatna, zbyt trudna by zaistniała szerzej w świadomości. Gdyż wymaga skupienia i poświęcenia, którego zwykle nie mamy. Ale hipnotyzuje. Zobaczycie, jesienią do niej wrócimy! [avatar]

10 marca 2008

Margareds’: Kingdom Of Patience (BURMedia, 2008)

Kolejny zespół – a właściwie duet – działający na odległość. Ona – Małgorzata Dziemitko-Gwiazdowska (Goosia), wokalistka i autorka tekstów - studiuje w Anglii, on - Jakub Czerwiński (Czerwony), twórca muzyki, wcześniej członek formacji ZOO, grającej grunge – mieszka i nagrywa muzykę w Bydgoszczy. Na odległość powstała płyta Kingdom Of Patience. Czerwony gotowe tracki przesyłał Goosi, która w dalekiej Anglii dogrywała partie wokalne. Co z tego wynikło? Całkiem atrakcyjna propozycja na spędzenie spokojnego wieczoru w domu. Wystrój i towarzystwo pozostawiam Waszej inwencji i wyobraźni.

Trudno jednoznacznie określić gatunek, w jakim poruszają się Margareds’. Nie jest to ani trip-hop (chociaż słychać wpływy np. Portishead), ani electropop (ale można wyłapać pewne nawiązania do choćby Hooverphonic), ani muzyka akustyczna (jednak często pojawiają się „żywe” instrumenty). Kingdom Of Patience wymyka się klasyfikacjom, tylko czy to dobrze? Z jednej strony tak, bo czasy kiedy tworzyło się „muzykę gatunkową” już minęły i powrót do takiego modelu byłby krokiem wstecz. Z drugiej strony źle, bo niekiedy doskwiera brak zdecydowania duetu. Są na płycie piosenki, którym dobrze zrobiłoby bardziej stanowcze zdeklarowanie stylu, np. to gramy z mocnym bitem, a to akustycznie. Wadą tej płyty jest też nadmiar. Trzynaście piosenek trwa ponad godzinę, a to zbyt długo, żeby bez znużenia przesłuchać całość za jednym podejściem. Myślę, że album zyskałby na usunięciu trzech najmniej interesujących piosenek. Ale to tylko dywagacje, czas przejść do konkretów.

Otwierająca płytę piosenka Bitch robi bardzo dobre wrażenie. Żywe brzmienie perkusji, pianina, a przede wszystkim intrygujący wokal Goosi zbliżony barwą do głosu Shannon Wright, czasem wchodzący w rejony PJ Harvey – to wszystko sprawia, że do tego nagrania chce się wracać. Kolejnym takim mocnym punktem na playliście jest Lord Shadow. Wstęp zagrany na gitarze odświeża wspomnienie o znakomitych płytach Portishead. Delikatny bit, elegancko wyważone proporcje elektroniki i gitary, wciągająca narracja w wykonaniu Goosi, tak, ten numer ma w sobie coś magicznego. Przydałby się tylko jakiś mocniejszy akcent w końcówce. Slowly wciąga tajemniczą, zmysłową atmosferą. In The Middle za sprawą czystego wokalu ma spory potencjał popowy, chociaż to chyba piosenka za trudna dla radiowych anten. Star And Sky dzięki stylowej orkiestracji kojarzy się z nagraniami Hooverphonic. Na wysokości utworu nr 10 zaczyna się odczuwać lekkie znudzenie niezdecydowanym brzmieniem Kingdom Of Patience, na szczęście na finał dostajemy najlepsze piosenki. Wszystkie trzy robią potężne wrażenie. Puppet Show z tym zimnym, dołującym nastrojem, wypełnione wycyzelowaną elektroniką, wokalnie kojarząca się z To Bring You My Love PJ Harvey. Tribute To Physical Phenomenon – wciąga jeszcze bardziej w otchłań niepokojących dźwięków. I Poker, utwór, dla którego warto tę płytę mieć na własność. Epicki rozmach smyczków, piękne partie gitar i Goosia występująca w roli opowiadającego historię narratora. Świetne!

W słowie końcowym należy podkreślić, że płyta jest nierówna. Są tu zarówno nagrania świetne, niezwykle klimatyczne, zaaranżowane z wielkim wyczuciem i smakiem. Jest też kilka moim zdaniem rzeczy niepotrzebnych (Insomnia, Trap), które tylko odwracają uwagę od tych perełek i wystawiają na próbę cierpliwość słuchacza. W wielu utworach sporą rolę odgrywa saksofon. Przyznaję, że nie darzę tego instrumentu wielką sympatią, zwłaszcza w takim kontekście muzycznym, jaki tworzą Margareds’ (chociaż zagrywka w Lord Shadow jest niczego sobie). Mimo jednak tych niedociągnięć – podkreślam, że to tylko moja opinia - Kingdom Of Patience to płyta dobra i zaciekawiająca. No i może być dobrze przyjętym prezentem dla kobiety, na której nam (to do czytelników płci męskiej) bardzo zależy. Weźcie to pod rozwagę. [m]

Strona zespołu:
www.margareds.com/

23 stycznia 2008

FlyKKiller: Experiments In Violent Light (wyd. własne, 2007)

To właściwie nie jest płyta polska, raczej angielsko-polska, ale nie bądźmy drobiazgowi. Duet FlyKKiller tworzą Pati Yang i jej mąż Stephen Hilton. Ich nowy projekt w pewnym sensie łączy pomysły realizowane przez Pati Yang na płytach solowych oraz trudniejsze w odbiorze eksperymenty dźwiękowe jej męża.

Tytuł znakomicie oddaje zawartość płyty. Twarde, często bardzo nieprzyjazne, elektroniczne brzmienie, sporo syntezatorowego brudu i cyfrowego noise’u – na tym tle głos Pati wydaje się wyjątkowo czysty i chłodny. Polish femme fatale, jak określił ją jeden z recenzentów (patrz blog ireallylovemusic), nie stara się za wszelką cenę śpiewać ładnych melodii. Deklamuje, szepcze, krzyczy, rzadko śpiewa coś tak zjawiskowego jak refren Peroxide. Płytę rozpoczyna się od mocnego akcentu: Flykkiller z morderczą pętlą kontrabasu i drażniącymi elektronicznymi zgrzytami wkręca się w układ nerwowy z niewiarygodną siłą. Bezkompromisowe electro – zapowiadające muzykę, którą fani grzecznego popu muszą odrzucić. Tę bezkompromisowość podkreślają inne utwory: zgiełkliwy Fear, męczący bezdusznym rytmem Sell My Pulse, hipnotyczny instrumental Get All Pulled Out, ocierający się o techno Controlled Environment. Na szczęście te ciężkostrawne fragmenty przedziela kilka łatwiej przyswajalnych numerów, na czele z energetycznym, tanecznym Shine, wspomnianym Peroxide (przypomina się Jaszczurka, pierwsza płyta Pati), wreszcie kapitalnym, wypełnionym oldskulowymi zagrywkami syntezatorów B Murphy. W jednym utworze (Czy nie szkoda cię) Pati śpiewa po polsku, ale jakoś tak wstydliwie, nieśmiało, że naprawdę trudno zrozumieć tekst.

Experiments In Violent Light małżeństwo Hiltonów wydało w Wielkiej Brytanii własnym sumptem. Czy płyta ukaże się w Polsce? Jeśli fani Pati Yang, a przede wszystkim fani dobrego electro, będą się jej domagać, być może któraś z firm fonograficznych podejmie się wydania albumu i dystrybucji w naszym kraju. Warto.

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/flykkiller

Dopisek: znalazłem informację, że płyta zostanie wydana w Polsce w lutym (jedno ze źródeł podaje datę 16, inne 29 lutego) - niestety nie udało mi się dowiedzieć, jaki wydawca za tym stoi. Musimy zatem poczekać na oficjalne info.

8 stycznia 2008

[The Best Of Polish Alternative] Pati Yang: Jaszczurka (Columbia/Sony, 1998)

Pierwsza i ostatnia polska płyta triphopowa. Trudno uwierzyć, że minęło już 10 lat od jej premiery. Jak obszedł się z nią czas? Wyjątkowo łaskawie. Jaszczurka ciągle brzmi świetnie, ciągle wywołuje dreszcz niepokoju i uznania dla talentu bardzo młodej wówczas wokalistki. Płyta powstała w Polsce, stworzyły ją właściwie dwie osoby: Pati Yang i Jarogniew Milewski (kim jest ten facet? Czy ktoś wie, gdzie się podział?), odpowiedzialny za programowanie, klawisze i produkcję albumu. Takich „zespołów”, składających się z wokalistki i „faceta od elektronicznych zabawek” jest na świecie wiele, ale ile z nich funkcjonuje w naszej świadomości? Mnie przychodzi na myśl tylko jeden – The Knife. Może jeszcze Goldfrapp, ale to już nieco inna bajka. Jaszczurka, w przeciwieństwie do Silent Treatment, drugiej płyty Pati, przetrwa w pamięci. Ma to ponadczasowe „coś”. Klimat, atmosferę, historię. Historię przedwcześnie dojrzałej nastolatki, która dzieciństwo spędziła nie wśród równolatek bawiących się lalkami, a w otoczeniu pijanych muzyków rockowych, wiecznie w trasie, niepewności. Ten neurotyczny klimat dominuje na Jaszczurce. Ktoś, kto nie zna tej historii, mógłby powiedzieć: kolejna pretensjonalna panienka pozująca na kobietę fatalną, wykreowana przez wytwórnię fonograficzną na wampa z papieroskiem w palcach. Tymczasem było zupełnie inaczej. Wytwórnia chciała zrobić z Pati gwiazdkę popu, ale dziewczyna nie dała się przekręcić. Napisała mroczne, gęste od niejednoznaczności teksty, a Milewski stworzył adekwatną oprawę muzyczną: ciężkie basy, elektroniczne, brudne bity, agresywne zmiany tempa. To nie jest łatwa płyta, ale cholernie mocno wchodzi w psychikę.

A teraz przemycam moje myśli przez granicę depresji/ Przytul mnie/ I powiedz, że to mi się tylko śni/ I że obudzę się gdzieś indziej/ Na innej planecie/ W innym świecie/ Gdzie nie ma pieniędzy i żyje się powietrzem/ Inaczej znów nadejdzie okrutna bezsenność/ I fale rozpaczy, że ja/ Jestem tylko jeszcze jednym szarym przedmiotem przy barze (SI). Takich słów nie napisałby ktoś, kto nigdy nie był na dnie, kto nie był tym szarym przedmiotem przy barze, nocną ćmą szukającą czułości w ramionach przypadkowych facetów. Kolejne utwory dopisują dalszy ciąg tej dusznej opowieści. Noc kończy się/ A z nią odchodzę ja/ Wiem brak ci tchu/ Ja nie słucham już/ Mam serce z lodu (Uwolnij mnie). Jaka szkoda, że Pati przestała po Jaszczurce pisać po polsku.

Ta płyta wciąga i osacza. Twarde monotonne brzmienie SI. Gitarowy temat rozbujany tanecznym basem w 3 Pati. Orientalne, kosmopolityczne smaczki w tytułowej Jaszczurce. Kapitalny bit – charakterystyczny odgłos tłuczonego szkła – połączony z gęstą smugą basu i fruwającym riffem gitary w Uwolnij. Klubowy, jazzowy temat przecięty gwałtownym atakiem breakbeatowej perkusji w Aooh. Dołujący, bezduszny podkład w Higher Perception. I jeszcze monumentalny, porażający swoim ciężarem Underlegend... Na tej płycie nie ma słabych nagrań.

Dla tych, którzy myślą, że mogą wybierać tylko spośród wokalistek pokroju Ali Janosz czy innej Ani Dąbrowskiej, to taka mała lekcja uświadamiająca. Dla tych, którzy kiedyś słuchali i boją się powrócić po latach, dobra wiadomość – włączcie Jaszczurkę, poczujecie te same emocje. Może nawet mocniejsze, bo bogatsze o wasze osobiste doświadczenia. [m]

12 października 2007

Mr. S: Extracerebral (Artificial Bliss, 2007)

Ambitny projekt solowy Sławka "Mr.S" Bardadyna, który swoją płytę tworzył przez cztery lata. To on jest odpowiedzialny za całą elektronikę, sample, partie fortepianu i rhodesa. W tej długiej, pełnej wzlotów i upadków, nadziei i zwątpień pracy - jak wspomina w jednym z wywiadów – wsparli go dodatkowi muzycy grający na żywych instrumentach i wokalistka Natalia Braciszewska.

Extracerebral to kojąca porcja downtempo i chilloutu. Wysmakowane, eleganckie kompozycje na późny wieczór, którego wcale nie trzeba spędzać przed telewizorem. Można na przykład pójść wcześniej do łóżka... Wśród trzynastu utworów znajdą się i ambientowe, prześlizgujące się na granicy percepcji, snuje (Second Thought, Coda – Sunscale), i bardziej wyraziste, wypełnione nujazzowymi smaczkami tematy (Super)(nova, Les Enfants Mortes z piękną partią trąbki), wreszcie nagrania nawiązujące do trip-hopu i breakbeatu (świetny mroczny numer Hemisphere Right czy połamany rytmicznie, rozbudowany Suave). Jest jeszcze jedna piosenka (w dwóch wersjach), Historia piękna spojrzenia, jednak wydaje mi się, że zbyt popowy wokal i pretensjonalny tekst są w niej zupełnie zbędne, bo muzycznie kompozycja jest na tyle urokliwa, że obroniłaby się bez nich.

Ta muzyka znakomicie wtapia się w tło, pozwala się odprężyć. Kilka kompozycji wyrywa się z szeregu nieco bardziej intensywnym rytmem i cięższym klimatem (zwłaszcza Hemisphere Right) i szczerze mówiąc są to najlepsze momenty na płycie. A może po prostu tęsknię za czasami, kiedy królował Massive Attack? [m]

Artist site:
http://www.mr-s.pl
ver.: polish / english
media: free mp3 (full HPS EP)

11 września 2007

Digit All Love: Digit All Love (Open Source/Rockers Publishing, 2007)

Wśród opisów tej płyty bardzo często pojawia się termin trip-hop, co należy uznać raczej za wprowadzanie w błąd niż wskazówkę dla potencjalnych słuchaczy. Choć Digit All Love często buduje nastrój za pomocą mrocznych, basowych dźwięków, a muzyka narzuca odbiorcy wyciszenie i pełne skupienie, to jednak porównania z takimi tuzami trip-hopu jak Portishead czy Massive Attack nie wydają mi się właściwe. DAL zdecydowanie bliżej do Lamb czy Hooverphonic. To raczej elegancki electro pop, o umiarkowanie melancholijnym klimacie, niż ponure dołowanie charakterystyczne dla przedstawicieli trip-hopu.

Zespół pochodzi z Wrocławia, który staje się powoli stolicą polskiej elektroniki i easy listening, a jego trzon tworzą trzej muzycy Miloopy i Natalia Grosiak, wokalistka Mikromusic. Ważną rolę odgrywa też stała sekcja smyczkowa (daleko jej jednak do efektu, jaki osiągała orkiestra Hooverphonic). Połączenie sporej dawki elektroniki, bitów, instrumentów akustycznych i partii smyczkowych daje wysmakowany, elegancki wręcz efekt. Nie zdziwiłbym się, gdyby zespół zaczął być zapraszany na gale biznesowe; ta muzyka świetnie pasuje do drogich garniturów, jeszcze droższych sukien i francuskiego szampana w wysokich kieliszkach. Na szczęście Sieć jest egalitarna i tę odrobinę luksusu każdy może sobie zafundować w zaciszu swego – eleganckiego – mieszkania w bloku z wielkiej płyty.

Album podawany w całości jest nieco nużący. Ale kilka utworów to prawdziwe perełki. Candy Castle zachwyca leniwym soundem, brzemieniem kontrabasu i delikatnymi zagrywkami gitary. Wystarczy zamknąć oczy, by wyobrazić sobie pogrążony w mroku i dymie z cygar klub, i dziewczynę w długiej czarnej sukni przyklejoną z kocim wdziękiem do mikrofonu... Następujący zaraz potem utwór Skinflower – również ścisła czołówka – zniewala bardzo technicznym, chciałoby się powiedzieć triphopowym, podkładem i oszałamiającym jak zapach orchidei refrenem, w którym główną nutę stanowi zapętlona linia smyczków. Pięknie. Pierwsza połowa płyty dostarcza najwięcej wrażeń, bo jest jeszcze Matulu – zaskakujący, zaśpiewany po polsku, mroczny utwór. Niespotykane połączenie chłodnego egzotycznego brzmienia z tekstem napisanym na wzór piosenki ludowej wywołuje dreszcz niepokoju i fascynacji. Ciekawie jest też w Don’t X-pect 2 Much – a to za sprawą zadziornego wokalu Natalii, który kojarzy się ze stylem Allison Goldfrapp, oraz tanecznego rytmu. Równie wyrazisty, wręcz prowokujący, jest też kawałek I Learn 2 Be.

Ciekawy, doskonale zrealizowany album. Choć, jak napisałem na wstępie, odrobinę monotonny w większych dawkach. Nie podobają mi się też – co prawda nieliczne – solowe popisy gitarzysty. Takie nibyprogresywne frazy po prostu nie pasują do tej muzyki. Podobno na żywo Digit All Love brzmią jeszcze lepiej i potężniej. Chyba warto sprawdzić.

Band site:
http://digit-all-love.com/
ver.: english
media: video

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni