1 listopada 2008

Pawilon zaprasza na koncerty

Program trasy:

13.11 POZNAŃ W Starym Kinie, razem z Kumka Olik
14.11 BYDGOSZCZ Studio Radia PIK - transmisja na żywo
15.11 WARSZAWA Studio im. A. Osieckiej - na żywo w radiowej Trójce w audycji Myśliwiecka 3/5/7
16.11 ŁÓDŹ Luka
17.11 CHORZÓW Szuflada 15
18.11 WROCŁAW Niebo, razem z Dav Intergalactic
19.11 KROTOSZYN Art Galeria Rozchulantyna, razem z Dav Intergalactic
20.11 ZIELONA GÓRA Straszny Dwór, razem z Dav Intergalactic
21.11 WĄGROWIEC Różowa Pantera,

Bonus track:
13.12 ZGIERZ Agrafka,

31 października 2008

Ballady i Romanse: Ballady i Romanse (Galeria Raster, 2008)

Czy wiedzieliście o tym, że Barbara Wrońska (Pustki) ma siostrę, Zuzannę? Ja też nie, do niedawna. A czy wiedzieliście, że Zuzanna Wrońska jest kapitalną wokalistką i do tego pisze niezłe teksty? Ja też nie, aż do dziś. Ta wiedza spłynęła na mnie za sprawą płyty duetu Ballady i Romanse, która właśnie dziś ukazuje się nakładem – od pewnego czasu nic mnie w tej branży już nie dziwi – galerii sztuki, a konkretnie Galerii Raster. Album jest efektem współpracy sióstr, które najpierw nagrały jedną piosenkę na składankę w hołdzie Broniewskiemu, a potem wciągnęły się w home recording i ni stąd ni zowąd mamy „polskie CocoRosie”. Nieprawda, przynajmniej nie do końca. My, tzw. krytycy muzyczni (w nielicznych przypływach pokory nazywający się po prostu recenzentami), lubimy takie kolorowe plakietki-etykietki. Jak to fajnie brzmi: polski Interpol, polskie Architecture In Helsinki, nasze polskie CocoRosie. No i potem wynikają z tego problemy. Wspominam o tym niebezpodstawnie. Naprowadzam was na trop. Ciągle jeszcze porównujemy, proszę bardzo. I to będą okolice dziesiątki: Asi Mina. Artystka bardzo niszowa, tak samo jej płyta, ale sporo zbieżności między nią a siostrami. Płyta nagrana w domu, z użyciem tego co wpadło pod rękę (głównie w kuchni), prywatne, osobiste teksty. I już jesteśmy w domu.

Co więc nasze nowe ulubione Sistars... znaczy siostry, przygotowały? Ano płytę bardzo, bardzo ładną, miłą, piosenkową. Ale też brudną, surową, nonszalancko niedbałą w warstwie muzycznej. Czyli esencja lo-fi, domowej inicjatywy muzycznej. Co nie znaczy, że Ballady i Romanse brzmią jak garażowe demo. Wprost przeciwnie, są tu numery, które bez stresu można by prezentować w popularnych rozgłośniach (pomarzyć zawsze można). Ale nie brakuje też bałaganu, pomyłek, dźwięków, które zwykle zostają wstydliwie usunięte w procesie postprodukcji. Kilka piosenek autentycznie natychmiastowo zapada w pamięć: Kto przepłynie (dla mnie numer jeden płyty) z głębokim basem, rytmem wystukiwanym na różnych elementach kuchni, jak się domyślam drewnianymi łyżkami, z przepięknymi wokalami obu sióstr; Trudny z refrenem, któremu wieszczę „kultowość”; szalony Magnetyzm serc, jako żywo przypominający piosenki The Dresden Dolls (Zuza!); rozbrajająca, zaśpiewana w dziecinnej manierze Starość (znowu Zuza, znowu kuchenne rytmy i obłędne klawisze); szalona Warszawa (stukanie w garnek, fujarki, oklaski, dzikie wrzaski). Tak się rozpędziłem, że omal nie wymieniłem połowy płyty. Bo słabych momentów tu raczej nie ma.

Co ciekawe, w tym duecie rolę liderki przejmuje Zuzanna. Napisała wszystkie teksty, niektóre mocno osobiste (Tak naprawdę moi mili wszystko miało być inaczej/ Miałam życie wciągać nosem i mieć dużo miłych wrażeń/ Wieczorami z kolegami słuchać Beach Boys i Nirvany/ Kumple wolą, żebym z nimi zajmowała się blantami), inne opowiadające zabawne/straszne historyjki (Toksyczna para, Laleczko, Anoreksja, Pies), a nawet o charakterze literackim jak przenosząca - zapewne pod wpływem poezji Broniewskiego - do ciemnej piwnicy w zrujnowanej Warszawie Okupacja. To Zuza jest tą silną, tą zbuntowaną, tą niegrzeczną – co słychać w wokalach, nie tak słodkich i kruchych jak u siostry; ale za to jak zaśpiewa pełnym głosem, to ciary chodzą po plecach.

Ballady i Romanse to płyta wypełniona pioseneczkami (to czułe zdrobnienie rezerwuję sobie właśnie na takie okazje), które przyczepiają się do człowieka i wywołują te różne niegodne prawdziwego mężczyzny uczucia. Człowiek chce się od nich uwolnić, kopnąć je w te małe tyłeczki, ale nic z tego, one zostają w głowie i za cholerę nie mają zamiaru jej opuścić. [m]

Strona wydawcy:
Raster

29 października 2008

Lachowicz: Runo (Mystic, 2008)

Ta płyta niewiele ma wspólnego z poprzednimi albumami Jacka Lachowicza – co sygnalizuje już rezygnacja z imienia, jakby artysta dawał do zrozumienia, że nie należy oczekiwać kolejnych piosenek pana Jacka. Album wypełniają całkowicie instrumentalne kompozycje na syntezatory, fortepian i gitarę. Część z nich to fragmenty ścieżek dźwiękowych różnych filmów, część to utwory napisane specjalnie z myślą o tej płycie-ciekawostce. Są tu rzeczy sprawiające wrażenie zamkniętej całości, jednak większość materiału to raczej dźwiękowe impresje, szkice utworów.

Nagrania, w przeważającej większości wyciszone i pasujące do określenia ambient, połączono w rodzaj suity, ścieżki dźwiękowej snu na jawie. Pomijając brudny i rytmiczny opener Chamówa (rozbrajająca szczerość, prawda?), cała reszta płynie sobie łagodnym nurtem, nie niepokojąc odpływającej w dal uwagi. Nie powiem, zdarzają się tu miłe chwile, jak muzyczna ilustracja spadających z drzew kropel wody w Lasku, bajkowy temat w Odzie 11, klasycyzujący fortepian w Ginie, czy klimatyczna wycieczka w stronę shoegaze spod znaku tegorocznej płyty Klimta w Odzie 12. Reszta to jednak typowa muzyka tła, z ledwie zarysowanymi melodiami, dyskretnie buczącym basem i delikatnymi trzaskami elektroniki.

Nie jest to więc pozycja obowiązkowa dla fanów piosenek Jacka Lachowicza. Runo ma szansę spodobać się słuchaczom szukającym wytchnienia i umysłowego relaksu. W tej roli ten króciutki album sprawdza się znakomicie. [m]

Strona artysty:
Myspace

Nie zatrzymasz ich! - Stop Mi! w trasie


Trasa:

- 6 listopada 2008 roku, godz. 21 - Jadłodajnia Filozoficzna, Powiśle, Warszawa
+Jack Input+Britie DJ set

- 7 listopada 2008 roku, godz. 20 - Kawiarnia Dujer, Mińsk Mazowiecki
+Gra Pozorów

- 11 grudnia 2008 r. - Festiwal Re:wizje, Cover Exchange, Jadłodajnia Filozoficzna, Warszawa
+Lowline (UK)

- 20 grudnia 2008 roku, godz. 21 - Pub Wetlina, Służew, Warszawa
+Jack Input

- 20 stycznia 2008 roku, godz. 21.30 - Hard Rock Cafe, Warszawa
+Negatyw

26 października 2008

Obserwator: Don’t Be A Poor Person

Ten zespół obserwuję już od pewnego czasu, od dość dawna przymierzając się do napisania o nim kilku zdań. Niedawno pojawiły się na majspejsie grupy nowe nagrania, jest więc pretekst, aby wreszcie przedstawić czytelnikom bloga tę bardzo ciekawą i obiecującą formację. Proszę państwa: Don’t Be A Poor Person. Zespół pochodzi ze Śląska (prawdopodobnie z Katowic), z tym większą przyjemnością informuję, że jest naprawdę wart waszej uwagi.

Oni sami nazywają swoją muzykę postrockiem – może i jest to określenie słuszne, choć kilka innych chodzi mi też po głowie. Ta muzyka to fascynujące połączenie długich, hipnotycznych partii sekcji rytmicznej, chropawej gitary, elektronicznych brudów, połamanych sampli – i niskiego głosu Zbigniewa Flakusa. Ten wokal to rejony mrocznej muzyki, myślę tu o Morrisonie czy wokaliście norweskiej Madrugady, a jednak pod względem kompozycji i brzmieniowych eksperymentów pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi do głowy – to Radiohead. Najsilniejsze wrażenie duchowej bliskości z RH mam słuchając mocno wkręcającego utworu Wooden Computer. Ten bit, transowy, zapętlony bas, analogowe klawisze, wreszcie spazmatyczny wokal, powtarzający niezrozumiałą mantrę. Ten niepokojący, duszny klimat znajdujemy też w Able Cable, w którym zabawy elektroniką (w tym ciekawym urządzeniem firmy Korg o nazwie Kaossilator) i nerwowe zagrywki gitary potęgują atmosferę osaczenia i fascynacji zarazem. Jeszcze więcej eksperymentów z formą i brzmieniem znajduje się w całkowicie instrumentalnej Song 1. Niemniej intrygujące są piosenki, w których wokal często bywa przetwarzany i preparowany (przyśpieszanie, zwalnianie, cofanie, nagłe cięcia itp.). 1996 to chyba najlepszy numer w repertuarze Don’t Be A Poor Person. Ciemny, zawiesisty, sunący na tłustym motywie basu, okraszony brudnymi partiami gitary, które nieuchronnie zmierzają ku brutalnej kakofonii. Pięknie rozwija się wyciszony Slow Instrument (ten bas i wokal!). W Waste 2 Times połamane struktury wprowadzają sporo zamieszania, a dzieje się tyle, że ciężko to ogarnąć. Po tych długich, ponadsześciominutowych songach, zaskakuje króciutki, ale zaczepnie chwytliwy Happy Meal – to tylko szkic piosenki, a mimo to słucha się go świetnie.

Mam dziwne przeczucie, że z tego zespołu może być coś naprawdę wartościowego. Czekam na kolejne nagrania (może płytę?) i szykuję się – jako mieszkaniec aglomeracji śląskiej – na koncerty w okolicy. [m]

24 października 2008

Pustki: Koniec kryzysu (Agora, 2008)

Nie wiem czy fani Pustek zauważyli jakikolwiek kryzys w działalności swojego ulubionego zespołu, ale skoro jego członkowie uznali, że zaczyna nowe się, to pozostaje nam tylko się cieszyć. I gratulować tak udanego powrotu do formy, bo Koniec kryzysu to świetna płyta. Na forach już toczą się dyskusje, czy uczynienie z Basi Wrońskiej głownej wokalistki było dobrym pomysłem, czy wręcz przeciwnie. Mnie się głos Basi podoba, także jej sposób śpiewania jest czymś świeżym wśród polskich wokalistek. Jest w nim sporo popowej gładkości, ale i momenty załamania, kiedy to emocje biorą górę – i to słychać, i to jest piękne, bo pokazuje, że śpiewanie jest nieodłącznie powiązane z tekstem, który coś znaczy, dotyczy konkretnych sytuacji i stanów ducha. Na drugim planie (wokalnie) jest Radek Łukasiewicz, który czasem fajnie potrafi się znaleźć w okazjonalnym duecie czy backing vocals. Świetnie też wypada w jedynym „swoim” od początku do końca utworze (Chcę zrozumieć źle). Trochę szkoda, że Pustki nie poszły w kierunku wokali damsko-męskich, które idealnie pasują do takiej, hm, indiepopowej, koledżowo-alternatywnej stylistyki. Może w przyszłości?

Jaka jest ta płyta w porównaniu z Do-mi-no? Inna. Mniej zadziorna, nie tak nerwowa rytmicznie, bardziej wyciszona, czasem nawet zbyt gładka (chociaż muzycy twierdzą w wywiadach, że starali się uchwycić w studiu surowe, bliskie koncertowemu, oblicze swojej muzyki). Ze zrozumiałych względów bardziej delikatna, kobieca – chociaż sporo tekstów dla Basi napisał Radek. Senty menty, otwierające płytę nagranie, jest nie tylko jednym z piękniejszych, ale i najważniejszych pod względem tekstowym: rzecz o rozstaniu i zaczynaniu nowego życia. Jedna z tych piosenek, która odkrywa swoje uroki dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu. Zaraz potem rozbrzmiewa doskonale znane Parzydełko i Nie tak miało być – bardzo charakterystyczny, bardzo Pustkowy numer. Tekst zaśpiewany na dwa głosy, prościutki motyw pianina i oszczędny gitarowy riff – niby nic łatwiejszego napisać taką piosenkę, tylko dlaczego tak mało ich powstaje w Polsce? Jesień – najbardziej zaskakujący moment na płycie. Basia śpiewa tu niemal... soulowo, dużo dzieje się w warstwie melodycznej (jazzujące pianino, gitara akustyczna, e-bow, kwartet smyczkowy) i rytmicznej (cytat z ksiązeczki: Basia – Hip-hop po polsku!). Pomyłka – przykład na to, jak z banalnego wydarzenia można zrobić temat na kapitalną piosenkę. To była tylko głupia pomyłka/ Stłuczka rozpędzonych słów – czyli jak wydobyć piękno słów z życiowego banału. A muzycznie? Fajna praca basu (na którym gra nowy nabytek zespołu Szymon Tarkowski), specyficzny dźwięk starego syntezatora Rolanda Juno-6, no i przede wszystkim intrygujący, wpadający w wibrato, wokal Basi (szczególnie w zwrotkach). Chcę zrozumieć źle – rewelacyjny, brudny, garażowy przerywnik (niespełna 2 minuty) z porywającą jazdą gitary i doskonale pomyślanymi handclapsami. Jaka szkoda, że nie ma tu więcej takich numerów!

W tym miejscu zaczyna się – umowna – druga część albumu. Klimat robi się spokojniejszy, trochę ospały, niebezpiecznie monotonny. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym utworze. Bo Nuda, to wcale nie nudna rzecz (I znowu cytat, tym razem z Grzegorza Śluza, perkusisty: Nuda po prostu bije z tego kawałka, który jednak wcale nie jest nudny), to piekna klimatyczna piosenka ze zniewalającym, „anielskim” wokalem Basi. Ujmująco skromna melodia została nałożona na domowy bit z taniego syntezatora. Z czasem pojawiają się dyskretne smaczki perkusyjne, pianino, czyste dźwięki gitary. Trochę w klimacie duetu Ballady i Romanse, o którym przeczytacie już niedługo. (Dla zaintrygowanych: to wspólne przedsięwzięcie sióstr Wrońskich – Barbary i Zuzanny). Czerwona fala – kolejny dowód na to, że w zwyczajności tkwi magia, trzeba tylko umieć ją wydobyć. W tym przypadku mamy opis jazdy samochodem, w korkach, na torze przeszkód z rond, tunelów, mostów. Wyciszona kompozycja nabiera smaku dzięki sprzęgającej w tle gitarze i intrygującym partiom Rhodesa oraz akordeonu. Na wysokości Nie zgubię się w tłumie zaczynam odczuwać lekkie znużenie, bo to kolejna spokojna piosenka. Ładna, ale powinna znaleźć się w innym miejsu. Na przykład za Niezdrowym rozsądkiem, który jest najlepszym fragmentem drugiej części płyty. Począwszy od łagodnego wstępu, przez genialne dwugłosowe refreny, aż po hałaśliwy finał – ciary na plecach i euforia w głowie. Idealny przykład indie przeboju, bo są tu i rozbrajające melodie, i sporo brudu, a nawet nibyfolkowy wtręt akordeonu. Chciałoby się zawołać: jeszcze, jeszcze!

Jesteśmy już bardzo blisko finału. Perłowe żałobniki, to jedna z tych piosenek (obok chociażby Senty mentów), które wymagają więcej cierpliwości, aby ukazać wszystkie swoje sekrety. Podoba mi się fraza: Perłowe żałobniki obsiadły mój dach/ Nie lubię płakać, więc kamień do ręki/ Wynocha stąd. Nie podoba mi się naciągana gra słów w wersach Wieczór jak poczucie wina/ Z początku gorzki, a potem mdli. Bo teksty nie są idealne. Mają przebłyski, mają i mielizny. Ale to dobrze, przecież ani Basia, ani Radek nie są nowymi Wyspiańskimi (wspominam o Wyspiańskim nieprzypadkowo, gdyż interpretacje jego wierszy w wykonaniu Pustek są powalające, zaś teksty sprzed kilkudziesięciu lat wciąż doskonale aktualne). Przedostatni numer to Zawracanie głowy. Tu zespół postanowił trochę zaszaleć i zagrał ostrzej, hałaśliwie i brudno. Refren trochę taki pod Yeah Yeah Yeahs – fajny, do pokrzyczenia. I finał: Atrament. Subtelna ballada, zaśpiewana z akompaniamentem pianina i kwartetu smyczkowego. Śliczna końcówka. No, nie całkiem końcówka, bo jako bonus track dostajemy jeszcze nieco przerobioną wersję Końca kryzysu z kompilacji w hołdzie Joy Division.

Rzadko zdarza mi się opisywać album utwór po utworze. Ale Koniec kryzysu jest tego warty. To płyta na pewno nie idealna (bo ugrzeczniony, salonowy kwartet smyczkowy w Jesieni, bo rozczarowujący finał Zawracania głowy, bo wspomniany spadek napięcia w środkowej części albumu), ale bez wątpienia pełna znakomitych, kipiących od pomysłów, przebojowych piosenek. Tak powinien brzmieć polski pop, takie rzeczy powinny grzmieć z radiowych playlist. A płytę mieć trzeba i już. [m]


Strona zespołu: www.pustki.pl

22 października 2008

Obserwator: Tides From Nebula

Na początek suche fakty. Jest ich czterech, są z Warszawy. Działalność rozpoczęli w styczniu tego roku. Na ich Myspace można posłuchać czterech utworów. Grają instrumentalną muzykę gitarową. I nie mam tu na myśli wirtuozerskich popisów Steve Vaia.

Kiedyś, przy okazji recenzji debiutanckiej płyty George Dorn Screams zapadł mi w pamięć jeden fragment: GDS grają post-rocka z akcentem na rock. To określenie idealnie pasuje do Tides From Nebula. Chłopaki zdecydowanie stawiają na ciężar. Nie interesują ich ezoteryczne plumkania czy zwiewność podbarwiona instrumentami smyczkowymi. Muzyka ciąży w kierunku post metalu i obszarów eksploatowanych przez kapele pokroju Sun O))) czy Earth. Ciężko strojone gitary, wolne doomowe tempa oraz rozjaśniające całość riffy tworzą piorunującą mieszankę.

Purr jest klasycznym mogwaiowym kawałkiem. Delikatnie rozwijający się motyw przewodni przechodzi w solidną ścianą dźwięku. Sleepmonster przywodzi na myśl dokonania nieco zapomnianego już Ctrlaltdelete. Leniwe dźwięki w logiczny sposób przeistaczają się w finałową nawałnicę, której nie powstydziłby się Tool. Słuchając When There Were No Conections mam dziwne uczucie marnotrawstwa. Kurcze, w tym kawałku jest tyle patentów, że można by nimi obdzielić całą płytę! Proszę zwrócić uwagę na riff w 1'40", ołów z głośników w 3 minucie zwala z nóg, a zwolnienie w 4'10" przynosi autentyczny haust świeżego powietrza.

I ostatnia perełka. Higgs Boson (z racji zboczenia zawodowego już za sam tytuł mają u mnie fory). Kapitalnie współpracujące ze sobą dwie gitary. Proszę posłuchać kawałka na dwa sposoby. Raz wsłuchując się w gitarę prowadzącą, drugi raz w rytmiczną. Tu każdy dźwięk ma swoje miejsce i swoją rolę do odegrania. Plus całkowicie mnie rozbrajająca mini-solówka wchodząca w osiemdziesiątej czwartej sekundzie.

Wybaczcie mój stan euforii - to w tej chwili moje odkrycie roku. Nie widzę w tych czterech utworach żadnego zbędnego taktu. Jestem pod wrażeniem finezji kompozycji. Co odsłuch wyłuskuję nowe motywy i harmonie. Jestem na "tak". And who's the fuck is Klaudia Kulawik?? [avatar]

Strona zespołu: Myspace

15 października 2008

Columbus Duo i TELE - takie rzeczy tylko w Krakowie


17.10.2008 godz. 20 - Kraków, Kawiarnia Naukowa, ul Jakuba 29
Koncert COLUMBUS DUO & TELE

Columbus Duo to właściwie rodzinny interes. Bracia Swoboda grają ze sobą od jakichś 17 lat i jak widać, ciągle im mało. Ich początki to bezkompromisowy zespół Thing grający noise – trudny i poharatany jak doświadczenia stoczniowców (Irek i Tomek pochodzą z Trójmiasta). Kto by pomyślał, że z gitarowego generatora hałasu przemianują się w parajazzowy Columbus Ensemble, ale tak właśnie było. Na duet czas przyszedł w 2002 roku. Przy okazji założyli wytwórnię o niepokojącej nazwie Dead Sailor Muzic.

Gdzieś po drodze przytrafiła im się współpraca z Arszynem (czy ktoś jeszcze pamięta zespół Ludzie?), ale jak się okazuje duet polubili najbardziej. Koncert organizowany przez tapczan.info odbędzie się właśnie ze względu na niedawne ukazanie się kolejnego albumu Columbus Duo zatytułowanego Storm - bo niby jak miał się inaczej nazywać? Muzycznie to działania w przekroju płaskim i poprzecznym. Sięgnęli i po noise, i po bardziej kameralne oblicze z późniejszego okresu działalności. Coś jest na rzeczy, że to historie właściwie morskie.

Braciom Swobodom niedługo stuknie 18 rocznica działań na rynku, widocznie poczuli, że czas najwyższy na podsumowania. O tym w jakiej są formie warto przekonać się na żywo. Przy okazji będzie można zakupić płytkę. Warto tu wspomnieć, że nagrania dokonali u innych braci, Kapsów (tych od Something Like Elvis i Contemporary Noise Quintet). Miks całości powierzyli Emiterowi i Jacaszkowi.

Lokalnego wsparcia i wstępu przed koncertem Columbus Duo udzieli krakowski tercet TELE. W ich muzyce pobrzmiewają spaghetti westerny, ale o nawijaniu makaronu na uszy nie ma mowy. Trans im nie obcy. Postrock to klimat, noise to baza, cisza to antypody. Są gdzieś pomiędzy. Maruderzy z nich i cyzelanci. Zanim zdecydowali się na czerwcowy debiutancki występ przez rok zaszywali się w sali prób i tylko się krzywili na prośby o jakiś występ na żywo. Może to i dobra strategia? W ich wypadku okazała się skuteczna.

(info organizatora)

Więcej:

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni