30 grudnia 2009

Nielegalna składanka taneczna WAFP!


W ramach tzw. spontanu sylwestrowego przygotowałem dla Was ekskluzywną nielegalną składankę taneczną WAFP. Kilkanaście fajnych kawałków, które rozkręcą każdą imprezę. A nielegalna, bo tym razem nie było czasu na pytanie o zgody, namiętną korespondencję z zespołami i flirty z wytwórniami. Jak się wkurzą, to najwyżej - byle po Sylwestrze! Póki się da, korzystajcie i bawcie się dobrze! [m]

Grają i śpiewają:

1. Club Collab - Please
2. AXMusique - Tore Nade
3. Kolorofon - Funktime
4. Out Of Flow - White Lie
5. Bajzel - Wsioryba
6. Irena - Co chcesz
7. Orchid - Diss
8. Procesor Plus - Poza przestrzenią
9. Unspoken - Efficiency
10. Kamp! - Breaking A Ghost's Heart
11. Bad Light District - Simplify
12. Jacek Lachowicz - Pax
13. Nude Ants - Sato Mato
14. Hellow Dog - Dim The Lights (live)
15. Soniamiki - Nie musisz się bać
16. Stroboy - Goodbye

Pobierz!

Wszystkie utwory zamieszczono na składance bez pytania o zgodę autorów.
Zdjęcie z okładki Alexsk/flickr

Redakcja WAFP nie ponosi odpowiedzialności za nic, z wyjątkiem dobrej zabawy. Have fun - no fum!

29 grudnia 2009

Dajnia czy nie dajnia? Testujemy Muzodajnię


Przez blisko dwa miesiące testowaliśmy polski sklep z muzyką – muzodajnia.pl. Dostaliśmy specjalne konta ze sporym limitem piosenek do ściągnięcia. Zryliśmy serwis wzdłuż i wszerz. Poniżej nasze uwagi – głównie krytyczne. Bo jesteśmy bardzo wymagający.

Old Time Radio: Sketches For Another Christmas Songbook (Gusstaff, 2009)

Trochę z premedytacją zasiadłem dopiero dziś do tekstu o najnowszym wydawnictwie Old Time Radio. Już po świętach. Całe napięcie z nimi związane ulotniło się. Telewizja wciąż atakuje bożonarodzeniowymi reklamami, choinki lśnią po nocach, ale to naprawdę już koniec. Przed nami sylwestrowe szaleństwo. Po dniach spędzonych z rodziną, porze wyciszenia i odpoczynku, nastaje czas fajerwerków i nocnych szaleństw. Będzie hucznie, tanecznie i rozrywkowo. Z tego powodu przekornie sięgam po Sketches For Another Christmas Songbook - wydawnictwo, które skutecznie przedłuża mi zapach minionych świąt. 

28 grudnia 2009

Anita Lipnicka: Hard Land Of Wonder (EMI Music Poland, 2009)


Nie jestem fanem duetów Anity Lipnickiej z Johnem Porterem – ich pierwsza wspólna płyta w zasadzie wyczerpała temat, a kolejne to było już typowe podtrzymywanie żywego trupa za pomocą medycznej aparatury. Dobrze się stało, że artystyczne drogi tych dwojga wreszcie się rozeszły. Porter to Porter, po nim oczekuje się rockowej energii, brudnych gitar i rytmicznych kawałków. A Lipnicka to Lipnicka (odkrywcze, prawda?) – kobieta delikatna, zmysłowa, trochę tajemnicza. I jak się okazuje – również mroczna. Właśnie wydała swoją płytę bez Portera. I kurczę blade (patrzcie, jaki jestem delikatny z tej okazji), może to i mainstream, ale taki mainstream to ja lubię.

25 grudnia 2009

Tymon&The Transistors: Bigos Heart (Biodro Records, 2009)

Doprawdy, są święta i miałem się nie wyzłośliwiać. Ale darujcie, po prostu nie mogę. Przygotowując się do pisania recenzji, staram się podglądać, co o danej płycie napisali „koledzy po piórze”. No i padło na wielce zasłużonego Mirosława Pęczaka z Polityki. Do Polityki mam małą słabostkę, bo na studiach byłem tam na wakacyjnej praktyce i nie przepracowywałem się, a w dziale kulturalnym pana Pęczaka nie było wtedy nawet komputera, tylko starożytna maszyna do pisania. Ale nie czas na miłe wspominki. Uroczy kawałek skromniutkiej recenzji Mistrza – i w ten oto niezauważalny sposób przechodzimy do rzeczy – „Tymon Tymański zaskakiwał nas wielokrotnie. (...) Niby wiadomo było, że w dzieciństwie słuchał Beatlesów, aliści do tej pory ta dziecięca choroba zostawiała na twórczości nikłe ślady. Tym razem artysta poszedł na całość. Jego Tranzystorsi grają jak czwórka z Liverpoolu na ostatnich żywych występach”.

Szanowny Panie Pęczaku, choć może zabrzmieć to boleśnie, to Tymon Tymański grał Beatlesów już w czasach, kiedy gościłem u Pana na praktyce, a było to całe eony temu. Co więcej, nagrał nawet wówczas w swej arogancji (czy też uwielbieniu) cover Beatlesów w postaci utworu I Want You (She’s So Heavy). Aliści, jestem więc nieco zaskoczony, słysząc, że artysta wziął się wreszcie porządnie za obiekt swych dziecięcych westchnień. Drogi Redaktorze – research, research, research.

Ale dość o poronionych recenzjach. Wróćmy do bigosu, bo to zacna potrawa, a Bigos Heart to zacna płyta. Co z tego, że w połowie składa się z powtórek - każdy artysta sięga przecież do szuflady, choć zwykle wyciąga z niej utwory dotąd niepublikowane. Nie Tymon Tymański, który wolał wyjąć już ograne, choć jak dowodzi przykład redaktora poczytnego tygodnika, pogrążone w otchłani zapomnienia piosenki. Mamy więc na nowej płycie Tymona i Tranzystorów Dragi to syf – dla niepoznaki nazwane Drugs i zaśpiewane po angielsku, mamy Sunday, mamy też I Think It’s OK – a wszystko to z albumu Songs For Genpo formacji Tymon i Trupy. To jeszcze nie koniec, bo artysta wyjął też coś niecoś z płyty Samsara grupy Czan, a mianowicie nagranie tytułowe (również przetłumaczone na angielski) i Miłość, która obecnie zwie się Less Then Two. Taki tam recykling i przesuwanie mebli w starym pokoju.

No dobra, poczepiał się i co? Ano nic, nic złego się nie stało. Stare piosenki nabrały nowego blasku, a nowe dobrze do nich pasują. Jak jest? Bitlesowsko, to jasne, skoro syn Tymona gra tu na oryginalnej perkusji z 69 roku, a jeden z najfajniejszych kawałków opowiada o bitlesie, który nie był wystarczająco dobry, by być bitlesem. Pete Best Was Good Enough – ripostuje Tymański, a kawałek rzeczywiście brzmi jak najwcześniejsze nagrania czwórki z Li... wtedy jeszcze z Hamburga. W pozostałych utworach bliżej mu jednak do George’a Harrisona z późniejszego okresu. Goodbye, Help Me Out czy Love Don’t Last (a może Free As A Bird?) mają to charakterystyczne Harrisonowskie ciepłe brzmienie i szorstką czułość melodii. Bigos Heart balladami stoi, bo jest jeszcze wspomniana Samsara, są I Think It’s OK i Less Than Two. Wszystko ładne, melodyjne piosenki, niepozbawione jednak podskórnej wibracji niepokoju, odrobiny postgrunge’owego brudku za paznokciami. Gitarzystom zdarza się czasem depnąć przester i zagrać znacznie ostrzej, jak w mocno riffowym Sunday (gdzie pojawia się też echo yassowych improwizacji) i motorycznym I Don’t Know. Sowizdrzalską tradycję podtrzymuje utwór tytułowy, w którym staropolskie danie zastępuje liść marihuany w roli symbolu pokoju i miłości. Zaskoczeniem i jednocześnie wyraźnym odstępstwem od przyjętej formuły albumu jest zaśpiewany przez Grzegorza Halamę (tego samego, o którym myślicie) po polsku i z dużym przejęciem (ale bardzo ładnie, trzeba to przyznać) utwór Posłuchaj Siddhartho.

Aby pozostać rzetelnym, przedstawiłem wam ze świąteczną kąśliwością (to pewnie ten nadmiar gazów) historię i okoliczności powstania tej płyty. Nie zmienia to jednak mojej o niej opinii, która jest jak najbardziej pozytywna. To dwanaście fajnych, melodyjnych, dawno nie słyszanych piosenek. Warto mieć, bo nie wiadomo, kiedy znów usłyszymy Tymona Tymańskiego w takim popowym wydaniu. [m]

Help Me Out:



Strona zespołu: http://www.myspace.com/tymonandthetransistors

23 grudnia 2009

Spięty: Antyszanty (Antena Krzyku/ Opensources, 2009)

To chyba nie do końca był dobry pomysł, żeby ta płyta trafiła do mnie. Niestety, nie jestem w tym przypadku odpowiednim targetem. Więc raczej nie spodziewajcie się głaskania po głowie.

Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Koncepcja muzyki Lao Che to był faktyczny przełom w polskiej muzyce. Od wyboru tematyki, po zawartość muzyczną, jak i tekstową, o odbiorze społecznym nawet nie wspominając. Dlatego też kompletnie nie mogę zrozumieć sensu wydawania płyty Antyszanty przez Spiętego (czyli lidera Lao Che, Huberta Dobaczewskiego). Ok, czasami trzeba uwolnić się od działalności zespołu. Ale czy w takim przypadku nagrywa się coś, co stylistycznie leży tak blisko macierzystej formacji? Owszem, jest bardziej nerwowo, drapieżnie i surowo. Ale to nie jest płyta, która robiłaby wielkie wrażenie. To nie znaczy, że jest zła. Po prostu ta wyimaginowana linia nie została przekroczona.

Tym razem Spięty wziął na warsztat szanty. Zabiera nas w rejs po nadmorskich spelunach, gdzie słowo „gościna” jest bardzo szeroko rozumiane. Nie ma rady, musimy się dopasować do tej konwencji, idziemy w tango razem z wokalistą. W zamian dostajemy jedenaście utworów, w których folkowy klimat morskich przyśpiewek miesza się z niewielką dawką elektroniki. Przekraczamy pierwszy próg – wita nas Bajka o śmierci, w takt której powinniśmy wychylać kolejne kielichy i trzymając się pod pachy kołysać na boki. Będzie co ma być, ostrzega nas dobrotliwie artysta, popychając w kierunku kolejnych drzwi. Atmosfera robi się coraz cięższa, dookoła nas coraz mroczniej, z oddali słyszymy Dworujże, przemieszane z niepokojącymi, elektronicznymi brzmieniami. Żeby nam nie było mało rozrywek, co chwilę wracamy do sprawdzonych, szantowych melodii. W kolejnych utworach coraz więcej zabaw słownych, a wokal Spiętego staje się kolejnym instrumentem. (Na marginesie – potrzeba sporo zdolności i samozaparcia, aby nagrać prawie w całości samemu płytę, brawo). Singlowe Ma czar karma, z wyrazistym rytmem, czy też Kalikimaka zaczynają sprawiać, że zastanawiamy się – o co tu tak naprawdę chodzi. W końcu zrzucamy winę za wypity alkohol. I płyniemy z tym nurtem dalej. Po drodze mijamy Opuszczone porty, następnie jesteśmy świadkami bitwy morskiej. Sporo się dzieje w tych morskich opowieściach. Nasza ostatnia przystań to Łódź wariatów. Jakże znaczący tytuł, przy tak psychodelicznej melodii, zwłaszcza, że …w głowach trzy szóstki.

Mam problemy z ocenieniem tej płyty. Subiektywnie – nie podoba mi się, tak po prostu. Muzycznie jest dla mnie zbyt minimalistyczna, brak mi jakiegoś większego rozbudowania pewnych sekcji. I co najważniejsze – w ogóle nie kupuję tej koncepcji. Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest świadomy wybór. Jest zbyt teatralna i jednocześnie za surowa. Z drugiej strony wiem, że dla fanów Spiętego (nie tylko jego działalności solowej) płyta będzie wydarzeniem i kolejnym dowodem na obranie określonej drogi stylistycznej. W tym przypadku, dla mnie (co wolę podkreślić), jest to krok w tył, niestety.

I jaki z tej bajki wysnuwamy morał? Żeby ludzie się kochali, a nie napierdalali. Bardzo pouczające. [spacecowboy]

Strona artysty:
http://www.myspace.com/spiety

22 grudnia 2009

Adre'N'Alin: Cargo (wyd. własne, 2009)

Według jednych źródeł Adre'N'Alin to poznański kwartet, według innych - projekt jednoosobowy. Niezależnie od wybranej opcji - szefem, liderem oraz mózgiem projektu jest Igor Szulc. Po kilku nieformalnych EP-kach przyszedł czas na premierowe wydawnictwo. Człowiek wydał rzecz własnym sumptem, dzięki temu mamy prawie stuprocentową pewność, że Cargo podzieli los wielu niesłusznie zapomnianych płyt minionych lat. Na szczęście w sukurs przychodzą zdobycze techniki - krążek jest dostępny na Amazonie i iTunes, można go również posłuchać w całości na Last.fm. Oczywiście jest także do kupienia bezpośrednio od pana Igora, ale to oczywista oczywistość.

Czym zachwyca Cargo? Chilloutową, często ambientową elektroniką nasączoną klasycznym instrumentarium ze szczególnym uwzględnieniem fortepianu. Intrygującą wiolonczelą wyłuskaną z klubowego beatu. Niepokojącym, lekko neurotycznym nastojem. Orkiestrowym przepychem. I koniec końców - przejmującymi melodiami. Nie jestem dobry z name-checkingu. Podobne rozwiązania opanowali do perfekcji chociażby panowie z Depeche Mode. W muzyce Adre'N'Alin słychać lekkość łączenia elektronicznych loopów w nośne linie, czuć precyzyjną wiedzę o oczekiwaniach słuchacza. Igor nie atakuje ilością bitów na sekundę. Wydaje się być oazą spokoju. Co z tego, skoro przy niektórych kawałkach ciężko usiedzieć w miejscu.

O tym, że nie będzie banalnie, przekonują pierwsze sekundy rozpoczynającego całość New Land. Zaczyna się... filmowo, dźwiękiem trąb. Mgnienie oka i już jesteśmy na zupełnie innym lądzie. Proszę uważnie posłuchać zrodzonych w krzemie poszczególnych warstw. Brzmi jak ścieżka wysokobudżetowej produkcji, na miarę (bądźmy na czasie) Avatara. I głos pana Szulca. Głęboki, natchniony, bez cienia patosu.

Moim zdaniem „filmowość” kompozycji jest kluczem do odbioru całości. Sposób, w jaki dokonuje się mariażu elektroniki z pompatycznością klasycznych instrumentów, zasługuje na uznanie. W Second mroczna elektronika zostaje przerwana pełną furii partią fortepianu, której nie powstydziłaby się Tori Amos. Black Cat mógłby ilustrować opowiadania Edgara Allana Poe. Pokłady smutku i tęsknoty zalewają Remeber. Prosty patent: delikatne dźwięki skrzypiec, spokojny fortepian, melancholijny klimat. Byłaby to niczym nie wyróżniająca się pieśń, gdyby nie głos przywołujący dokonania Antony And The Johnsons. Moim ulubionym kawałkiem jest Wardrobe, w którym Igor śpiewa niczym Billy Corgan za czasów Adore. I te przeszywające elektroniczne, barokowe organy...

Ten euforyczny nastrój ochładzają momenty, w których autor pozwala sobie na bardziej klubowe odjazdy (Run To The Head) oraz te, w których trochę przynudza (Meat, Promise). Przy czym zaznaczam, iż Cargo jest wydawnictwem, które powinno się zażywać w całości, bez skipowania.

Miło odpocząłem od gitar i nawalania w perkusję. Debiut Adre'N'Alin mimo całej swej sennej otoczki, leniwie płynących dźwięków oraz melancholijnej atmosfery ma kilka momentów, w których gwałtownie podnosi się poziom adrenaliny. To świadczy o emocjach. Chyba nie ma nic bardziej nobilitującego dla artysty niż świadomość, że jego dokonania oddziałują na świadomość potencjalnego odbiorcy. Ja, w każdym razie, dałem się ponieść. [avatar]

Wardrobe:






Strona artysty: http://www.myspace.com/adreandalin

20 grudnia 2009

Trzydwa%UHT: Lista zakupów na miesiąc maj (EMI Music Poland, 2009)

Nie mogę tego ukryć – mam słabość do wyrazistego, damskiego wokalu. Dlatego też projekt Trzydwa%UHT wzbudził moje niemałe zainteresowanie.

Historia zespołu jest dość niezwykła. Początek to przygoda wokalistki, Kasi Gierszewskiej z poezją śpiewaną. Poznanie przez nią gitarzysty, Adama Szramowskiego, prowadzi do zawiązania się zespołu. W 2007 do składu dochodzą Marcin Michalewski (gitara basowa) oraz Bartłomiej Mielnik (perkusja). Zostają zarejestrowane pierwsze utwory. Jeden z nich, Międzywiersz, zostaje wysłany na konkurs na najlepszą piosenkę Vena Music Festival. Zdobywa tam drugie miejsce, a zespół dzięki temu... debiutuje na scenie. Podczas tego koncertu do grupy dołącza drugi gitarzysta, Krzysztof Paskuda. Następnie skład zostaje wzbogacony o elektroniczne brzmienia, za które odpowiedzialny został Krzysztof Stanek. Kolejna ważna data – październik 2009. To właśnie wtedy na rynku pojawia się debiutancki album zespołu, Lista zakupów na miesiąc maj.

Pierwsze wrażenie po odsłuchaniu wszystkich utworów – jest to bardzo kobieca, delikatna płyta. Nie każdemu więc przypadnie do gustu, a przynajmniej nie w każdej sytuacji. Można wyczuć na niej wcześniejsze romanse z poezją śpiewaną, jednak ciepły, momentami bardzo mocny głos Kasi rekompensuje nam lekką banalność warstwy tekstowej. Bo jest ona przesłodzona, ale jeśli nie obawiacie się o stan swoich zębów – warto zakosztować. Taki na przykład Cały ten sens: Więc proszę zabierz mnie tam/ W rejestry z spoza słów/ Zabierz mnie tam/ Gdzie tylko Ty i ja mogę być muzyką. Jednak ballada O miłości smakołyki przyprawia mnie znów o lekkie zgrzytanie zębów. Zawartość cukru w cukrze przekroczyła tu swoją normę, a może to ja nie jestem z natury wielką romantyczką, innym może nawet smakować. Zdecydowanie bardziej podoba mi się Przyjdź mi do głowy, gdzie tekst jest znów pełen dwuznaczności, jednak metafory nie uderzają w nas aż tak bardzo: Przyjdź mi do głowy i skradnij jedną myśl/ Weź sobie ze dwie z tych, które złe/ Weź z tych, do których wstyd przyznać się.

Można by długo wymieniać takie dychotomie, gdyż pośród dwunastu zamieszczonych na płycie utworów znalazły się momenty słabsze i gorsze. Nie umiem uwolnić się od porównania stylistyki zespołu do połączenia Anity Lipnickiej z Kasią Nosowską. Gdy pierwszy raz usłyszałam utwór W uszy ciepło, to właśnie na myśl przyszła mi wczesna działalność solowa byłej wokalistki Varius Manx. Z drugiej strony zamykającego płytę utworu Polifonicznie w mono nie powstydziłaby się sama Nosowska. Zresztą, jest to bardzo mocny akcent, wypadający bardzo dobrze na tle dość spokojnej i delikatnej całości.

Trudno jednoznacznie ocenić to wydawnictwo. Z jednej strony banalne, słodkie piosenki dla zakochanych dziewczynek, a z drugiej utwory z rockowym nerwem. Zdecydowanym plusem jest wokal, do samych melodii nie można się przyczepić. Cieszy fakt, że obok Muzykoterapii i Mikromusic pojawił się projekt, który swoim stylem próbuje łagodzić nasze skołotane nerwy. Rockowe zacięcie i liryczne teksty - jak to zwykle bywa, jednym taka mieszanka się spodoba, innym wprost przeciwnie. Ja tym razem zostanę gdzieś po środku, choć ładne piosenki lubię, a na tej płycie znajdziemy ich w bród. Jednak cukier preferuję tylko w zestawieniu słodko-gorzkim. [spacecowboy]

PS. Duży plus za niebanalne podejście do oprawy graficznej zarówno płyty, jak i klipów.

Tuczy tam:





Strona zespołu:
http://www.myspace.com/trzydwaprocent

18 grudnia 2009

Spiral - Rzeszów, Klub Od Zmierzchu Do Świtu, 3.12.2009

Tego koncertu miało nie być. Zespół miał wystąpić jedynie na scenie Radia Rzeszów, jednak duże zainteresowanie sprawiło, że na szybko zorganizowano dodatkowy gig w młodym, lecz zdobywającym coraz większą polarność klubie Od Zmierzchu Do Świtu. O występie dowiedziałem się kilka godzin wcześniej i prosto z pracy, lekko spóźniony dotarłem na miejsce. Zastałem zatłoczony klub i towarzyszącą temu duchotę. Zespół zaczął już grać. Wówczas nie znałem jeszcze promowanego debiutu Urban Fable i założę się, że większość przybyłych również. Muzyków stłamszono na niewielkim podeście w rogu salki. Basista niemal cały występ przesiedział na krześle, gitarzyści również starali się ograniczać ruchy, by nie uszkodzić kolegów. W centralnym punkcie Ula Wójcik. Niewielka, drobniutka istota śpiewająca często z zamkniętymi oczami...


17 grudnia 2009

Dr Zoydbergh: Handmade Songs (Vintage Records, 2009)

To nie jest do końca nowa płyta. Została nagrana w 2007 roku, ale w fizycznej postaci ukazała się dopiero przed paroma miesiącami. Nie ma co się dziwić problemom ze znalezieniem wydawcy - dźwięki na niej zawarte mogą wskazywać na sporą niepoczytalność muzyków. Dziesieć własnoręcznie zrobionych kawałków to popis chorych osobowości artystów w myśl zasady - im dziwniej, tym lepiej. Ci, którzy oczekują od Dra Zoydbergha sonicznej terapii, powinni wnieść skargę do NFZ. Chyba że lubią leczenie elektrowstrząsami.

W Polsce działa kilka kapel, które z powodzeniem łączą awangardę z metalem. Ostatnie wydawnictwa Orange The Juice czy Samo w udany sposób przełamują schematy, by w dziedzinie kombinacji ciężkich riffów z karkołomną rytmiką wypracować nowe rozwiązania. Dr Zoydberg jednak w centrum uwagi nie stawia na ciężar i przester. O wiele częściej woli epatować absurdalnym humorem i zwodniczym kontrastem. Muzycy w wywiadach przyznają się do inspiracji Frankiem Zappą. Jeśli wziąć na warsztat którąkolwiek kompozycję z albumu i dokonać autopsji niczym na laboratoryjnej żabie, dojdziemy do wniosku, że to całkiem zdolni uczniowie.

Niech więc będzie pierwszy z brzegu kawałek Fear And Loathing In Vetlinas. Na początek dostajemy nieco połamaną perkusję i w miarę standardową zagrywkę. Chwilę później wchodzi zakręcony zaśpiew Lalala lala lala. Natychmiast skojarzenia mkną w kierunku System Of A Down. Wokalista Sisior moduluje głos w identyczny sposób jak Serj Tankian. Co ponadto? Mamy przedziwne dwugłosy. Raz słyszymy głos niewinnego dzieciaka, innym razem zapuszczonego żula, które po paru sekundach przechodzą w pianie czystym, mocnym gardziołkiem. Zapomnijmy o melodii. Owszem, są, ale trwają zaledwie chwilę, po czym następuje załamanie, przejście w inne stany świadomości. Refren? Zwrotka? Wolne żarty! Metalowy riff zasiada na jednej grzędzie z jazzującym zagraniem i swingującą trąbką.

Powyższy akapit mógłby znaleźć zastosowanie przy opisie każdego następnego kawałka. Zoydbergowcy troją się, by uwaga słuchacza pozostawała na najwyższych obrotach. Johnie The... trwa ponad 14 minut. W tym czasie naszą percepcję poryje fuzja country, Faith No More, wodewilu i kabaretu. O tym, jaki rodzaj humoru panuje w tym kawałku, niech świadczy ta próbka tekstu: Knock-knock? Who’s there?/ Come here, yo, yo Fairy Godmother/ Yo fat fairy momma, what da news?/ How’s that Cinderell chick doin’? W Fist Of The Beast wyraźnie pobrzmiewają echa Primusa. Zresztą, duch Lesa Claypola jest obecny na całej płycie. Chłopaki potrafią również zagrać choćby i techno (Techno). Oczywiście pokręcone w specyficzny sposób. Mroczny bit miesza się z industrialem, monotonną perkusją i rajcująco funkową gitarą. Kończące wydawnictwo Pea jest w podobnym schizoidalnym klimacie co odpowiednik z Red Hot Chilli Peppers.

Pisałem to już w relacji z koncertu, który widziałem jakiś czas temu. Mają cholernie dobrego wokalistę! Sisior jak pojedzie Mikiem Pattonem to kolana miękną. Nieważne, że ma oprócz tego do zareprezentowania kilka innych patentów. Przecież i tak w pamięci pozostają najbardziej te fragmenty, w których brzmi jak szef Mr. Bungle (A.S.S.).

Handmage Songs to płyta dla twardzieli. Zbyt nieoczywista, pełna matematycznego szaleństwa. Nie dająca się oswoić i łatwo ogarnąć. Jak z każdą awangardową rzeczą - zespół skazany jest na niszę w niszy. Czy chłopakom starczy na tyle samozaparcia, by ciągnąć tę kompletnie niedochodową maszynę? Zdają się być na tyle pieprznięci, że chyba tak łatwo nie odpuszczą sobie kariery lekarskiej. Jeśli zgadłem - tylko się cieszyć. [avatar]



Strona zespołu: http://www.myspace.com/drzoydbergh

16 grudnia 2009

Wanda i Banda: Piosenki z serialu Siedem życzeń (Box Music/EMI, 2009)

Możecie się śmiać, ale ukazanie się tej płyty jest naprawdę dużym wydarzeniem (niestety słabo nagłośnionym). Serial Siedem życzeń – absolutny top seriali na mojej prywatnej liście – został po raz pierwszy wyemitowany w 1986 roku. 23 lata później wreszcie wychodzi zbiór piosenek – rzecz równie znakomita co kawałki Lady Pank napisane na potrzeby kreskówkowej wersji O dwóch takich co ukradli księżyc. Potężny kawał klasyki znakomicie ilustrujący trendy w polskiej muzyce rockowej pierwszej połowy lat 80. (serial zmontowano w 84). Do tego zremasterowanej i brzmiącej – momentami – bardzo świeżo.

Dla urodzonych w okresie dziejów znanym jako „Balcerowicz musi odejść” małe rozpoznanie terenu. Serial opowiada o typowej polskiej rodzinie mieszkającej w bloku (no fakt, mieszkanie z pięterkiem w bloku, to nie było szczególnie typowe), a dokładniej kilkunastolatku imieniem Darek, który znajduje niezwykłego kota, Rademenesa. Kot gada, kot ma moc spełniania jednego życzenia tygodniowo, kot jest którąś z kolei inkarnacją przeklętego egipskiego kapłana. Wraz z przybyciem Rademenesa, w otoczeniu Darka zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy – np. w jednym z odcinków zmienia się w swego ojca, by zaznać utęsknionej dorosłości, i idzie do kina na Seksmisję. Serial pełen jest niesamowicie zabawnych smaczków, a w rolach drugoplanowych wystąpiła śmietanka polskich aktorów, m.in. Barciś, Buczkowski, Pawlik, Drzewicz. Do dziś ogląda się go wyśmienicie (niedawno zrobiłem sobie powtórkę), nawet lepiej od Arabeli :)

Ale wróćmy do muzyki. Jeśli nadal się podśmiewujecie w piąstkę, że to jakaś podrzędna wokalistka Wanda Kwietniewska z podrzędnym zespołem, czym tu się jarać – to, moi państwo, mam dla was dwa nazwiska: Maciej Zembaty – napisał teksty (i użyczył swojego głosu Rademenesowi), John Porter – napisał muzykę. W efekcie otrzymaliśmy piosenki, które nie tylko mogą funkcjonować w oderwaniu od filmu, ale też bywają zaskakująco uniwersalne.

Na płycie jest dziesięć kawałków. Dwie wersje pieśni tytułowej i osiem innych piosenek. Każda z nich stanowiła oś osobnego odcinka i jest z nim związana tematycznie. I tu mała zagwozdka, bo nie mogę zlokalizować w serialu jednego utworu – Dawać. A jest to prawdziwa perełka! O tym za chwilę. Muzycznie zbiór tworzy wypadkową mainstreamowego rocka tamtego okresu. W Czy to szczęście czy nieszczęście i Siedmiu życzeniach (slide guitar wymiata!) słychać Porter Band, w Chcę być dorosły – Perfect, w Jestem zmęczony – specyficzną manierę Kory z Maanamu. A Nie ma już nic to dla mnie taki odpowiednik 51 TSA. We wspomnianym Dawać słychać niepodważalny wpływ... Klausa Mitffoha. Nie wierzycie? To posłuchajcie. Numer jest genialny!



Jeszcze na temat tekstów. O ile kilka z nich rzeczywiście mocno nawiązuje do fabuły serialu (Chcę być dorosły, Egipski rock), to większość spokojnie może żyć własnym życiem. Rzućcie okiem na te urocze wersy: Dlaczego zawsze coś się znajdzie do roboty/ Nie mam ochoty/ Dlaczego mówią, że nie hańbi żadna praca/ Praca uwłacza (Jestem zmęczony). Podpisuję się pod tym obiema rękami! Cały świat dziwnie drży/ Złe wibracje/ W taki dzień głupio brzmią słuszne racje/ Tak niewiele dzisiaj od was chcę/ Zostawcie mnie/ Proszę bardzo, myślcie o mnie źle/ Zostawcie mnie/ Chcę być sam (Zostawcie mnie). Przyznacie, że całkiem uczciwie napisane zdanka.

Inna sprawa, że nigdy nie traktowałem poważnie Wandy Kwietniewskiej jako wokalistki. A tu okazuje się, że w dobrze napisanych piosenkach wypada po prostu re-we-la-cyj-nie. W każdym kawałku śpiewa trochę inaczej, ma sporo środków ekspresji, a barwa głosu – idealna. O ile w numerach sprzed ponad 20 lat wypada tak, jak powinna brzmieć młoda rockowa dziołcha, to w nagranej dużo później wersji akustycznej Siedmiu życzeń (która zamyka album), w jej głosie słychać już wiek, doświadczenie, może nawet zmęczenie. I to też jest świetne, bo starzeć się z klasą to sztuka. I zespół daje radę. To wprawdzie tylko rzemieślnicy, ale wykonują swoją pracę solidnie, a w epizodach nawet z polotem.

Czyż to nie wspaniały prezent dla dzieci... a może raczej dla rodziców? Dla wielbiących kota Rademenesa zakup obowiązkowy, a dla pozostałych przyjemna lekcja historii. Hator, hator, hator... [m]

Zostawcie mnie:





Strona zespołu: http://www.wandaibanda.pl/

Alternatywne święta za 8 PLN


14 grudnia 2009

Spiral: Urban Fable (Ars Mundi, 2009)

Rzeszowski Spiral postanowił zadebiutować z rozmachem i nagrał koncept album. To dość śmiała i niekoniecznie rozważna decyzja w przypadku stawiających pierwsze kroki kapel. Nagranie spójnego albumu połączonego różnymi wątkami, dokładnie rozplanowanego i tworzącego logiczną całość wymaga sporych umiejętności i wiedzy o muzyce. Debiutanci zwykle bardziej „chcą” niż „potrafią”. To kwestia detali. Łatwo ulec przegadaniu, pozwolić sobie na niepotrzebny przepych motywów lub popaść w egzaltację. Historia pokazuje, że klasyczne koncept albumy są dziełami doświadczonych muzyków, mających na koncie wiele mniej bądź bardziej udanych dokonań. Podobnie jak w literaturze - debiutanci powinni zaczynać od pisania opowiadań. Czas na trylogie przyjdzie później.

Co więc sobie wymyślili rzeszowianie? Według opisu na okładce Miejska legenda to zapis podróży trzech postaci: dziewczynki, golema i kota do przerażającego miejsca Miasta, które jest niczym rak bądź żywiąca się światłem larwa. Bohaterowie muszą dotrzeć do Katedry, tajemniczej budowli w centrum miasta. To wyścig z czasem – muszą zdążyć przed Gargulacami, które porwały brata dziewczynki w celach konsumpcyjnych. Opowieść utrzymana jest w popularnej ostatnio konwencji urban fantasy, gdzie czarodziejski świat wnika w codzienne, nowoczesne życie. A jak to wygląda w praktyce? Niespodziewanie dobrze!

Jasnym punktem zespołu jest Urszula Wójcik. Jej głos idealnie oddaje postać wspomnianej Dziewczynki. Ula dysponuje ciepłą, nieco orientalną, pełną gracji barwą. O czym słuchacz przekonuje już się w pierwszej minucie otwierającego album The City. Piękna wokaliza wprowadza w bajkowy klimat wydawnictwa. Czasem Ula pozwala sobie na przepuszczenie głosu przez filtr, by wcielić się w inną rolę (Golem And The Cat). Podoba mi się, że nie szarżuje, nie stara się chwalić swoimi możliwościami. W całości podporządkowuje się wyśpiewywanej opowieści. A tam jest przede wszystkim miejsce na strach, zagubienie i nadzieję. Proszę posłuchać Orange Tree - skomplikowane linie melodyczne, skakanie z c-dolnego do c-górnego, wydłużanie końcówek na wiele sekund. A jednak nie mam uczucia chwytania się tanich środków. To wszystko ma swoje uzasadnienie i czuć żelazną konsekwencję w konstrukcji utworu.

Obawiałem się, że muzycznym tłem opowieści będzie progressive rock z wszystkimi patentami opracowanymi przez Genesis, Dream Theatre, Satellite etc. To nie tak, że powoływanie się na wielkich poprzedników jest czymś nagannym - tylko że w przypadku konceptów to jak oglądanie kolejnej animacji z wytwórni Disneya. Ta sama kreska, podobne kolory, historię też już gdzieś widzieliśmy, tylko zamiast Królewny Śnieżki mamy Pocahontas. Jednak ambicje Spirala już na starcie sięgają głębiej.

Wspomniane The City jest dobrym drogowskazem do odbioru całości. Baśniowość to świat pełen dzwoneczków, delikatnych dźwięków gitary akustycznej, roześmianych dzieciaków, gwary pełnej życia i harmonii. Miasto jest złe i brudne, bulgoczące industrialem, hardymi riffami, przesterem i złowieszczą elektroniką. Kapitalne partie smyczkowe wyjątkowo nie dodają ciepła; zapowiadają jedynie kłopoty. I to zderzenie dwóch światów stanowi podwalinę wydawnictwa, na którym oparta jest większość kompozycji. Tu muszę przyklasnąć wyobraźni muzyków - ilość wpakowanych w opowieść pomysłów zasługuje na uznanie. Śliczne It’s Gone to delikatny dźwięk fortepianu, anielski wokal Uli i trip-hopowa elektronika. Umiarkowanie stosowane partie smyczkowe w Golem And The Cat nie wywołują skojarzeń z filharmonią; jest dla nich określone miejsce i czas. Początek Madhatter’s Tea wprawia z lekką konsternację. Wymieszano w nim... toolowy bas z post-rockową ścianą dźwięku! I nieważne, że chwilę dalej całość przechodzi w Porcupine Tree. Efekt zaskoczenia udał się wybornie. Through The Cellar Door jest arcyciekawą miniaturką pełną delayów i złowrogiej, mechanicznej perkusji. Szept Uli został wymieszany z trąbką, co stanowi doskonałe interludium do najlepszego w zestawie Orange Tree. Muzycy potrafią w udany sposób zestawić obok siebie folkowe plumkanie z agresywnymi gitarami nasączonymi elektroniką w stylu Linking Park (Cathedralworm part I). Kończący krążek White Feathers In The Sky dołącza jeszcze jedną cegiełkę do stosu nawiązań zawartych na Urban Fable - Queensryche.

Spiral porwał się z motyką na słońce i... wyszedł obronną ręką. Debiutancka płyta to intrygujący album zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. To krótka rzecz, niewiele ponad 40 minut. A z pomysłów na niej zawartych dałoby się wykroić drugie tyle. To chyba najlepsza rekomendacja. [avatar]

Digital Whales:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/spiralpl

12 grudnia 2009

Jacek Lachowicz: Pigs, Joys And Organs (Mystic, 2009)

Spotkałem się z opinią, że Pigs, Joys And Organs to najlepsza płyta Lachowicza i jedna z najlepszych tego roku. Hmm, zastanówmy się. Prawie się zgadzam. Jak zwykle jestem gdzieś pośrodku w wydawaniu opinii. Jedno jest pewne – to kawał dobrej alternatywy. Ups. Jest problem: pan Jacek nie lubi tego określenia. Ale zostawmy na chwilę Lachowicza i wejdźmy na Wikipedię EN, hasło "Beck Hansen". Napisali mu, że gra alternatywny rock. Beck Hansen, kolo, który nagrał już z milion płyt i puszczają go wszystkie telewizje. Więc na miejscu Jacka Lachowicza bym się nie upierał: to jest alternatywa, zwłaszcza w Polsce. Ale niech się artysta nie martwi: coraz więcej ludzi słucha takiej muzyki, wręcz to określenie ich przyciąga.

W stosunku do ostatniej „śpiewanej” (było jeszcze instrumentalne Runo) płyty Lachowicza zmieniło się parę rzeczy. Pigs... są z wyjątkiem jednej piosenki w całości po angielsku. Szkoda, bo teksty po polsku były bardzo dobre. Jest to płyta prostsza muzycznie od Za morzami, mniej eksperymentująca z brzmieniami, ale też znacznie głośniejsza, bardziej wyrazista. I jeszcze coś: artysta zaczął trochę inaczej wykorzystywać swój głos. Potrafi go wysilić do krzyku, a czasem (nieco nienaturalnie) obniżyć.

Dominują kompozycje rytmiczne, zgiełkliwe, wręcz majestatyczne. Grind My Soul to przesterowana gitara jako baza, zniekształcony wokal, industrialne hałasy i potężny bit perkusji. W końcówce ciekawe przejście i przyśpieszenie – numer zmienia się w coś w rodzaju electro punka. Anticipate od pierwszych sekund atakuje pompatycznym, wręcz orkiestrowym tematem i elektronicznym rytmem. Lachowicz śpiewa w nim z prawdziwą pasją, desperacko. Jeszcze bardziej złowieszczo wypada Joy, w którym obniża głos aż do granicy jego wytrzymałości. Słychać ten wysiłek, ale on tam świetnie pasuje. A to powtarzane wielokrotnie Dance, dance, dance with me w otoczeniu dramatycznych organów wypada naprawdę przejmująco. W Dumb’n’Deaf uszy atakuje brutalna kanonada elektronicznej perkusji i toporny riff przetworzonej gitary, ale zgiełk równoważy wyciszony środek. Są też piosenki o mniejszym ciężarze gatunkowym (kojarzące się z nowoczesnym bluesem Gomeza Like A Pig, bardzo melodyjny i radiowy Pax), a także ballady, z których przecież Lachowicz słynie od zawsze. Beck Hansen nie został przywołany przypadkowo – To Be Strong ma klimat jego najlepszych piosenek o miłości. Płytę zamyka śliczny utwór All The People – trochę tu Becka, trochę Beatlesów. Wyróżnia się mroczna Bajka, która swoją psychodeliczną nostalgią odwołuje się do czasów Ścianki – kiedy jeszcze Lachowicz był jej członkiem. Słyszę tu też trochę starego poczciwego rocka progresywnego – klimaty King Crimson z przełomu lat 60. i 70.

Dobra płyta – krótka, konkretna, do połknięcia za jednym zamachem. [m]

Joy:




Strona artysty:
http://www.myspace.com/jaceklachowicz

9 grudnia 2009

8 grudnia 2009

Nathalie And The Loners: Go, Dare (Ampersand, 2009)

Natalię Fiedorczuk znamy dobrze z zespołu Orchid, z którym pełnowymiarowy debiut zaliczyła w tym roku. W oczekiwaniu na jej kolejne rockowe objawienie – tym razem w roli wokalistki reaktywowanych Happy Pills – otrzymujemy zupełnie odmienny album solowy. Go, Dare to intymne, skromne piosenki, najpierw zarejestrowane w domowych warunkach, teraz na potrzeby tego wydawnictwa nagrane ponownie z wydatną pomocą Piotra Maciejewskiego, który doświadczenie w sklejaniu ścieżek zdobył samodzielnie nagrywając i produkując piosenki swojego projektu – Drivealone. Jak wypadło to spotkanie dwojga samotników?

Płytę otwiera hammondowska partia syntezatora, jakby żywcem wyjęta z lat 70. Potem spokojny głos Natalii. I brudne, jazgotliwe solo gitary Maciejewskiego. Te dźwięki sygnalizują, że Go, Dare nie będzie płytą pop – a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu. Bo już następny kawałek, For Love, to całkiem melodyjna, przebojowa piosenka, kojarząca się z dokonaniami Reginy Spektor. Szkoda, że perkusja brzmi tu jakby była zrobiona z tekturowych pudeł - co nadaje jej nieco zbyt podziemnego charakteru - bo piosenka ma spory potencjał radiowy. Na szczęście na Go, Dare nie chodzi o przeboje, tylko o klimat i osobiste emocje. Im głębiej zapuszczamy się w las, tym mroczniej się robi. Po banalnym tekstowo Poster Guy pojawiają się takie cudeńka, jak niesiony niepokojącym rytmem basu Mouth’s Craddle, zachwycające czystością Dancing (pozdrowienia dla Julii Marcell), delikatne gitarowe Thoughs czy wreszcie porażający podskórnym niepokojem utwór Sheet Music (posłuchajcie tej kosmicznej gitary w finale). O ile w pierwszej części płyty dominuje klasyczne instrumentarium - pianino i gitara akustyczna oraz elektryczna, to w końcówce do głosu dochodzi technika cyfrowa. Odpowiedzialny za programowanie Maciejewski umiejętnie wprowadził w ascetyczne aranże Natalii odrobinę syntetycznego rytmu i trzeszczących dźwięków minimalistycznej elektroniki. Kapitalnie wypada to połączenie w zakończonym gitarową kakofonią V.O.D. Właśnie czegoś takiego brakowało mi na debiutanckiej płycie Drivealone. W Sunday prosty bit zgrabnie uzupełnia krystalicznie czysta gitara akustyczna, a w It So So po klasycznym fortepianowym wstępie kompozycja przechodzi w miękkie disco – aż do prześlicznego wyciszenia.

Teksty są o smutku i samotności. When I am dancing/ Some of my friends are thinking of suicide/ And mutilating their hands/ Noone dances at the living room/ My heart is on fire and my soul is in bloom (Dancing). Bywają trochę zmanierowane, jak w Pretty Sad (I look so pretty when I am sad), ale miewają też swoje wzloty, jak w For Love (na stronie artystki ta piosenka nazywa się Fuckorlove): Now you dress up really slowly/ With your sights so far above/ And your eyes forming a question/ Was it (FUCK) or making love? Generalnie można je podsumować cytatem z Sunday: Yes, I would feel better/ I would feel better/ Never meeting you again/ I would feel better. Też się czasem tak czuję.

Go, Dare najlepiej słucha mi się w słuchawkach. Wtedy nic nas nie dzieli: mnie, muzyki i Natalii Fiedorczuk. [m]

It Is So:



Strona artystki:
http://www.myspace.com/nathalieandtheloners

7 grudnia 2009

The Phantoms: Kowalski EP (wyd. własne, 2009)

Miejsce akcji: Warszawa. Czas: 2009 rok, któregośtam września. Wtedy to właśnie trzech chłopaków ujawniło swoją czteroutworową EP-kę. Niestety temu wydarzeniu nie towarzyszyły zmiany na słońcu ani żadne zaburzenia w układzie biegunów magnetycznych. Pewnie wtedy jak zwykle obudziłem się człapiąc ciężko do łazienki. Śniadanie smakowało jak zwykle. Reszta dnia również minęła przewidywalnie. Nic nie zapowiadało końca świata. A szkoda, gdyż łobuzy z The Phantoms swoją muzyką potrafią obudzić trupa w świeżym grobie.

Warszawiacy grają coś co można sklasyfikować jako połączenie surf rocka z rockabilly i rockiem garażowym. Jest głośno, jest bezczelnie, jest brudno i jest obleśnie. Anonimowy Grzegorz na wokalu to nasza inkarnacja Lemmy’ego Kilmistera z Motorhead (Lemmy żyje i ma się dobrze, ale kto tam go wie, co topi w szklaneczce whisky). Pięścią w oczy dostajemy już w pierwszym kawałku - tytułowym Kowalskim. Hardy riff na początku krzyczy „za chwilę rozpęta się piekło”. Po czym na pierwszy plan wchodzi Grzegorz ze swoim przepitym, zachrypniętym głosem. Chłopak ma w dupie grzeczne nuty, jakieś oktawy czy inne bzdety. To muzyka wyrosła na uciapanych od smaru rękach oraz ryku rur wydechowych potężnych motocykli. Wtóruje mu sekcja rytmiczna. Legus i Sztj walą mechanicznie w swoje instrumenty, generując toporne, proste riffy. Dla takich kawałków wymyślono 230 V. Energia zmieszana o odżywczym brudem leje się z głośników. Amerykańskie korzenie jeszcze bardziej słyszalne są w Brand New Tatoo za sprawą ustnej harmonijki. W mgnieniu oka przenosimy się do Tennessee i uczestniczymy z zjeździe harleyowców. Rozedrgane dźwięki gitar w Crazy Like A Wasp generują klimat przydrożnej knajpki oświetlonej czerwonym neonem. She has no limits/ She’s crazy as a wasp. Coś mi się wydaje, że muzycy są pod wrażeniem Salmy Hayek w obrazie Od zmierzchu do świtu. I ten opętańczy wrzask w finale... Kończący EP-kę Brother Jay sunie z gracją traktoru C-60. Grzegorz walczy ze zdartym gardłem, ale nie ma przeproś! Trzeba wytrzymać trzy minuty prostego, soczystego riffu i klimatu dusznej mordowni.

Przesadziłem z tym końcem świata. Płytka nie jest aż tak wspaniała jak to wynika z tekstu. Ale pierwsze spotkanie z muzyką The Phantoms jest powalające. To był silny cios w żołądek; płuca paliły ogniem, a usta zatkały się od kurzu. Przed kolejnym podejściem wiedziałem jak się bronić. Obecnie, mimo braku elementu zaskoczenia, wciąż jestem pełen uznania dla trójki bezczelnych gości z Warszawy. Mają diabła pod ogonem i skutecznie infekują uszy nieświadomych niczego frajerów, którzy odważą się zapuścić majspejsowego playerka. [avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/thephantomspoland

6 grudnia 2009

Pornohagen: Grzeszyć i się cieszyć (wyd. własne, 2009)

Strasznie są płodni; już się pogubiłem, które to wydawnictwo. Zdaje się, że drugie długogrające, a było jeszcze sporo EP-ek. Można by powiedzieć, że ilość zwykle nie idzie w parze z jakością. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo Grzeszyć i się cieszyć jest pierwszą płytą łodzian, która prawie mi się podoba. Prawie jako całość, bo pojedyncze utwory są naprawdę niezłe. Jedno się nie zmieniło i raczej nigdy nie zmieni: nie ma szans na polubienie wokalu Pawła Strzelca. Jest taki wkurzający! Ale to jest rock’n’roll, w dodatku rock’n’roll, który wprawia w stan lekkiego podkurwienia, więc taki wokal jest na miejscu. I tak, napiszę to: szacun dla zespołu za konsekwencję, za olewanie trendów, łatwej sławy, za własną drogę. Są bezkompromisowi i niezależni. Płacą za to swoją cenę, to prawda - żadna wytwórnia nie chce ich wydawać.

Grzeszyć i się cieszyć to pochwała hedonizmu i rokendrolowego stylu życia. Alkohol, dragi, szybki seks, imprezy do rana – wszystko tu jest. Picie na umór i nie ma przyszłości. Może i szczeniackie, ale chyba każdy z nas przez to przechodził. Jedni z tego wyrośli, inni przypłacili to życiem. Nie żebym życzył tego chłopakom z Pornohagen. Nie ma jutra/ Każdy to wie/ Nie ma żadnych świętości/ Oprócz boga radości/ Zwiększamy ciśnienie krwi/ Mamy na to sposoby/ Wiemy jak to się robi/ Żeby czar do rana trwał/ By utrzymał się błogi stan (Amfetamina). Postawa skrajnie defetystyczna, wycofanie się w głąb wąskiego środowiska – to postawy reprezentowane przez młodego człowieka z piosenek Pornohagen. Unikanie wszelkiej odpowiedzialności, strach przed związkiem i stabilizacją – tylko tyle pozostało po opiewanych na wcześniejszych płytach kontaktach damsko-męskich. Stąd pewnie ta rada dla współbraci: Nie obiecuj/ Nic nie musisz/ Gdy zostaniesz/ Wpieprzysz się po uszy (Hydronajt).

Muzycznie mamy do czynienia z prostym rock’n’rollem granym na dwie gitary i sekcję. Zero klawiszy, żadnych tanecznych rytmów. Jest za to sporo bezczelnych melodii i punkowego hałasowania. Niektóre motywy potrafią zaczepić się w głowie na dłużej. Parę rzeczy mi się podoba, choćby dynamiczne Tańczę, konam, urozmaicone rytmicznie Grzeszyć i się cieszyć, intensywny refren i backing vocals w Kpinach, czysta adrenalina riffów w Królu życia, wreszcie ciekawszy sposób śpiewania Strzelca w Papierosach. Słychać szczerość i pasję w tym graniu. Szkoda tylko, że brzmi to tak kiepsko. Mimo iż było jakieś studio na drodze między salką prób a tłocznią, to jednak było to słabe studio. Tak mało oryginalna muzyka, aby zaistnieć, wymaga sporo pracy nad brzmieniem, czegoś, co by ją wyróżniło z masy podobnych dźwięków. Może na następnej płycie? Bo zespół już zapowiada kolejne wydawnictwa: najpierw EP-kę, potem album długogrający. Oni po prostu nie mogą żyć bez grzechu. [m]




Strona zespołu:
http://www.pornohagen.pl

1 grudnia 2009

Kolorofon: Kpt. Skała (Myszka Records/ Mystic, 2009)

Nareszcie! Sześć lat po Echoes The Rapture i cztery lata po Always Never Again Supersystemu mamy wreszcie pierwszą polską płytę dancepunkową. Trochę to trwało, ale nie oszukujmy się, kto miał to zrobić jeśli nie autorzy genialnych Zapałek? Chłopaki z Kolorofonu długo rzeźbili swój debiut, ale jest i – niech to diabli – warto było poczekać! Kpt. Skała to dziesięć kompozycji, z których dziewięć będzie absolutnie niezbędne do życia każdemu, kto choć raz ich posłucha. A dziesiątą z czystym sumieniem można anihilować, wykonując na płycie głęboką rysę cyrklem lub innym ostrym narzędziem.

Wydawać by się mogło, że gatunek, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, jest już na wymarciu, a jego nieliczni przedstawiciele zdychają gdzieś w kąciku nie wzbudzając zainteresowania organizacji ekologicznych. Giganci albo się rozpadli, albo zaczęli grać disco. A tu proszę, jak Feniks z popiołów, odradza się dance punk na ziemi polskiej, silniejszy, bo wzmocniony domieszkami innych stylów i subgatunków.

Śmielej – ta zachęta była potrzebna wszystkim. Zespołowi, że warto grać taką wychodzącą z mody muzykę, słuchaczom, że wyeksploatowany niemiłosiernie gatunek ciągle może zaoferować świeże i ekscytujące wrażenia. Długie, transowe intro, monotonny wokal, nakładające się na siebie partie gitary i syntezatorów, wreszcie potężne riffowe pierdyknięcie – zapowiadają, że będzie się działo dużo ciekawych rzeczy. Czy krowi dzwonek jest na miejscu? Tak jest, gotów do akcji! Numer pierwszy płynnie przechodzi w nieśmiertelne Zapałki. To dokładnie ta sama wersja znana już od półtora roku, minimalnie podrasowana w nowym miksie. I ciągle wymiata! Ten bas, ten rytm! Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej, bo Dobrze, że jesteś to najlepszy sposób na niebanalne wyznanie miłości wybrance/wybrankowi. Numer gitarowy, jazgoczący jakby czas cofnął się do epoki kultowej różowej kasety Starych Singers, a jednocześnie zupełnie współczesny za sprawą delikatnego wokalu i rozkosznych handclapsów. Słuchamy:




Dajcie mi chwilę, muszę odetchnąć głęboko, bo ci goście postawili mój świat na głowie (na niecałe cztery minuty, ale zawsze) następnym kawałkiem – Funktime. Zgodnie z tytułem, jest rytm, któremu nikt się nie oprze. Genialne nowojorskie zwrotki zderzają się z frenetycznymi londyńskimi refrenami. Odjechałem. Fairytale to żarcik z fanów ponurych post-joydivisionowskich epigonów. Grobowy głos Piotra Mazurka, nachalnie taneczny rytm i rzężąca gitara dają niezłego kopa. Szkoda, że nie poszli na całość i nie zmasakrowali końcówki tak naprawdę i do szczętu. Mam wrażenie, że stać ich na to. Za to w ramach tzw. puszczania oka, w epilogu zapodają zadzierzystą solóweczkę, której nie powstydziliby się Mitch&Mitch. Łobuz to również dobrze znany numer – i na płycie wypada bardzo solidnie, nasączony elektroniką, z fruwającymi stylowymi klawiszami. Chciałbym jest chyba najdziwniejszym nagraniem w zestawie (pomijając to ostatnie do usunięcia). Mamy tu mocny bit, agresywny wokal, dużo hałaśliwej, hip-hopowej syntetyki, a do tego potężną sekcję dętą! Robi to naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza finał z szalejącymi dęciakami. Nowy Orlean kłania się breakbeatowi – takie mamy zwariowane czasy.

Bomba atomowa. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tej piosenki? Jeśli tak, to w skrócie: charcząca gitara na wstępie, śliczniutki popowy motyw w środku z wokalami a la Mysłowice, połamane dźwięki w końcówce i kontrolowane sprzężenie na finał. Ładne, słodkie, niepokorne. Taki pop dla dewiantów (którymi wszyscy tu jesteśmy). Sensownie zamyka płytę znowu klasycznie taneczna Ściera, z bardzo fajnym refrenem, klaskaniem i kawałkiem wokalnym, który strasznie mi się kojarzy ze Ścianką.

Szkoda, że z numerem dziesiątym jest ten kuriozalny Kapitan Skała, utrzymany w dansingowym, pseudojazzowym klimacie. Takie rzeczy to niech sobie gra Maleńczuk, a nie taki zespół jak Kolorofon!

O tekstach się nie wypowiadam, bo raz, że wokale są bardzo schowane i czasem po prostu trudno zrozumieć, co śpiewa Mazurek, a dwa, że są na tak wysokim poziomie abstrakcji, że każdy zinterpretuje je inaczej. Bywają całkiem zabawne, ale dociec o co w nich chodzi będzie trudno.

Dali radę? Dali. Płyta mogłaby brzmieć trochę lepiej, ale i tak dostarczyła mi mnóstwo frajdy. Dobrej zabawy i wam. [m]

Żeby podtrzymać szampański nastrój Funktime:




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/kolorofon

30 listopada 2009

Zerova: Hello Tree (FDM, 2009)

Casus labelu FDM wywołał spory oddźwięk w Internecie. To powstałe w 2008 roku wydawnictwo za cel wzięło sobie promocję muzyki alternatywnej w Polsce. Kontrakty zostały podpisane, nagrania ruszyły z kopyta. Po czym pojawiły się komplikacje. Problemem stało się znalezienie odpowiedniego dystrybutora, dzięki któremu płyty mogły się znaleźć na półkach sklepowych. Wyprodukowane egzemplarze zalegały w magazynach, premiery krążków systematycznie odkładano, a muzycy nie dysponowali prawami do sprzedaży albumów własnym sumptem. W końcu wydawnictwo zdecydowało się na desperacki ruch. W ramach protestu przeciwko panującym mechanizmom rynkowym postanowiło rozdać płyty za darmo. Od 23 listopada w posiadanie płyt mógł wejść każdy, kto wypełnił formularz zamówienia na stronie wydawnictwa. Jedyne koszty to opłata za przesyłkę pocztową - 4 zł. Krążek Zerovy obok płyt Popo i New Century Classics jest właśnie tym, którego dotyczy owa specyficzna promocja.

Historię zespołu pewnie już wszyscy znają. W skrócie: decyzja o powstaniu zespołu zakiełkowała niedługo po koncercie Múm, w którym to uczestniczyli muzycy. Zaczęli nietypowo jak na polskie standardy - ich debiut I Think We’ve Lost ukazał się w barwach szkockiej wytwórni Herb Recordings. W Polsce niedługo później wydali EP-kę We All Hum Sometimes (Acoustic Apples). Wydawnictwo dość zaskakujące, gdyż opierało się głównie na akustycznych dźwiękach gitar, z elektroniką ograniczoną do minimum.

Podobno muzycy komponują z zamkniętymi oczami. Dzięki temu mogą przenieść się na nieskażone cywilizacją tereny kresowych rubieży. Wczuć się w rytm natury, poczuć tętno przyrody i dać się porwać urokowi miejsc, które powoli odchodzą w zapomnienie. Mimo, że muzyka Zerovy w większości oparta jest na laptopowej elektronice, to idealnie oddaje bajkowy klimat fantastycznych krain pełnych nostalgii, uroku i zapomnienia. Sam zamykam oczy i widzę hasające po łąkach elfy, pijące źródlaną wodę jednorożce czy rozbrykane centaury. Ekipie z Białegostoku w popisowy sposób za pomocą trzasków i łagodnych bitów udaje się uchwycić delikatną i ulotną atmosferę Nibylandii.

Na Hello Tree muzycy otwierają oczy. Pierwsze sekundy nie są miłe. Znajdują się w nieznanym sobie miejscu, są przestraszeni i skołowani. Gdzie jesteśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Taki jest otwierający album Error. Mroczny, duszny, klaustrofobiczny. Pełen niepokoju. Dźwięki elektroniki przypominają odgłosy konsoli statków kosmicznych ze starych filmów sci-fi. Dzięki temu mam wrażenie, że omawiane wydawnictwo to opowieść nawiązująca do klasycznych dzieł ekologicznej fantastyki naukowej. Dla przykładu Słowo las znaczy świat Ursuli LeGuin. Tytułowe drzewo to miejsce zmagań dwóch opozycyjnych przejawów natury ludzkiej. Chęci do niszczenia i dążenia do harmonii z naturą.

Cieszę się jak głupi mogąc śledzić tę historię. Czuję się jednym z jej bohaterów. Po początkowym zagubieniu odkrywam wspaniałość przyrody zrodzonej pod obcym słońcem (Savage The Circle). Napotykam tytułowe Drzewo, strażnika i mądrość całej planety (Hello Tree!). Za sprawą Planety ponownie robi się niespokojnie. Ktoś zły chce zrównać z ziemią te wszystkie cuda kierując się chęcią zysku: I’ll pinch you skin and pull your tooth/ And then I’m gonna break your leg/ I’ll drain your blood and plug your ears/ This is my plan to make you mad. Na szczęście wszystko dobrze się kończy w postaci prześlicznych Pavement i Foll’a. Jednak i ta podróż dobiega końca. Czas na pożegnanie (Ending Now Ending).

Oczywiście to moja prywatna interpretacja płyty. Teksty są introwertyczne i wskazują raczej na osobiste, subtelne relacje dwojga osób. Nie zmienia to faktu, że Zerova czaruje melancholijnym, pełnym tęsknoty klimatem. Rozśpiewała się Maja Chmurkowska. Jej głos niesie ze sobą cały ładunek emocji. Proszę sobie przypomnieć kobiece wokale w twórczości Massive Attack. Osobowość Mai to ta sama glina. Wtóruje jej Paweł Dudziński. Uczucie wiatru i przestrzeni to głównie jego zasługa. Dobrym tego przykładem jest High Speed 80, w którym każdy z głosów ma do opowiedzenia swoją historię, uzupełniając się komplementarnie.

Moje ulubione kawałki? Na pewno Krater z niespotykanym hałasem pod koniec. Oczywiście Savage The Circle z charakterystycznym dla zespołu dźwiękiem akordeonu (dlaczego jest go tak mało?). Króciutki Inremission #1 przypominający akustyczne wydanie grupy. Notwistowa Planeta z jakże wstrząsającym tekstem. Czy Tatula River z podskórnym rozedrganiem. Dobre wrażenie psuje jedynie tytułowe Hello Tree! z dość plastikowym motywem przewodnim oraz zbyt rozlazłe Ending Now Ending.

Płyta została nagrana by leczyć skołatane nerwy. Bez recepty. Nie trzeba czytać ulotki. Przedawkowanie nie grozi; skutków ubocznych brak. [avatar]

Tatula River:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/zerovaband

Saluminesia: Sprzedając pamięć (2.47 Records, 2009)

Niech was nie zwiodą słodkie buzie chłopców z zespołu Saluminesia. Nie są tacy młodzi, na jakich wyglądają. Jednak patrząc na ich dotychczasowe dokonania, trzeba im przyznać jedno: są na pewno przedsiębiorczy. Pochodzą z Sopotu, powstali w 2004 roku. I od tego momentu wiodło im się całkiem nieźle. Nawet nie wspominając o promowaniu ich przez radiową Trójkę, samo pojawienie się w 2008 w opolskich Debiutach to duża sprawa. Ale teraz mamy rok 2009 i oto otrzymujemy debiutancki krążek zespołu o wdzięcznej nazwie Sprzedając pamięć. A zespół to kwartet złożony z Remigiusza Augystyniaka odpowiedzialnego za wokal, Antoniego Budzińskiego (gitara), Grzegorza Kropacza (bas) oraz Janka Budzińskiego (perkusja).

Nawet dla takiego laika radiowo-telewizyjnego jak ja Miłość jest utworem zapadającym w pamięć. Nie przez jakoś super chwytliwą melodię, lecz z powodu częstotliwości pojawiania się jej w mediach. Co więcej, na płycie jest to pierwszy w kolejności utwór. Czyli co, reszta to tylko odcinanie kuponów od jednego przeboju? Nie do końca, jednak mamy tu do czynienia z muzyką jednorodną stylistycznie. Wiem, że to porównanie pojawia się w każdym tekście o zespole, lecz naprawdę nie da się o tym nie wspomnieć. Wyobraźcie sobie mieszankę Myslovitz i Wilków, z trochę bardziej łagodną wersją Much i warstwą tekstową rodem z Happysad. Wychodzi właśnie Saluminesia. Jedenaście grzecznych piosenek dla młodych indie-panien. Bo są to teksty o miłości głównie, czy też o szeroko rozumianych relacjach damsko-męskich. Dużym plusem jest na pewno fakt, że grupa skupiła się na śpiewaniu w języku polskim, co jak sami wiemy, nie jest ostatnio popularne. Z drugiej strony, wyszły z tego niezłe cuda. Moją osobistą perełką jest fragment utworu Herbata z cytryną: Nieuleczalnie przenikam przez ściany/ Wybieram te ładne, wytapetowane/ By z Tobą pić herbatę z cytryną. To jeszcze nic. Dalszy ciąg brzmi: Nie widzę nic, nie słyszę nic/Ii czekam na chwilę, gdy będziesz blisko/ Jak wtedy, gdy padał śnieg. W tym miejscu możemy dzięki skojarzeniu zanucić sobie „klasyka”: Prawie do nieba wzięłaś mnie/ A wtedy padał śnieg. Jeżeli to jest wielka poezja, to przepraszam, ja tego nie łapię.

Bądźmy jednak poważni. Sprzedając pamięć to płyta, która zawiera duży potencjał przebojowości. Umieszczone zostały na niej zgrabne, dobrze wyprodukowane numery, które bez problemu wpadają w ucho. Weźmy na przykład Nie mówmy. Można pokiwać sobie głową do tej melodii, gitary ładnie brzmią w tle, pojawiają się standardowe momenty wyciszenia. I tak w sumie można by opisać każdy utwór. Nie wiem, czy fakt, że materiał został dobrze skrojony, może być zarzutem. Jednak brak mi na tej płycie czegoś, co przykułoby moją uwagę na troszkę dłużej, jakiegoś pazura, nerwowego pulsu. Bo niby wszystko brzmi ładnie i zgrabnie, lecz w sumie wychodzi trochę nijako. A dodając do tego dość banalną warstwę tekstową i specyficzną manierę wokalisty, nie wszyscy będą chcieli wrócić do tej płyty.

Pozytywnym aspektem jest to, że zespołowi udało się pokazać innym grupom, że jak się chce, to można przebić się do głównego nurtu i szerokiego rynku. Pytanie, za jaką cenę, pozostawmy otwarte. [spacecowboy]

Nie mówmy:



Strona zespołu:
www.saluminesia.pl

27 listopada 2009

Indigo Tree: Lullabies Of Love And Death (Ampersand, 2009)

Indigo Tree jest w modzie. Gdzie nie klikniesz, tam wyskakuje recenzja albo wywiadzik. Ludzie, odbieracie nam robotę! Co spowodowało, że ludność cywilna, zwykle kompletnie niezorientowana w temacie brodatych gości z gitarami tak się zainteresowała podwrocławskim duetem? Czyżbyśmy byli świadkami masowych nawróceń na dobrą muzykę? Jeśli tak jest w istocie, to stanę w pierwszym szeregu i zaśpiewam alleluja.

Moda czy przebudzenie, wszystko jedno. Płyta duetu Peve Lety (coś jakby przestawione Pete Levy) i Filipa Zawady jest tak skromna i tak urocza, że aż nie zasługuje na taki rozgłos. Nie zrozumcie mnie źle, podoba mi się bardzo, ale to ten rodzaj muzyki do hołubienia i ukrywania przed innymi. Ci dwaj goście to nie jest materiał na gwiazdorów. Nie chciałbym, żeby grała ich Zetka, żeby występowali w telewizji śniadaniowej, a Gala zrobiła fotoreportaż z ich próby w garażu (uporządkowanego wcześniej przez stylistów). To jest muzyka do grania w małych klubach, do słuchania w samotności. Nie chce mi się czytać kolejnego tekstu stworzonego metodą kopiuj-wklej (Peve Lety – bard gitarowy). Dobrze, że jestem spóźniony, przynajmniej nie znajdę tej recenzji na Allegro.

Wszyscy już wyeksploatowali porównania do Animal Collective i Neila Younga (kurde, a tak chciałem nawiązać do Neila Younga). No więc nie będzie żadnego szpanowania nazwiskami. Napiszę tylko, że miło się słucha tych ballad o miłości i śmierci. Chociaż chłopaki są zbyt młodzi, by mieć na ten temat coś do powiedzenia, więc teksty zostawię w spokoju. I tak śpiewają po angielsku, a kogo tak naprawdę obchodzi, o czym są teksty po angielsku? Płyta ma swój klimat. Niby łagodny i ulotny, a jednak chwilami mroczny i klaustrofobiczny. Mimo że pozbawione perkusji, piosenki mają puls znacznie bardziej wyrazisty niż kompozycje np. Twilite. Wokal Lety’ego, niby rozmarzony, potrafi wznieść się w rejony tłumionej histerii. Jest tu jakieś podprogowe napięcie, jednak nigdy nie osiąga stanu wywołującego u słuchacza dyskomfort. Niby się relaksujemy, ale ciągle pozostajemy czujni, podświadomie wietrząc w ładnych melodiach ukrytą w cieniu grozę.

Dobre momenty. Sporo ich. Więc te naprawdę dobre momenty. Burnt Sugar z cudownie niepokojącą atmosferą i zakończeniem zagranym na sprzęgającej gitarze. Blue My Eyes – zjawiskowa melodia wyzwolona z przesterowanych wzmacniaczy w tak uroczo niedzisiejszy sposób. Ptasi wokal 45-sekundowego Car Wheel. Ballada brzmiąca jak nagrana w przedpokoju – Halfway. Prosty klawiszowy motyw i stukanie pałeczkami w Dark Are The Days. Leniwe brzdąkanie gitary w House Of Evil. Wreszcie zamykająca płytę klasyczna songwriterska kompozycja I Love You Baby Sweet.

To tak osobista i delikatna płyta, że powinna natychmiast zniknąć z wszystkich mediów masowego rażenia. Niech się zajmują aferami i katastrofami. A Kołysanki niech każde z nas przeżywa samodzielnie. [m]

I Love You Baby Sweet:







Strona zespołu:
http://www.myspace.com/indigotree

25 listopada 2009

Dick4Dick: Summer Remains (Mystic, 2009)

Właśnie odkryłem, że pisząc nazwę zespołu można przez przypadek zastąpić czwórkę symbolem dolara. I tak jakby mnie olśniło. Parafrazując Grzegorza Ciechowskiego: ta płyta jest nagrana dla pieniędzy. Normalnie numerologia i kod da Vinci w jednym! Ale poważnie: Summer Remains sprawia wrażenie odcinania kuponów po znakomitym Grey Albumie. Płyty napisanej na szybko i w pośpiechu zarejestrowanej. W dodatku muzycy zapomnieli, że to tylko wersje demo przed ostatecznym nagraniem.

Czepiam się już na wstępie, ponieważ nowa propozycja Dików pod pozorem wakacyjnej lekkości ukrywa mocno okrojony budżet. Gdzie jej do rozmachu rozbuchanej stylistycznie rock-opery sprzed roku. Jest jak biedny kuzyn w przykrótkich gaciach, który podwinął nogawki i udaje, że tak się teraz nosi.

Żeby nie było, że tylko krytykuję. Summer Remains zawiera kilka naprawdę fajnych piosenek, w dodatku kilka z nich jest zaśpiewanych po polsku, w dodatku polskie teksty są całkiem dowcipne i sympatyczne. Odwrót od narcyzmu i opiewania swojej męskości na rzecz zjawisk przyrodniczych stanowi miłą odmianę w monotematycznej twórczości zespołu złożonego z samych samców alfa. Druga sprawa to programowe złagodzenie brzmienia. Bo choć otwierająca płytę Burza zaczyna się od hardrockowego riffu i perkusyjnej kanonady, to zaraz po nich wycisza się i koi odgłosami natury. W nowych kompozycjach gitara jest obecna, ale pełni znacznie mniejszą rolę od klawiszy. Dominuje klimat hipisowski (a więc Diki nie wygrzebali się jeszcze z lat 70., ciekawe ile zajmie im dotarcie do cold wave), lekka psychodelka, krautrock. Aranże są bardzo skromne, ascetyczne wręcz, sprawiają wrażenie roboczych szkiców; stąd moja uwaga o wersjach demo na początku tekstu. Dziury starają się łatać efektami klawiszowymi i pogłosami na wokalach. Ta świadomość powoduje, że trudno w pełni cieszyć się nawet tymi bardziej udanymi piosenkami.

Tak się składa, że polskie teksty otrzymały również najfajniejsze melodie. Trudno oprzeć się przebojowości Hollywood ze zmyślną frazą Fabrykę snów spowija bluszcz/ Fabrykę marzeń rozmył blur, zadziornie wyśpiewanemu Maratończykowi, dyskotekowo bujającej Prognozie, czy najbardziej rozbudowanej kompozycyjnie Balladzie o bohaterze, który traci swoje superzdolności. Z kawałków anglojęzycznych z przyjemnością wracam do Lost My Way, w którym zespół przemyca odrobinę gitarowego zgiełku – przy czym kompozycja bardzo wyraźnie sprawia wrażenie niedokończonej, do warczącego przesterowanym basem Run Run Run czy fajnie przybrudzonego Girls Against Period. Albumowi jako całości brakuje jednak jakiejś iskry szaleństwa, a kolejne obok Burzy instrumentale (Wakacje w Hadynowie – ponad 3 minuty na jednym patencie, Paź królowej) wydają się być klasycznymi zapełniaczami.

Summer Remains trzyma poziom, ale w porównaniu z Grey Album wypada dość blado. Chłopaki wysoko zawiesili sobie poprzeczkę i ten wyśrubowany wynik będzie teraz trudno poprawić. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy. Trzeba się zregenerować, zażywać dużo kąpieli i spacerów, a za rok wrócić z płytą, która znowu porządnie namiesza.[m]

Run Run Run:





Strona zespołu: http://www.myspace.com/dick4dick

London Type Smog: Co ja mam? EP (wyd. własne, 2009)

Pochodzą z Siemianowic Śląskich i można było o nich usłyszeć po raz pierwszy w 2008 roku za sprawą trzyutworowego dema. Na pierwszy rzut oka kolejny indie zespolik, ale po kilku przesłuchaniach doszedłem do wniosku, że w chłopakach drzemie jakiś „mól ukryty”, coś co skutecznie burzyło im gładką strukturę kompozycji. A to przyjemny przester, niespodziewane sprzężenie, nawet trafił się im miły gitarowy odjazd. Oczywiście to żadne wielkie halo, ale fajnie, że już w pierwszych swoich kawałkach chłopaki postanowili pokombinować.

Rok później powracają z nową EP-ką. Strona myspace wita nas sporą fotografią, a na niej czterech ładnie uczesanych chłopców w marynarkach. Beatlemania? Nic z tych rzeczy. Miłośnicy londyńskich mgieł kontynuują drogę obraną na demówce. Niestety, tam razem instrumentaliści trochę sobie odpuścili warstwę muzyczną. Grają jakoś normalniej, bardziej zachowawczo, bez wcześniejszego szaleństwa.

Sytuację ratuje wokalista Paweł Osowski. Nie wiem, kto skrzywdził chłopaka, ale w tekstach czuć z trudem powstrzymywaną złość. Na bank chodzi o kobietę. Cóż, powstały dość ostre teksty, które w ustach młodego człowieka brzmią z jednej strony intrygująco, a z drugiej - pozostaje mieć nadzieję, że to tylko kreacja sceniczna. Posłuchajmy fragmentu Magazynu wyobraźni: Odkładam cię w magazynie wyobraźni/ W moim świecie nietykalnym/ W moich myślach dla nikogo. Dość zaborcze, prawda? Z kolei TV serce opowiada o uczuciach na pokaz, podpatrzonych w telenowelach. Chociaż deklaracja Weź do ręki broń/ Tak spokojnie/ Ja tylko się boję nadaje wypowiedzi niepokojącego kontekstu. Słuchając kawałka O Niej mimo budowanej nieporadnie ściany dźwięku na myśl przychodzą mi porównania z wczesnymi dokonaniami CKOD. Za sprawą wokalu właśnie. Paweł, podobnie jak Krzysiek Ostrowski, moduluje głos pomiędzy skandowaniem, recytacją a śpiewem. Jedynie Opowiedz jak się czułem przypomina klimat dema. Chłopaki mogą sobie wreszcie pograć trochę inaczej, wytworzyć drugi plan, a słuchacz słyszy bardziej melodyjny śpiew.

Cóż, nowa odsłona London Type Smog to przede wszystkich popis kształtującej się pokręconej osobowości Pawła Osowskiego. Pozostali muzycy zostali odsunięci w cień. Osobiście najbardziej podoba mi się w tym wykonaniu koncepcja fifty-fifty, gdzie każdy ma swoje miejsce bez zbytniego wybijania się. W Parasolach spadochronach z dema zdała świetnie egzamin, więc dlaczego teraz tego zabrakło? [avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/londontypesmog

24 listopada 2009

Plug&Play: Whoreship EP (wyd. własne, 2009)

Nie wiem czy muzycy Plug&Play czytali recenzję swojej ostatniej EP-ki autorstwa [m], ale na najnowszym wydawnictwie do minimum ograniczyli plastikowe klawisze. Owszem - wyłażą one gdzieniegdzie, ale ogólnie zostały odsunięte na dalszy plan. Lublinianie z kolei sięgnęli po bardziej wyrafinowaną elektronikę, dzięki czemu kompozycje zyskały na przestrzeni. Mimo to Plug&Play wciąż gra swoją mroczną odmianę post-punkowego dziedzictwa.

Co jeszcze się zmieniło? Niemal całkowicie porzucili element określany wcześniej jako dance punk. Na Whoreship nie znajdziemy parkietowych wymiataczy, w żadnej kompozycji nie dopatrzymy się odpowiednika choćby Under The Sun. Królują średnie tempa; chłopaki wyraźnie zwolnili. Chociaż nie, Stop Me ma niezłe przyśpieszenia, o sporym ładunku furii i krzyku, ale... to nie są rzeczy do tańczenia. To nie Partydie, w takt którego można się wić i przeżywać melodię. Gdyż proszę państwa w najnowszej odsłonie Plug&Play postawił na klasyczne shoegaze.

I byłoby bardzo fajnie, gdyby nie fakt, że najnowsze dokonania bardzo, bardzo przypominają Editors. Tak, na Porcysie wyrazili to w dość nieparlamentarny sposób, ale nie ma co się za bardzo obrażać. Analogie są zbyt czytelne. Można pisać, że muzycy w twórczy sposób czerpią z dokonań zimnej fali, pochwalić chłód Joy Division czy podeprzeć się nowojorską sceną wyrosłą na Interpolu. Ale to wciąż przywodzi na myśl dokonania Editors. The Most Beutiful Face jest tego najlepszym przykładem. Mamy nerwowo ciętą gitarę, dudniący bas, apokaliptyczny klawisz i klimatyczną elektroniczną wstawkę. Wokal Kuby jest odpowiednio niski, programowo cierpiący i bolejący. Kawałek ma wszystkie cechy, które znajdziemy w jakimkolwiek utworze z The Back Room.

Odstawmy na chwilę porównania na bok. Pod takim warunkiem Whoreship prezentuje się niczego sobie. Najważniejsze - lublinianie wciąż mają w zanadrzu kilka świetnych melodii. Rozpoczynający EP-kę Enemy jest tym najbardziej przebojowym i jako jedyny w zestawie przypomina starsze dokonania. Mimo tego co stwierdziłem wcześniej, stara się rozruszać zastygłe kości. Stop Me próbuje poruszyć przenikającym się schizofrenicznym hałasem i klawiszowym wyciszeniem. Dość smutne jest Lost A Friend z intrygującym, niespokojnym zakończeniem. Jedynie co nie wyszło chłopakom to What Would Freud Say. Jąkania wokalisty na wstępie skutecznie obrzydziły mi resztę utworu.

Najnowszej EP-ki Plug&Play da się słuchać. Ale w ustach pozostaje mały niesmak, że mimo wszystko jest to krok do tyłu i zagubienie własnej inwencji w rozwój gatunku. Najnowsza EP-ka nie skreśla zespołu - wciąż ma zalążki na przyzwoitą kapelę. Dlatego wierzę, że Whoreship to jedynie potknięcie w karierze.[avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/plugandplayband

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni