13 listopada 2008

10 listopada 2008

Von Zeit: Ocieramy się (Biodro Records, 2008)

I ty, drogi czytelniku, znasz pewnie to uczucie pojawiające się gdy płyta, co do której nie miałeś żadnych oczekiwań, nagle zaczyna stale pojawiać się w twoim życiu. Nispodziewanie okazuje się, że poświęcasz jej znacznie więcej czasu niż planowałeś. Nagle zaczynasz rozumieć, że odkryłeś coś fascynującego, świeżego, twojego. Nieczęsto miewam ostatnio to uczucie, ale przytrafiło się przy okazji tej płyty. Von Zeit – ta nazwa nic mi wcześniej nie mówiła. Jednynym właściwie argumentem do zdobycia płyty był markowy wydawca, który kiepskich rzeczy raczej nie wypuszcza. No i stało się. Ocieramy się to jedna z moich płyt roku. Bezdyskusyjnie.

Ty, drogi czytelniku, masz ten komfort, że nie musisz strzelać na ślepo. Możesz się kierować śladami zawartymi w tej recenzji, by ocenić, czy chcesz, czy nie chcesz otrzeć się o muzykę Von Zeita. Na początek kilka haseł: Wybrzeże, brzmienie sceny trójmiejskiej (choć Tczew to nie Trójmiasto), Kobiety, Olaf Deriglasoff, Apteka, halucynogeny, jod, Pogodno... Czy już zanurzasz się we właściwy klimat? A raczej zawiesinę, gęstą jak tężejący kisiel. Von Zeit skupia w swojej muzyce to co najlepsze z wymienionych haseł. Krócej? Wolność, melodia, psychodelia.

Pewnie zastanawiasz się, drogi czytelniku, co mnie tak zauroczyło w muzyce Von Zeita, skoro składa się ona ze znanych i od dawna stosowanych elementów. Co w niej takiego ciekawego, że aż włoski jeżą się na rękach? Dla mnie takim objawieniem jest styl gitarzysty Jacka Kuleszy – facet ma rzadki dar grania z wirtuozerską arogancją. Gra jednocześnie niedbale i do bólu perfekcyjnie. Potrafi rozciągnąć kompozycje o długie partie solowe, które jednak nie tylko nie sprawiają wrażenia wciśniętych tam na siłę, a wręcz nadają piosenkom charakterystycznego soundu. Nie mówiąc już o takim drobiazgu, jak gwałtowny opad szczęki w „momentach” (chociaż tu też zasługa zaproszonych gości, również świetnych wioślarzy, czyli Wojciecha „Garwola” Garwolińskiego” i Damiana Szczepanowskiego). Ale nie byłoby tego znakomitego efektu, gdyby nie pozostali członkowie zespołu. Romek Puchowski to prawdziwy lider, nie tylko śpiewa, pisze teksty i komponuje, ale też gra na basie, gitarze akustycznej i dobro. Jeśli dodamy do tego bębniącego z niewykłym wyczuciem Sebastiana Szczepanowskiego, otrzymamy niekwestionowany dream team.

Płytę otwiera prawdziwy kiler. Ocieramy się natychmiast wbija się w mózg, definiując styl grupy. Precyzyjny gitarowo-basowy riff, punktująca perkusja, niski wokal deklamujący poetycko niedomówiony tekst i cudowne eksplozje elektryzującego hałasu. Kiedy gitara wchodzi na brudny, stonerowy przestar, całe stado mrówek zaczyna galopować wzdłuż kręgosłupa. Idealny początek! A dalej jest równie ciekawie. Zaskakujący zmieniającymi się płynnie nastrojami Step Down, niemal wiejsko skoczny numer Myśli jak szczury, w którym wstawka w wykonaniu chóru akademickiego dosłownie ścina z nóg, fajnie nawiązująca do stylu Kobiet Pina Colada (ależ te gitary robią tu jazdę!), transowa Autostrada nocą, z sonicznymi brudami sprzęgającego dźwięku, szalone Serce serce, wreszcie Niezapomniane chwile, które za sprawą rozwalającego finału (kobiecy góralski wokal – miazga!) na pewno pozostaną niezapomniane.

Czy wspomniałem, że album składa się z dwóch płyt? Nie? Przed chwilą zapoznałeś się z pierwszą. Na drugiej jest pięć dłuższych utworów oraz film-klip autorstwa Barbary Świąder. Ale to muzyka nas najbardziej interesuje. A są tu dwa utwory, które zasługują moim zdaniem na wyjątkową uwagę. Pierwszy to Przystanie, niesiony przez riffy gitar akustycznych, z powalającą – powtarzam: powalającą – solówką. Powiem szczerze, jeszcze nie słyszałem, żeby polski muzyk zagrał tak po „amerykańsku”, z takim beztroskim, kowbojskim feelingiem. Cudownie zrealizowane, rozlewające się dźwięki, które dosłownie opływają umysł jak fale ciepłego morza. I jeszcze finałowe nagranie, 3.50. Psychodeliczne słuchowisko, z tekstami w rodzaju: Znowu wizja tego samego mózgu wątrobowego wariata w pewnym wariancie. Potwór gadzi pterodaktytylowaty chlipiący ten mózg z głową zanurzoną, wyjął głowę i popatrzył na mnie drwiąco. Miał grzebień jak dinozaurus i żółto świecące fosforyczne oczy. Uśmiechał się ironicznie zakrwawionym pyskiem. Jest tego więcej, i ta bajecznie kolorowa, krwawa opowieść o skutkach używania używek płynie wartkim nurtem do zadziwiającego zakończenia (znowu w akcji chór akademicki).

A wszystko to brzmi niezwykle plastycznie i selektywnie dzięki temu, że album miksował Maciej Cieślak, zaś masteringiem zajął się sam Tom Mayer ze studia Master & Servant w Hamburgu. Ci panowie wydobyli z brzmienia Von Zeita samo mięso, dynamikę i czystość, która wcale nie kłóci się z wszechobecnym brudem. I tak właśnie powinna brzmieć alternatywna gitarowa muzyka. Polecam bez wahania. [m]


Strona zespołu: www.vonzeit.pl

Podsumowanie głosowania (WAFP Vol.4)

Zakończyło się głosowanie na najlepsze zdaniem czytelników piosenki z kompilacji We Are From Poland Vol.4. Oto wyniki:

1. Stop Mi! Kod kreskowy miłości /ex equo: Time To Express Robot – po 48 głosów
2. Kiev Office Fallen In Love – 42 głosy
3. Amuse Me Wash It Up – 41 głosów

Jak widać czołówka bardzo wyrównana. Dalsze miejsca przedstawiają się jak poniżej:




Oddano 555 głosów. Dzięki za udział w ankiecie! [m]

7 listopada 2008

5 listopada 2008

De Press: Żre nas konsumpcja (MTJ, 2008)

Będę szczery - nie lubię góralszczyzny w mediach. Żołądek robi się zimny, gdy widzę w telewizji publicznej gościa wymachującego ciupagą i zasuwającego gwarą na temat pogody, papieża i jakiegoś święta. Wkurza mnie wszędobylskość stylu zakopiańskiego i przypinania mu łatki "100% Polska". Obowiązkowe góralskie akcenty na weselach doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Ważna osobistość już na lotnisku witana jest rzępoleniem na skrzypeczkach.

Oscypki na krakowskim rynku. Knajpa rodem z Krupówek w centrum Bydgoszczy. Proszę nie zrozumieć mnie źle. Lubię łazić po górach. Liznąłem trochę etnografii i wiem, że nasz kraj nie może narzekać na brak ciekawych grup etnicznych. Czemu barwna kultura Kaszub jest tak słabo propagowana? Dlaczego nie mam pojęcia jak brzmi gwara kurpiowska? Dlaczego świątecznych życzeń nie składa mi hoża mazowszanka? Albo Łemkini? Kto wie, że w Polsce są Tatarzy? Czemu jesteśmy skazani wyłącznie na katowanie stylem podhalańskim?

Z takim nastawieniem zapoznałem się z najnowszą płytą De Press, a tam... a tam 18 piosenek, w których roi się od baców, juhasów, ślebod, dziewuch, oscypków, strzech i studzienecek. Lider grupy, Andrzej Dziubek nagrał chyba najbardziej góralski album w swojej karierze.

Żre nas konsumpcja została nagrana w nowym składzie. Dziubek zrezygnował ze swoich norweskich kolegów; obecnie w zespole grają muzycy ze Śląska. Dość młodzi, co słychać. Jest więc głośno, energetycznie i do przodu. Podobnie łomoce wiele topowych polskich kapel, by wspomnieć o KSU, Irze czy Comie. Wydawać by się mogło, że zasłużony dla polskiego punk-rocka Dziubek, ale już dość wiekowy, nagra album pozbawiony pary i ikry charakterystycznej dla młodzieńczego buntu. Zmęczony hałasem i wędrówką pod prąd osiądzie na swojej Orawie i pójdzie w stronę klasycznego folku. Tym bardziej należy sie szacunek za decyzję odmłodzenia składu. Zaprezentowany w tym roku na opolskich debiutach Juhas ma małe szanse na uznanie u czterdziestolatków. W koncertowym wydaniu stanowi idealny podkład pod opętańcze pogo wśród woodstockowej publiczności.

Nie ma co na tym albumie doszukiwać się nowatorskości. To klasyczne, soczyste rockery. Bodajże tylko dwie ballady. Nawet oklepany i śpiewany po pielgrzymkach Idzie dysc w depresowym wydaniu zawiera echa protest songu. To zbyt głośna i charkotliwa muzyka dla większości stacji radiowych. Również zwolennicy indie-rocka nie znajdą tu nic dla siebie. To dziecko Jarocina, Kostrzyna i akademików.

Odstawiając na bok muzykę. De Press to przede wszystkim (a może tylko i wyłącznie?) Dziubek. Gość dysponuje potężnym i dźwięcznym głosem, który przekłada na przebojowe melodie. Jest coś dziwnego w jego liniach melodycznych, coś egzotycznego tkwi w tej gwarze góralskiej, które nadają piosenkom charakterystyczny klimat. Czy słuchając Matki Bolesnej nie macie przed oczami sędziwego Franciszka Pieczki modlącego się przed wspomnianą figurą? Chórek w Kto pije jest z tych przyjemnie zadziornych. Taki folklor to ja rozumiem. Żadnych prób mieszania rocka z kulturą ludową. Nic w stylu Kapeli Pieczarków i Brathanków. Nie ma tradycyjnych instrumentów, które były podstawą twórczości Golec uOrkiestra. Skrzypki pojawiają się przez parę sekund. Folklor to Andrzej Dziubek. Nieważne w jakim wydaniu. Prawie jak stygmaty. Korzenie nawet są widoczne w Touch Me, anglojęzycznym i kompletnie niepasującym do płyty utworze (te wokalizy!). Facet nawet gdyby chciał, to chyba nie potrafi od tego uciec :)

Dlatego wybaczy mu się ewidentne słabizny. Chociaż... gdakania kur i szczekanie psów pogrążają przyjemną Zosię Paniusię. Disco-polo (Oj rada) jest nie do strawienia. Bo tak tam na Podhalu jest. Może i jest, ale tym razem nie wyszło. Tak jak nie wyszedł dobór tekstów. Dwa traktujące o emigracji, jeden przejmująco liryczny, tytułowy socjologiczny - reszta to "opowieści, w których jest miłość i honor". Nie wiem czemu postanowiono zatytułować płytę Żre nas konsumpcja. Gdyż płyta nie jest wyrazem kondycji współczesnego społeczeństwa, a barwną reklamówką jak sielskie i prawdziwe jest życie polskiego górala. W tym kontekście wydawnictwo nabiera trochę dwuznacznego wyrazu. [avatar]

Strona zespołu: http://www.depressconcerts.pl

1 listopada 2008

Coffee Radio: The Shivers EP (wyd. własne, 2008)

Słuchając wielu młodych kapel, w większości przypadków mam doznania kulinarne. Prosty kalifornijski pop-punk jawi mi się jako zupka chińska zalana wrzątkiem. Szybko, sprawnie, zapewnia na dwie godziny uczucie sytości. Czasami odwiedzam restauracje z wyższej półki, droższe, w których kelnerka z uroczym uśmiechem ściemnia, że na danie będę czekał 15 minut, gdy w rzeczywistości czeka się pół godziny. Taka muzyka nie dociera od razu, chwyta po wielokrotnym przesłuchaniu i ujmuje wyrafinowanych smakiem. Choć najczęściej danie lokuje się pośrodku. Trafi się ogrzewany kotlet: smaczny lecz nijaki. Jajecznicę można spieprzyć, można też ściąć białko w sposób, przy którym kawior wydaje się zwykłą fanaberią. Wszystko w rękach kucharza.

Chłopaki z Coffee Radio na swojej EP-ce serwują mi angielskie śniadanie. Bekon i te sprawy. Przepis mają w porządku. Główne centrum zainteresowania to brytyjskie gitarowe granie. Warsztat opanowany w stopniu dobrym, wokalista sprawdza się więcej niż przyzwoicie, za teksty również nie ma co tępić. Pozostaje kwestia przypraw. Patentów, które pozwoliły łódzkiej kapeli wyróżnić i nadać własny, oryginalny sznyt.

Kombinują, trzeba uczciwie przyznać. Weźmy taki If You Want To F%#K Her. Gitary rodem z debiutu Pretty Girls Make Graves (chodzi mi o barwę, nie klimat) zaczepnie gawędzą i zupełnie nie zapowiadają INXS w refrenie. Niezła zmyłka, duży plus za to. Wokalista pozytywnie zaskakuje również w I Want To Have You. Pomińmy dance-punkowy podkład (sprawdzi się na parkiecie!). Nareszcie trafił się gość, który śpiewa z nonszalancją zmieszaną z typową dla młodzieży butnością i bezczelnością. Szkoda, że udało się to tylko w tym utworze. Jedyna w zestawie piosenka z polskim tekstem (RadioKawa) dzięki chórkom przypomina polską zimną falę lat 80. Co prawda to niewielki smaczek, ale z gatunku tych nieoczywistych.

Zespół śmiało sięga po elektronikę. I tu jedzenie troszeczkę wydaje się przekombinowane. Smaczki elektroniczne są rodem z torebkowych przypraw Winiar. Zbyt uniwersalne. Można nimi posypać wszystko, ale czy wydobędą prawdziwy smak potrawy? W tym przypadku go neutralizują. Przepuszczony przez filtr wokal w Call You Mother zalatuje mi Erikiem Prydzem (tym od Call On Me [avatar, czego ty słuchasz?? - m]), a loop w RadioKawa do złudzenia przypomina motyw z filmu Młodzi Gniewni.

Propozycja Coffee Radio jest jadalna. Produkty raczej nie z Tesco, do końca terminu ważności daleko, dodatki też niczego sobie. Do poprawy kwestia wzajemnych proporcji. Chłopaki potrafią spalić utwór (tytułowy The Shivers), potrafią też momentami błysnąć. Obejdzie się bez Ranigastu, choć na bardziej wyrafinowane menu przyjdzie nam jeszcze poczekać. [avatar]

Strona zespołu: Myspace

Pawilon zaprasza na koncerty

Program trasy:

13.11 POZNAŃ W Starym Kinie, razem z Kumka Olik
14.11 BYDGOSZCZ Studio Radia PIK - transmisja na żywo
15.11 WARSZAWA Studio im. A. Osieckiej - na żywo w radiowej Trójce w audycji Myśliwiecka 3/5/7
16.11 ŁÓDŹ Luka
17.11 CHORZÓW Szuflada 15
18.11 WROCŁAW Niebo, razem z Dav Intergalactic
19.11 KROTOSZYN Art Galeria Rozchulantyna, razem z Dav Intergalactic
20.11 ZIELONA GÓRA Straszny Dwór, razem z Dav Intergalactic
21.11 WĄGROWIEC Różowa Pantera,

Bonus track:
13.12 ZGIERZ Agrafka,

31 października 2008

Ballady i Romanse: Ballady i Romanse (Galeria Raster, 2008)

Czy wiedzieliście o tym, że Barbara Wrońska (Pustki) ma siostrę, Zuzannę? Ja też nie, do niedawna. A czy wiedzieliście, że Zuzanna Wrońska jest kapitalną wokalistką i do tego pisze niezłe teksty? Ja też nie, aż do dziś. Ta wiedza spłynęła na mnie za sprawą płyty duetu Ballady i Romanse, która właśnie dziś ukazuje się nakładem – od pewnego czasu nic mnie w tej branży już nie dziwi – galerii sztuki, a konkretnie Galerii Raster. Album jest efektem współpracy sióstr, które najpierw nagrały jedną piosenkę na składankę w hołdzie Broniewskiemu, a potem wciągnęły się w home recording i ni stąd ni zowąd mamy „polskie CocoRosie”. Nieprawda, przynajmniej nie do końca. My, tzw. krytycy muzyczni (w nielicznych przypływach pokory nazywający się po prostu recenzentami), lubimy takie kolorowe plakietki-etykietki. Jak to fajnie brzmi: polski Interpol, polskie Architecture In Helsinki, nasze polskie CocoRosie. No i potem wynikają z tego problemy. Wspominam o tym niebezpodstawnie. Naprowadzam was na trop. Ciągle jeszcze porównujemy, proszę bardzo. I to będą okolice dziesiątki: Asi Mina. Artystka bardzo niszowa, tak samo jej płyta, ale sporo zbieżności między nią a siostrami. Płyta nagrana w domu, z użyciem tego co wpadło pod rękę (głównie w kuchni), prywatne, osobiste teksty. I już jesteśmy w domu.

Co więc nasze nowe ulubione Sistars... znaczy siostry, przygotowały? Ano płytę bardzo, bardzo ładną, miłą, piosenkową. Ale też brudną, surową, nonszalancko niedbałą w warstwie muzycznej. Czyli esencja lo-fi, domowej inicjatywy muzycznej. Co nie znaczy, że Ballady i Romanse brzmią jak garażowe demo. Wprost przeciwnie, są tu numery, które bez stresu można by prezentować w popularnych rozgłośniach (pomarzyć zawsze można). Ale nie brakuje też bałaganu, pomyłek, dźwięków, które zwykle zostają wstydliwie usunięte w procesie postprodukcji. Kilka piosenek autentycznie natychmiastowo zapada w pamięć: Kto przepłynie (dla mnie numer jeden płyty) z głębokim basem, rytmem wystukiwanym na różnych elementach kuchni, jak się domyślam drewnianymi łyżkami, z przepięknymi wokalami obu sióstr; Trudny z refrenem, któremu wieszczę „kultowość”; szalony Magnetyzm serc, jako żywo przypominający piosenki The Dresden Dolls (Zuza!); rozbrajająca, zaśpiewana w dziecinnej manierze Starość (znowu Zuza, znowu kuchenne rytmy i obłędne klawisze); szalona Warszawa (stukanie w garnek, fujarki, oklaski, dzikie wrzaski). Tak się rozpędziłem, że omal nie wymieniłem połowy płyty. Bo słabych momentów tu raczej nie ma.

Co ciekawe, w tym duecie rolę liderki przejmuje Zuzanna. Napisała wszystkie teksty, niektóre mocno osobiste (Tak naprawdę moi mili wszystko miało być inaczej/ Miałam życie wciągać nosem i mieć dużo miłych wrażeń/ Wieczorami z kolegami słuchać Beach Boys i Nirvany/ Kumple wolą, żebym z nimi zajmowała się blantami), inne opowiadające zabawne/straszne historyjki (Toksyczna para, Laleczko, Anoreksja, Pies), a nawet o charakterze literackim jak przenosząca - zapewne pod wpływem poezji Broniewskiego - do ciemnej piwnicy w zrujnowanej Warszawie Okupacja. To Zuza jest tą silną, tą zbuntowaną, tą niegrzeczną – co słychać w wokalach, nie tak słodkich i kruchych jak u siostry; ale za to jak zaśpiewa pełnym głosem, to ciary chodzą po plecach.

Ballady i Romanse to płyta wypełniona pioseneczkami (to czułe zdrobnienie rezerwuję sobie właśnie na takie okazje), które przyczepiają się do człowieka i wywołują te różne niegodne prawdziwego mężczyzny uczucia. Człowiek chce się od nich uwolnić, kopnąć je w te małe tyłeczki, ale nic z tego, one zostają w głowie i za cholerę nie mają zamiaru jej opuścić. [m]

Strona wydawcy:
Raster

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni