1 lutego 2013

Echoes Of Yul: Cold Ground (Avantgarde, 2013)


Powrót do miasteczka Silent Hill.

Horror zaczął się pięć lat temu. Dwóch opolan, Jarek Leśkiewicz i Michał Śliwa (obecnie Śliwa - Mateusz Czech), nieznanym bliżej sposobem przekłuło bańkę formującą znany nam wszechświat i wtargnęło na drugą stronę. To, czego tam doświadczyli, ukształtowali w muzyczną formę nagrywając debiutancką płytę. Ale nikt nie chciał uwierzyć, że tuż za niewidzialną granicą panuje niewyobrażalny terror, który oślizgłymi mackami wysysa światło i krew z wątłych ciał. Od tamtego czasu nawiedzały ich koszmary, podczas mar sennych wciąż powracał budzący trwogę obraz świata wypełnionego rdzą i lodem. Z miesiąca na miesiąc obaj panowie coraz bardziej osuwali się w odmęty szaleństwa. By nie stracić rodziny, bliskich, przyjaciół, będąc u skraju wytrzymałości, podjęli niemal heroiczny wysiłek - ponownie uchylili mroczną bramę i wkroczyli do złowieszczej krainy, by zmierzyć się ze strachem, którego część przeniknęła do naszego świata w roku 2008. Wrócili. Zapis wizyty w zmarzniętym świecie Yul właśnie nieśmiało wygrzewa się w bladym zimowym świetle słońca.

Cold Ground podobnie jak debiutancki album wypełnia muzyka ilustracyjna, pobudzająca dźwiękowym prądem ośrodki w mózgu odpowiedzialne za wyobraźnię. A próbując sobie przypomnieć odczucia, które towarzyszyły odsłuchowi poprzedniego albumu, ma się wrażenie deja vu. Duet z Opola sugestywnie sugeruje zmysłom, że mamy do czynienia z kontynuacją poprzedniej, wyimaginowanej historii. Cała doomowo-ambientowa otoczka splata się w odczucia oddychania tym samym powietrzem, mijania tych samych budowli i napotykania znanych fizjonomii. Głośniki są jak terkoczące projektory w starym kinie. Kolorytu dodają filmowe kwestie i dźwiękonaśladowcze efekty (dość przerażające odwzorowanie zaciskającego się szubienicznego sznura w Crosses).

Choć w porównaniu z Echoes Of Yul słychać pewne zmiany. Debiut był cięższy, pełny doomowych gitar. Teraz częściej na plan pierwszy wysuwają się ambientowe widziadła (Save Yourself, Planes). Jednak wciąż dla wielbicieli smolistych klimatów, charczącej metalowej zarazy jest całkiem sporo – tu nawet pojedyncze uderzenia w struny wywołują ciarki na plecach (Numbers). Gdzieś nieśmiało wyjrzy post rock (The Massage) bądź przypałętają się upiorne klawisze i orkiestracje (Libra). Na plus zaliczam także długość albumu. Zamiast ponad siedemdziesięciominutowego walca, trwająca dziesięć minut mniej wielowarstwowa makabreska. Niby nic, ale mając na uwadze kilka aranżacyjnych nowinek w muzyce EOY, całości słucha się o wiele lepiej.

Opolanom znów się udało. A przecież dostajemy to samo co na debiucie. Tylko że duet Leśkiewicz-Śliwa podaje swoje dźwięki cholernie sugestywnie. Na tyle, że nie sposób zapomnieć co wydarzyło się przez ostatnią godzinę, zanim płyta pełna powykrzywianych kośćców wyląduje na stosie przesłuchanych tegorocznych wydawnictw. Do Cold Ground można nie wrócić później, ale nie raz budząc się zlani potem późno w nocy wykrzyczycie przekaz z utworu Haunebu... You murdered the future! [avatar]
 
Strona zespołu: https://www.facebook.com/pages/Echoes-Of-Yul/120481074639837

2 komentarze:

  1. Dobra, mówcie kiedy podsumowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. do końca następnego tygodnia chyba się wyrobimy

      Usuń

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni