Tego koncertu miało nie być. Zespół miał wystąpić jedynie na scenie Radia Rzeszów, jednak duże zainteresowanie sprawiło, że na szybko zorganizowano dodatkowy gig w młodym, lecz zdobywającym coraz większą polarność klubie Od Zmierzchu Do Świtu. O występie dowiedziałem się kilka godzin wcześniej i prosto z pracy, lekko spóźniony dotarłem na miejsce. Zastałem zatłoczony klub i towarzyszącą temu duchotę. Zespół zaczął już grać. Wówczas nie znałem jeszcze promowanego debiutu Urban Fable i założę się, że większość przybyłych również. Muzyków stłamszono na niewielkim podeście w rogu salki. Basista niemal cały występ przesiedział na krześle, gitarzyści również starali się ograniczać ruchy, by nie uszkodzić kolegów. W centralnym punkcie Ula Wójcik. Niewielka, drobniutka istota śpiewająca często z zamkniętymi oczami...
Z perspektywy czasu, znając już debiutanckie wydawnictwo, oświadczam, że był to nieudany koncert. Pierwsza sprawa - nagłośnienie. Nie było słychać wokalu, czasami o tym, że dziewczyna śpiewa można było przekonać się jedynie z ruchu ust. Niestety, nie uświadczyłem eterycznych wokaliz znanych z płyty. Ula mogła pokazać swoje możliwości jedynie w spokojniejszych fragmentach lub tych przesadnie siłowych. Druga sprawa - oświetlenie. Na filmiku widać wściekłe pomarańczowe ściany. Dodatkowo cały czas na scenę były skierowane oślepiające, nieruchome reflektory, które obdzierały muzykę z wszelkiej intymności. Jedynym urozmaiceniem był blask fleszy aparatów fotograficznych. Po trzecie ograniczone instrumentarium. Brak skrzypiec zrobił swoje. Pan od klawiszy stał cały czas w cieniu. Zarówno w sensie fizycznym, jak i muzycznym. Brakło trip-hopowej elektroniki, tej całej industrialnej otoczki. Klawisze służyły jedynie do wypełniania luk. Ze wszystkich smaczków zostały jedynie nawalające gitary. A to za mało. Wielominutowe kompozycje nużyły, jedyne emocje był wtedy, gdy faktycznie chłopaki przyłożyli ze zdwojoną mocą. W spokojniejszych fragmentach nie dawali rady przykuć uwagi. Jedynym urozmaiceniem był długowłosy gitarzysta rzucający co jakiś czas w stronę publiki mroczne spojrzenia pełne zua
Aby muzyka z debiutanckiego krążka zabrzmiała z pełną mocą, muzycy ze Spiral muszą mieć więcej przestrzeni i władować pieniądze w odpowiednią odprawę sceniczną. Trzeba też koniecznie zatrudnić dobrego akustyka. Wiem, w polskich realiach debiutantom bez kontraktu z dużą firmą fonograficzną jest cholernie ciężko się wybić i pozwolić na większy rozmach. Pozostaje wierzyć, że dobre przyjęcie Urban Fable pozwoli zespołowi na realizację kilku odważniejszych pomysłów. Liczę na Japończyków. Również tam Miejska legenda jest dostępna w sprzedaży detalicznej. [avatar]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie po...
-
W 2002 roku pochodzący z Gdyni Artur Maszota bezskutecznie szuka wydawcy dla swojego zespołu Supreme. Zniechęcony ówczesnymi realiami pos...
-
Romans WAFP z zespołem Plug&Play jest długi i burzliwy. Kochaliśmy się i nienawidzili. Czasem, jak to w związku, padały mocne słowa. Z cz...
-
Jeśli pamiętacie Raindrops i Crab Invasion – nagrania z EP-ki Extend Your Life , nie powinniście być zaskoczeni, że lider Krabów w końc...
-
Wyobraźcie sobie, że otwieracie skrzynkę pocztową i wyjmujecie z niej widokówkę od dawno nie widzianego znajomego. Niepozorna i w dodatku...
-
Gdynianie nie gęsi swoje Tides From Nebula mają! God’s Own Prototype stanowić mogą silną konkurencję dla warszawiaków, bo grają równie ci...
-
Monsieur Grudniewski spuszcza łomot taki, że Cannibal Corpse może się gonić.
0 odpowiedzi:
Prześlij komentarz