18 lutego 2008

Iowa Super Soccer + Ladislav + Janek Samołyk - Mysłowice, MCK 16.02.2008

W ostatnią sobotę zapragnąłem zaczerpnąć mysłowickiej atmosfery i wybrałem się na koncert trzech wykonawców reprezentujących nurt tzw. slow core (czy sad core, jak kto woli). W bardzo sympatycznej, kameralnej salce Mysłowickiego Centrum Kultury rozegrał się jednak dramat ziewania i mordowanego entuzjazmu.

Nie mówię już nawet o tym, że impreza zaczęła się z godzinnym poślizgiem i że na początek wypuszczono "słodkiego" chłopca z gitarą, który miał zabawiać publiczność przez kolejną godzinę, choć powinien mieć maksymalnie połowę tego czasu (no ileż można!). Żeby już potem nie wracać do tematu: Janek Samołyk, na co dzień podpora The Ossies, wystąpił solo – w końcówce z małą pomocą klawiszowca i skrzypaczki, wierząc że jest w stanie skupić na sobie uwagę ludzi przez tę dłużącą się strasznie godzinę. Niestety, songwriting w jego wydaniu daleko odbiegał od tego, z czym kojarzę ten nurt i zbliżał go raczej do Tomka Makowieckiego bez prądu. A jako że nie jestem piętnastoletnim dziewczęciem, nie zadziałało. Ok, piosenki nie były najgorsze, kontakt z publiką dobry (głównie na zasadzie wdzięczenia się typu „uwielbiam ten akord”), ale ze sceny wiało nudą i „Idolem”.

Ostrzyłem sobie zęby na występ Iowa Super Soccer. Weszli, zagrali, zeszli. Zerowy kontakt z widownią i oczy wbite we własne obuwie nadały rzeczywisty wymiar pojęciu shoegaze w wydaniu mysłowickim. Monotonia ich występu przygnębiała. Większość piosenek zaczynała się od szeptanego duetu Natalii Baranowskiej i Michała Skrzydło z towarzyszeniem gitary akustycznej tego ostatniego. Zwłaszcza wokal Natalii rozczarowywał, jednostajny, pozbawiony choćby cienia emocji. Po kilku minutach zwykle dołączała reszta zespołu. Strasznie byli zamknięci w sobie, nieprzystępni, spięci. Pod koniec występu zaczęli grać jakieś samopowtarzalne monstrum – trwało to kilkanaście minut - jedyny plus, że sekcja miała okazję trochę pohałasować. Jednak już gitara elektryczna nie potrafiła znaleźć sobie miejsca i zamiast zagrać coś brudnego, kontrastowego, mieliła w kółko ten sam kiepski motyw. Szkoda. Trudno było rozpoznać poszczególne utwory, ale przypuszczam, że zagrali materiał z obu EP-ek (jednak nie było The River, najbardziej przebojowej kompozycji – dlaczego?), a także jedną nową piosenkę (nie była zła) – jednak tytuł nie padł. Wysłuchawszy tego wzorowanego na najgorszym wcieleniu Myslovitz koncertu (oni też czasem nie grają dla publiczności, tylko zamykają się wewnątrz przezroczystej kuli swojego mikroświata), zaczynam się martwić o debiutancki album ISS, który jest już nagrany i czeka na wydanie. Jeśli wypełnia go taki pozbawiony życia i energii materiał, jaki zaprezentowali w sobotę, obawiam się, że nie będzie to wielkie wydarzenie fonograficzne. Obym się mylił.

Na koniec wieczoru wystąpił Ladislav, zespół Marka „Dżałówy” Jałowieckiego (Generał Stillwell i Delons). O ile jednak piosenki z EP-ki (recenzja niebawem) wydawały mi się całkiem przyswajalne, koncert był już nie do strawienia. Co takiego jest w tym mysłowickim powietrzu, że wszyscy tutejsi muzycy zachowują się jak zombies? Ospałe ruchy i anemiczne mamrotanie pod nosem to cały sceniczny image przez nich prezentowany. Nie dotrwałem do końca, bądźcie wyrozumiali i wybaczcie. W barze naprzeciwko MCK było fajniej. [m]

14 lutego 2008

[The Best Of Polish Alternative] Play: Forever (SP Records, 2001)

Wyjątkowa płyta, nie doceniona w chwili ukazania się na rynku, obecnie miałaby szansę znaleźć pokaźną grupę fanów niebanalnego „alternatywnego” popu. Play to studyjny projekt Sławomira Pietrzaka, producenta muzycznego i realizatora dźwięku związanego ze Słabym Studiem, w którym powstawały płyty m.in. Kultu i różnych projektów Kazika Staszewskiego. Pietrzak, na co dzień wydawca fonograficzny (szef S.P. Records), zagrał na gitarach, syntezatorach, organach i klarnecie. Ponadto do nagrania płyty zaprosił znanych muzyków: Olafa Deriglasoffa, Grzegorza Nawrockiego (Kobiety), Tomasza Stańkę, Przemka Mamota, Andrzeja Smolika oraz kilkoro wokalistów, w tym odgrywającego główną rolę Marka Śledziewskiego oraz Kasię Nowicką (Novikę). Powstała muzyka wnosząca zupełnie nową jakość do polskich produkcji niezależnych: dopieszczona brzmieniowo, pełna ekscytujących smaczków i przepięknych melodii. Głos Śledziewskiego, o niezwykle ciepłym brzmieniu, kojarzy się ze śpiewem Bryana Ferry. Ekspresja, emocje, niebanalna interpretacja tekstu – to rzadki dar.

Tej płyty słucha się dziś rewelacyjnie. Oto muzyka pop podana bez żadnych kompleksów, bez silenia się na pastisz czy ironię; przejrzysta brzmieniowo, dysponująca tyloma przebojami, że naprawdę trudno któryś odstawić na bok. Począwszy od półakustycznego Nie jestem stąd z fantastycznymi przeplatającymi się partiami gitar i frenetycznym wokalem (w chórkach słychać Novikę), przez You Don’t Chave To Change ze skreczami DJ Feela i zmysłowymi kobiecymi wokalami, natchnione Don’t Tell Me Lies z orkiestrowymi efektami syntezatorów, mroczną balladę o prostytutce Towarzyska (ciarki na plecach, do dziś), niesamowity numer Nobody Knows, w którym elektroniczne bity idealnie łączą się z surfową gitarą i ciężkim akompaniamentem wiolonczeli, po poetycki Angel (cudowna deklamacja jednej z wokalistek, niestety nie jestem w stanie zidentyfikować, która z nich za nią odpowiada)... Kurczę, a przecież trzeba jeszcze wymienić i 001 z solo na trąbce (Stańko!), Free (wokal Śledziewskiego to coś pięknego, a jeszcze gitara Deriglasoffa...), Pain hipnotyzujący zdecydowanym riffem gitary i wibrującym głosem Śledziewskiego, Wolny (ciarki, ciarki!). Jak już napisałem, na tej płycie nie ma słabych rzeczy. Nawet zamykający album, kontrowersyjny utwór Maski, ma w sobie to coś, co przykuwa uwagę.

Być może niektórych z was zdziwiło, że tak mało znana płyta jednorazowego studyjnego projektu trafiła do cyklu przypominającego najlepsze polskie płyty alternatywne. Jednak jestem pewien, że jeśli do niej dotrzecie (płyta jest osiągalna, nic trudnego), przyznacie mi rację. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby nowopowstające zespoły pożyczyły sobie parę pomysłów z tej produkcji. Jest się czym inspirować. Klasa. [m]

11 lutego 2008

Powieki: Trzaski EP (wyd. własne, 2008)

Warszawskie trio z trzyletnim stażem prezentuje efekt swoich dotychczasowych działań. Trzaski to dziełko, które powinien poznać każdy szanujący się fan polskiej alternatywy. Sześć intrygujących, wciągających utworów, tworzących przemyślaną, zamkniętą całość. Zanurzmy się w nierealny świat Powiek, posłuchajmy ich piosenek o miłości, śmierci i gumie balonowej.

Co pierwsze rzuca się w uszy, to właśnie ten odrealniony klimat świata oglądanego przez wypukłą, zniekształcającą rzeczywistość soczewkę wspomnień, gdzie fakty mieszają się ze snem i fantazjami. Świetnie wprowadza do niego Algorytm lotu, eteryczny, z łagodnie sączącym się tematem gitary, podbity szumem codziennego życia. Zaraz po nim próbka Powiekowej liryki: Głaskanie liści/ Szepty spalin/ Fioletowe obłoki/ Pingwiny i karuzele/ Kupiłem nam nową zabawkę/ Postrzelamy dzisiaj z procy/ W samochody (Lato na Grenlandii). Krzykliwej recytacji Piotra Cudnoka towarzyszą hardcore’owa gitara (złagodzona poprzez cofnięcie do wewnątrz kompozycji) i postrockowe bębnienie. Nowofalowe ślady (Republika!) pojawiają się w brzmieniu gitary w Krainie ośmiu nurków. Potem skok dynamiki w dysonansowe, kojarzące się z utworami Fugazi Nas. I najbardziej charakterystyczny fragment płyty: Tosty. Fani Kombajnu Do Zbierania Kur Po Wioskach pewnie poczują się jak u siebie, ja jednak pasuję – tekst jest kompletnie niezrozumiały i jak na mój gust zbyt dziwaczny. To jednak nie przeszkadza w poddaniu się w surrealistycznemu nastrojowi. Pięknie budowany przez sekcję rytmiczną i oszczędną grę gitary utwór wypełniają dziwne, wręcz odpychające syntezatorowe hałasy. Długo myślałem, z czym mi się to kojarzy i wreszcie olśnienie – Pere Ubu. Nie wiem, czy chłopaki znają twórczość tego legendarnego zespołu i czy ta zabawa dźwiękiem to celowe nawiązanie, czy tylko przypadek. Niemniej – czapki z głów, brzmi to świetnie. Klamrę zamykającą opowieść pt. Trzaski stanowi drugi utwór instrumentalny – Wtorek. Optymistyczny, fajny. Jak wspomnienia. Przesiewamy je w pamięci i zostawiamy to, co najlepsze.


Powieki zdecydowanie zasługują na swoją internetową domenę (patrz niżej)! [m]



Strona zespołu:
http://www.powieki.art.pl

Folder: Inside EP (wyd. własne, 2008)

Są młodzi i odrobinę nieśmiali. Nie zagrali jeszcze żadnego koncertu, ale mają już EP-kę zarejestrowaną potajemnie w garażu. I chociaż jak wiele nowych zespołów nawiązują tu i ówdzie do twórczości Joy Division, to przynajmniej nie każą nam tańczyć (okej, wiem, że ten żart za pół roku przestanie być zrozumiały, bo przecież za pół roku nikt nie będzie pamiętał o niejakich Wombatsach, ale nie mogłem się powstrzymać).

Ale halo, zostańcie jeszcze chwilę przed monitorami. Folder ma dla was prawdziwą niespodziankę: nowy kobiecy głos na polskiej scenie alternatywnej. Asia Kuźma śpiewa przejmująco, smutno, melancholijnie, ale trzeba przyznać, że jest to piękna melancholia. EP-kę otwiera przebojowy utwór The Bad Parts. Głos Asi kojarzy mi się tu z Katie Sketch z kobiecej formacji The Organ z Kanady, niestety już nieistniejącej. Ta sama Morriseyowska depresyjna nuta, podobna intonacja. Muzycznie zespół podsuwa nieco mechaniczny taneczny rytm przetykany subtelnymi partiami gitary. Zdecydowanie wizytówka zespołu, która powinna przyciągnąć nowych fanów. Na szczęście w kolejnych nagraniach nie eksponują mocno już zużytych elementów rytmicznych, proponując po prostu ładne piosenki. Aniseed to chyba najładniejsza z nich. Zwracają uwagę przemyślane linie melodyczne wokali, przypominające nieco to, co robi poznański Orchid. Drobiazg, a cieszy. Nasze zespoły zwykle po macoszemu traktują swoich wokalistów, jakby wstydząc się dopracować ten element kompozycji. Że niby nakładki wokalne to obciach? Zapomnijcie. Fluffies – kolejna dobra piosenka. Dlaczego myślę przy niej o Carinie Round? Zestaw zamyka instrumantal Thousand Places – z dudniącym potężnie basem i plumkającą bajkowo gitarą. Ot taki, shoegaze’owy standardzik, ale miło się słucha. Jest jeszcze nagranie bonusowe, nieco zmieniona wersja The Bad Parts, ale ponieważ zmiany są czysto kosmetyczne (dodano klawisze, nieco inna gitara), nie ma sensu się nad nim rozpisywać.

Warto przymknąć oko na niedoskonałości brzmienia i dać im szansę. Jak na pierwszy, trochę jeszcze niepewny krok, jest całkiem dobrze. EP-kę można ściągnąć m.in. stąd:
www.probablyworse.com.


Strona zespołu:
www.myspace.com/foldertheband

6 lutego 2008

Potty Umbrella: Forte Furioso (Wet Music, 2007)

Drugi album byłych muzyków Something Like Elvis i Tissura Ani to dzieło wyjątkowe. Bezkompromisowe, instrumentalne utwory. Mistrzowsko skomponowane i perfekcyjnie zagrane. Nerwowe, furiackie, połamane, pełne wewnętrznego niepokoju, czegoś drażniącego jak drzazga pod skórą. Postrock o jazzowych strukturach, kompletnie odmienny od sennej nudy większości tego, co określa się tym terminem.

Tu nie ma czasu na nudę. Muzyka nie daje ani chwili wytchnienia. Przesterowany bas, ostre, progresywne zagrywki gitary (King Crimson z wczesnych lat 90. przychodzi na myśl), bezwzględna siła podwojonej perkusji, oto jak zaczyna się płyta za sprawą utworu Dr. Pizdur (to nazwisko wywołuje wiele skojarzeń, sami wymyślcie swoje). Odrobina psychodelii (Swing DeLuxe), intrygujące nawiązania do muzyki The Doors (Faces Of Love), mieszanie hardcore’owej motoryki z syntezatorowymi odjazdami rodem z kraut rocka (Jet Lag), jazzowe improwizacje (Original Sin) czy wreszcie wypełniony zgiełkiem shoegaze (Exclusive Pollution) – wszystko to zaskakująco sensownie połączone i brzmiące bardzo przekonująco. Nie jest to jednak muzyka przyjemna, do słuchania przy okazji. Nie ma tu zapamiętywalnych melodii, sympatycznych tematów. Ta muzyka może wywoływać rozdrażnienie, a nawet wściekłość. Ale ma także moc oczyszczającą, rozładowującą wewnętrzne napięcie.

Do tego to brzmienie, zwłaszcza perkusji. Miazga. Daje kopa, wierzcie mi.

Trudna muzyka i trudno się o niej pisze. Lepiej posłuchać i poczuć to na własnej skórze. [m]

Strona zespołu:
www.pottyumbrella.com/

4 lutego 2008

Jak samodzielnie zrobić okładkę internetowej płyty. Kulisy pewnej sesji zdjęciowej

Wiele zespołów decyduje się umieścić swoje nagrania w sieci do darmowego ściągnięcia. Słuszna decyzja! Dzięki temu fani mają szansę zapoznać się z ich muzyką i zadecydować, czy pójść na ich koncert, zaglądać na ich stronę w poszukiwaniu newsów itd. Często utwory z jednej sesji nagraniowej zespół nazywa skromnie demo. A dlaczego by nie nazwać ich EP-ką? Co za różnica – zapyta ktoś – demo czy EP-ka, i tak sprowadza się do tego samego. Błąd. Korzyści z posiadania przez zespół EP-ki – nawet jeśli istnieje ona tylko w niematerialnej, internetowej postaci – są znaczące. Jest to pierwszy tytuł w dyskografii, podnosi tym samym rangę kapeli. Poza tym, można liczyć na recenzję w serwisach/blogach muzycznych. Ponadto taka „płyta” może liczyć na miejsce w rocznym podsumowaniu (jak w przypadku Panikarzy, gdzie jest kategoria EP-ka roku). Ponadto taką EP-kę można w pewnym momencie wydać na fizycznym nośniku (CD) i sprzedawać na koncertach. Mało?

Ważną sprawą takiego wydawnictwa jest okładka. Sprawa jest dość prosta i nie wymaga praktycznie żadnych nakładów finansowych. Generalnie spotyka się okładki plastyczne i fotograficzne. Pierwsza typ to np. rysunek, grafika, obraz, kolaż. Jeśli jednak Bozia poskąpiła nam zdolności artystycznych, nie mamy też żadnego znajomego rysownika, którego moglibyśmy poprosić o drobną przysługę, pozostaje rozwiązanie drugie, czyli zdjęcie. Zrobienie zdjęcia to żaden problem.. Jak mówi jedna z popularnych na Flickerze zasad: rób jak najwięcej ujęć, któreś musi być dobre. Oczywiście dotyczy to raczej amatorów. Najważniejszy jest pomysł, dobrze by było, żeby zdjęcie w jakiś sposób pasowało do muzyki znajdującej się na płycie, oddawało jej klimat, charakter zespołu. A potem już tylko trzeba to zdjęcie zrobić...
Jak widać na powyższej ilustracji, sesja zdjęciowa do jednej z alternatywnych okładek We Are From Poland Vol. 2 nie wymagała specjalnie dużych nakładów pracy. Do wykonania zdjęć wykorzystałem: 2 lampy doświetlające, papierowe ręczniki (w roli tła), model samochodu Porsche, chłopka z Kinder Niespodzianki, figurki zwierząt, dżem z czarnej porzeczki (w roli fragmentów mózgu) oraz świąteczną ćwikłę z buraków (sok imitował krew). Do tego potrzebny był zwykły kompakt z trybem makro.

Efekt:




Gotowe zdjęcie można obrobić w najprostszym z dostępnych za darmo programie do przeglądania zdjęć, np. Irfan View. Za jego pomocą można zdjęcie odpowiednio skadrować, przyciąć, ewentualnie poprawić kolory lub/i ostrość. Jeśli ktoś lubi, może nałożyć któryś z filtrów lub efektów. Pozostaje tylko dodać napis informujący o tytule płyty i nazwie zespołu. To również można załatwić tym samym programem. Wystarczy zaznaczyć obszar na zdjęciu (klik myszką i rozciągnięcie), a następnie w zakładce Edit wybrać opcję Insert text into selection. W tej sekcji można wybrać czcionkę, jej wielkość, kolor, styl (kursywa, pogrubienie itp.), a także kolor tła lub przezroczystość. I to wszystko! Efekt zapisujemy, okładka gotowa! Oczywiście, kiedy będziecie tworzyć okładkę do wersji CD, trzeba będzie dostosować ją do formatu pudełka. W tym celu wystarczy posłużyć się programem typu cover creator (jest taki np. w pakiecie Nero), który oferuje kilka szablonów popularnych na rynku formatów pudełek (np. CD standard, CD slim, DVD itp.). Ważna uwaga: wszystkie powyższe operacje wykonujcie na zdjęciu jego maksymalnej rozdzielczości. Dopiero potem zmniejszajcie je dowolnie do wykorzystania w Internecie, zawsze jednak posiadajcie oryginał w „dużej” postaci. [m]

Obserwator: Helicobacter

To nie są nowicjusze. Helicobacter powstał 10 lat temu (!) w Gdyni. Zespół przechodził liczne roszady personalne, odchodzili i przychodzili nowi muzycy. Ich dawny wokalista, Szymon Goldberg, w 2006 roku „awansował” i zasilił słynnych Pudelsów. Na jego miejsce przyszedł Kuba Krzyśków i od tego momentu datuje się dla Helicobactera okres współczesny. Którym się zajmiemy, a jakże.

Zespół już wcześniej nagrywał różne dema, jednak obecnie koncentruje się na promowaniu najnowszego, trzyutworowego setu zarejestrowanego w połowie 2007 roku przez Marcina Dymitera. To nazwisko budzi szacunek, dlatego już choćby z tego powodu warto zwrócić uwagę na te nagrania. Muzyka Helicobactera wyraźnie ciąży w kierunku gitarowego brzmienia amerykańskiej alternatywy lat 90. Gęste struktury gitar, wyrazisty bas, szalejąca, ale zawsze trzymająca rytm perkusja – to jest właśnie to, co lubię w muzyce rockowej. Żadnych popisów poszczególnych muzyków, żadnych solówek, tylko zwarty, masywny konkret. I to jest okej, jak również brzmienie, charakterystyczne dla Emitera. Surowe, ale klarowne i potężne. Udostępnione piosenki, podejrzewam, stanowią reprezentatywny przekrój ich twórczości. Jest tu i intensywny trans gęstego jak smoła riffu, połączony z dziwnym, chimerycznym wokalem (Kraty), i coś na kształt postgrunge’owej ballady (Lustro), i wreszcie wpadający w ucho energetyczny przebój ze świetnie poprowadzonym basem i miażdżącymi gitarami (Paryż) – zresztą mój ulubiony z tego zestawu. Enigmatyczne, pisane specyficznym językiem teksty to dodatkowy atut. Można się zastanawiać nad sensem poszczególnych zdań (Oglądamy Paryż przez chińskie okulary/ Delektując się zagranicznym powietrzem), ale też potraktować wokal jako dodatkowy instrument, słowa interpretując dowolnie od nastroju, czysto instynktownie.

Zespół wart uwagi. Grają swoją muzykę, nie oglądają się na mody, są konsekwentni. Po tylu latach działalności chyba zasłużyli na płytę?

Strona zespołu: http://www.helicobacter.pl/

1 lutego 2008

Panikarze 2007 wg Czytelników

Płyta roku 2007

1. Jacek Lachowicz: Za morzami
2. Nosowska: UniSexBlues
3. Lili Marlene: Lili Marlene
4. Muchy: Terroromans
5. Radio Bagdad: Słodkie koktajle Mołotowa
6. Muzyka Końca Lata: 2:1 dla dziewczyn
7. Kobiety: Amnestia
8. Happysad: Nieprzygoda
9. Blue Raincoat: Out Of The Blue Into The Black
10. Pogodno: Opherafolia


EP-ka roku 2007


1. Gentleman!: Anka Skakanka
2. California Stories Uncovered: California Stories Uncovered
3. Drivealone: Theletitout
4. Popo: Sweet Cotton
5. New Century Classics: New Century Classics


Nadzieja roku 2007

1. Gentleman!
2. Kumka Olik
3. Popo
4. California Stories Uncovered
5. Sorry Boys


Wydarzenie roku 2007

1. Off Festival
2. Open’er Festival
3. Debiuty polskich zespołów indie
4. Internet szansą dla młodych zespołów + rola Myspace w promowaniu muzyki indie
5. Pierwszy numer pisma Pulp

Dziękuję za wszystkie głosy. Kolejny plebiscyt za rok! [m]

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni