10 lutego 2009

Iowa Super Soccer - sparingi przed rundą wiosenną


14.02.2009 20:00, JOK - Jarocin
18.02.2009 20:00, Piwnica 21 - Poznań (support IMMANUEL, Sweden)
21.02.2009 18:30, MCK - Mysłowice (Old Time Radio + ISS + Dżałówa)
26.02.2009 20:00, Kawon - Zielona Góra
21.03.2009 20:00, Klub Re - Kraków (support DAKOTA SUITE, England)

Setting The Woods On Fire on tour


18.02.09 - Poznań, KISIELICE
19.02.09 - Legnica, A2 + MORE THAN THREE
20.02.09 - Milicz, MOK + MORE THAN THREE + ANONIM
21.02.09 - Oborniki Śląskie, BAJKA + MORE THAN THREE
22.02.09 - Opole, FABRYKA + MORE THAN THREE
23.02.09 - Kraków, IMBIR+ WHITE RABBIT'S TRIP
24.02.09 - Warszawa, JADLODAJNIA FILOZOFICZNA + CHASING THE SUNSHINE

8 lutego 2009

Blue Raincoat: Fast At The Beginning And Then Real Slow (Every Color, reedycja 2008)

To nie jest premierowe wydawnictwo. Materiał po raz pierwszy został wydany osiem lat temu na kasecie magnetofonowej. Jednak w roku 2001 roku era taśmy magnetycznej powoli odchodziła w zapomnienie. To był czas Napstera i mp3 w akademikach. Ceny nagrywarek i nośników CD-R „zrewolucjonizowały” przemysł muzyczny. Nic więc dziwnego, że debiut Blue Raincoat stał się udziałem jedynie wybrańców. Nieznany zespół, niepopularne granie, niedoskonały nośnik, zapewne znikomy nakład - wszystko to złożyło się na fakt, że płyta była zaledwie wzmianką w historii zespołu (ręka do góry - kto zna ten materiał z kasety?). Grupa zaistniała szerzej dwa lata później wydając dla niektórych klasyczny (w tym dla niżej podpisanego) album Small Town Addiction.

Najbardziej udany dla fanów Blue Raincoat był rok 2007. Niebieski Prochowiec zawitał do odtwarzaczy aż dwukrotnie. Najpierw albumem Everything Is A Piece Of Something, a parę miesięcy później z okazji dziesięciolecia istnienia zespołu płytą Out Of The Blue,Into The Dark. Szczęścia dopełniło pojawienie się na megatotalu pięć kawałków demo pod nazwą Unpublished Songs (co nie do końca było prawdą, ale niech chłopakom będzie). Cieszyło credo zespołu: "Mimo że upłynęło 10 lat to nadal im się chce. W głowie wciąż świeże pomysły, wciąż młodzieńcza werwa do twórczych podróży. Ot i historia zespołu z małego miasteczka, gdzie wszystko jest kawałkiem czegoś..."

18 kwietnia 2008 roku zespół dał pożegnalny koncert i zakończył działalność. Widać coś sprawiło, że im się odechciało. Szkoda.

Dzięki uważnej i wnikliwej lekturze newsów poświęconych grupie można było wykoncypować, że chłopaki po cichu przygotowali reedycję debiutu. Dzięki temu możemy przekonać się, jak brzmieli, gdy stawiali pierwsze kroki. Od strony edytorskiej wydawnictwo prezentuje się skromnie. Zaledwie kartonowowy digipack przypominający późniejsze wydawnictwa. Zmieniono projekt okładki (chyba; znam jedynie marnej jakości skany kasety). W środku czekają niewielkie kwadratowe karteluszki będące ilustracjami do każdego utworu autorstwa Wiesi Ruty.

Dwa pierwsze kawałki dla fana zespołu wydadzą się znajome. Satellites of Pain to jedna z Unpublished Songs na megatotalu. Letter #2 okazuje się wczesną wersją tej samej piosenki ze Small Town Addiction. Tu brzmi jak wersja demo, jeszcze brakuje jej śpiewności i urokliwej rozjaśniającej gitary pod koniec. A co z resztą? Oj, niewesoła to płyta. Utarło się, że Blue Raincoat reprezentuje początki nutru emo w Polsce. Lektura debiutu potwierdza słuszność tego stwierdzenia. Przy czym korzenie zatopione są w tzw. drugiej fali emo. Kto odchorowywał nieudane decyzje życiowe z Jeremy Egnikiem, wie o co chodzi.

Nie będę oryginalny twierdząc, że wokalista Krzysztof Stelmarczyk strasznie kaleczy język angielski. O dziwo, tu wypada przekonująco dobrze! Szczególnie kiedy drze buzię. A robi to często. W wykonaniu tego potężnego misia wypada to cholernie przekonująco. Okrzyk Jump! w Stiller sprawia, że ma się ochotę zepchnąć kogoś z mostu. Melorecytacja w kończącym płytę Farewell naprawdę przygnębia. Nieco światła wpuszczają dwie ballady zagrane jedynie przy użyciu gitary akustycznej (One Minute, Heaven Of Your Hair).

Choć tak naprawdę to co najpiękniejsze na płycie wyszło spod palców utalentowanego gitarzysty Marcina Lokosia. Człowiek pracuje za trzech i każdy riff w utworach nosi jego rozpoznawalne piętno. Tu właściwie można wyliczać jednym tchem co dobre. Ujadająca solówka w Green, czad Third Meadow Song, tudzież opus-magnum płyty - wolne, lejące się, gryzące ziemię niczym pług dziewięciominutowe The Girl Lives By The Drugstore (Codeine).

Ciekawie się działo w wołowskim obozie na początku dekady. Wiadomo, kompozycjom można wiele zarzucić, grali często dość topornie (Stiller), może znudzić programowy pesymizm, jednak wszystko co było dobre na późniejszych płytach, kiełkowało już na debiucie. Fajnie, że longplay ujrzał światło dzienne. Nie ma powodu do wstydu.

Osobą sprawą jest, gdzie i jak można nabyć płytę. Every Color, z tego co widzę, nie ma jej w oficjalnej ofercie, koncerty też już odpadają. Może ten tekst coś zmieni? Albo zmasowane maile do wydawcy/zespołu? [avatar]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/blueraincoat

6 lutego 2009

The Complainer & The Complainers: Power! Joy! Happiness! Fame! (Mystic, 2008)

Dla tych, którzy znają poprzednią płytę Wojtka Kucharczyka, czyli The Complainera, ta najnowsza musiała być sporym zaskoczeniem. Przynajmniej dla mnie tak. A dlaczego? Bo jest... przebojowa! Od pierwszej do ostatniej minuty wypełniają ją zabójczo chwytliwe piosenki, gwarantujące mnóstwo doskonałej zabawy. Niemożliwe? Też tak myślałem, słuchając z pewnym niedowierzaniem po raz pierwszy. Dziś już wiem – Gwiazdorstwa brak/ Bohater tak!

Zaczyna się dość przewidywalnie (tzn. kiedy już przyjmiemy do wiadomości, że mamy do czynienia z albumem piosenkowym) – autoreklama „zespołu” (TC&TC’s to w zasadzie projekt jednoosobowy, ale w studiu i na koncertach zasilanypokaźnym gronem przyjaciół) to dynamiczne electropopwe intro uderzające w głowę hedonistyczną linią basu i dyskotekowymi efektami. Wątek taneczny kontynuują kolejne dwa nagrania, choć Melting Man zaczyna się żartobliwym nawiązaniem do stoner rocka (basik i gitara brzmią zresztą w tle przez cały czas) – niby jest to numer oparty na jednym motywie, ale posłuchajcie ile dzieje się z tyłu, no i te wokale! W Jelly Bean żart staje się mocno karkołomny, bowiem osią kompozycji został motyw z Billy Jean Wielkiego Jacko. Kucharczyk wychodzi jednak z tego ryzykownego – nota bene – eksperymentu obronną ręką, w eksplodującym refrenie dokładając ostre partie smyczków. Instrumenty smyczkowe odgrywają na płycie bardzo ważną rolę. Sporadycznie tylko pełnią rolę słodkiego wypełniacza, częściej biorą na siebie ciężar kompozycji i robią to z wielką werwą.. Wraz z Lovesexy Pt. 3 następuje znaczące przesunięcie ciężaru gatunkowego: z electro w stronę brzmień akustycznych. Wspomniany numer to kapitalna zabawa kliszami country&western w stylu Mitch&Mitch (yeah!), z brzęczącymi szorstko gitarami i piejącym w tle Arturem Rojkiem. Aha, dotarliśmy do najbardziej spektakularnego gościa, czyli lidera Myslovitz, który daje genialny popis w akustycznych Substytutach, niesionych porywającym tematem smyczkowym. Artur śpiewa tu zupełnie inaczej niż w macierzystej formacji i zaskakuje bardzo pozytywnie dawno niesłyszaną ekspresją wokalną. Równie świetnie wypada w Metce, o której będzie jeszcze przy okazji omawiania tekstów.

Na płycie jest też miejsce na delikatne eksperymenty. W Social Problems mamy wycieczkę w psychodelię z hinduskim motywem sitaru, a chwilę później nibyludowe skrzypki i fujarkę, wreszcie krowi dzwonek i orgię perkusyjnych przeszkadzajek. Faaaajnie. The Complainer pokazuje też swoje „ludzkie oblicze” w skrajnie popowym numerze Whatever, który mógłby śmiało śmigać po ogólnopolskich antenach radiowych (ale nie będzie, rzecz jasna). A całość zamyka wyciszona ballada z autentycznie poruszającym solo na skrzypcach i całym tym smyczkowo-klasycznym finałem.

Tekstowo jest fajnie i zabawnie. Na otwarcie dostajemy zapewnienie, że choćbyśmy się chowali i uciekali, Marudy i tak nas dopadną i wcisną nam „fun”. I fun jest, a poczucie humoru Kucharczyka bywa rozbrajające. Jak w Jelly Bean, w którym zapewnia: I never did experiments/ I always know what I want to get. Albo Jillionhead, w którym znienacka pojawia się absurdalny chórek śpiewający Każdy wie, w co jest dotknięty. Świetny jest tekst Substytutów: Wyobraźnią cię nie zbawię/ Twórczą myślą cię nie wskrzeszę/ Kreatywność pajacyka schowaj w kieszeń/ Substytuty, substytuty.../ Zadnej małpy/ Żadnej plaży/ Mniej się żyje/ Więcej marzy. Social Problems opowiada o dentyście, który mógłby załatać dziurę w duszy targanej problemami. Metka z kolei to manifest stworzony z... metek od ubrań. Posłuchajcie jak to brzmi: This bag is not a toy/ Keep away from fire/ Turn outside before wash itd. A wszystko to jest zaśpiewane z żarliwą pasją, w towarzystwie szalonych neofolkowych smyczków. Po prostu miazga!

Wielka sykoda, że płyta Complainera tak późno trafiła w moje łapki i tym samym nie załapała się do zestawienia najlepszych polskich płyt ubiegłego roku. Na pewno na to zasłużyła. [m]

Substytuty:




Strona artysty: http://www.myspace.com/thecomplainer

5 lutego 2009

Stefan Wesołowski: Kompleta (Fundacja Pointa/Gusstaff Records, 2008)

Nie tak dawno temu natknąłem się na angielski serial Aparitions. Obraz opowiada historię księdza egzorcysty, który podejmuje trud walki ze zmasowanym atakiem demonów, obejmującym także wysokie struktury kościelne. Motyw egzorcyzmów i opętań przerobiono już tysiąckrotnie w filmach i literaturze, o knowaniach i kuszeniach diabła uczą na pierwszych lekcjach religii. W powyższym wydaniu jest to przekonujące i przerażające. Szczególnie w przypadkach, gdy przyznajemy rację pokrętnej logice opętanych osób. Do czego zmierzam? Obecnie duchowieństwo w Polsce nie ma dobrych notowań. Z jednej strony ślepy fanatyzm, z drugiej - jawne naigrywanie się z naiwności wyznawców. W kontekście religii coraz mniej ważny jest pierwiastek duchowy, mistyczny. Nowe, wzniosłe świątynie, skandale obyczajowe, przenikanie religii do świata polityki, obawa przez radykalnymi odłamami, wszędobylstwo kleru, rozkwit sekt - ciężko w dzisiejszych czasach być sumiennym katolikiem. Stojąc trochę z boku można odnieść wrażenie, że Boga nie ma. Są tylko sztuczne, wyreżyserowane ceremioniały wypełnione skostniałymi formułami, które trafiają do coraz mniejszej liczby ludzi. Bohater wspomnianego serialu to taki zapomniany "prawdziwy" ksiądz. Pełen niebanalnej wiary, gotowy w obronie przekonań okazać poświęcenie (kto z nas jest do tego zdolny?). Idealny okaz prawdziwego przewodnika po świecie z nieostrym podziałem na dobro i zło.

Kompleta Stefana Wesołowkiego jawi się jako podobny relikt kultury chrześcijańskiej. Tytuł wydawnictwa oznacza ostatnią odmawianą modlitwę przed udaniem się na spoczynek. Nie jest to jednak wydawnictwo inspirujące się tekstami zawartymi w brewiarzach. To JEST modlitwa! Dzieło zostało stworzone na zamówienie gdańskiego oddziału zakonu dominikanów. Zapewne ledwie nieliczni zwróciliby uwagę na tę płytę, gdyby nie jeden fakt. Artysta, na co dzień tworzący muzykę liturgiczną, dał się poznać jako autor partii smyczkowych na Trenach Jacaszka. W tym samym czasie pracował nad Kompletą. Efektem jest gościnny udział Jacaszkowej elektroniki. Echa popularności Trenów odbiły się również wzrostem zainteresowania tym albumem.

Jacaszka na płycie jest stosunkowo mało lub jest słabo dostrzegalny. Gdyby w ogóle nie był obecny, nagrania niewiele by straciły ze swojej wyrazistości. Jak podają materiały promocyjne, Kompleta to utwór rozpisany na dwa głosy i kwartet smyczkowy. Elektronika siedzi w detalach, kreuje przestrzeń, wypełnia łączniki. Najważniejszym elementem są dostojne, pełne żarliwości głosy modlitwy pana Wesołowskiego i Mai Siemińskiej (również znanej z Trenów). Chociaż akurat dla mnie najbardziej przejmującą robotę robi wiolonczela. Jest przeszywająca, wprawiająca w osobliwy trans i zadumę. Słuchając Czytania odczuwam trwogę.

Jaki jest więc związek płyty z pierwszym akapitem? Kompleta chce umacniać wiarę. Dostarcza zapomnianego poczucia duchowości. Przywraca sens i moc liturgii. Pozwala na chwilę obcowania z nieosiągalnym, nieobecnym, niewykrywalnym zmysłami Bogiem. Pokazuje mi jak słabym i kruchym jestem człowiekiem. Podoba mi się takie przedstawienie rzeczy związanych z chrześcijaństwem. Punkt ciężkości skupiony na aspektach duchowych - świat materialny na szarym końcu. Amen. [avatar]


Strona artysty: http://www.myspace.com/stefanwesolowski

Pawilon i BiFF razem w Hard Rock Cafe

Pozostałe koncerty Pawilonu (już bez BiFF-a):
- 11.02 Czarny Tulipan LUBLIN
- 28.02 MCK SKIERNIEWICE
- 06.03 Agrafka ZGIERZ
- 07.03 Bogart GOMUNICE
- 08.03 Czarny Spichrz WŁOCŁAWEK
- 10.03 Papryka SOPOT

2 lutego 2009

Panikarze 2008!

Czas na ostateczne rozstrzygnięcia. Kto otrzyma niezwykle pożądane, będące obiektem westchnień – aczkolwiek czysto wirtualne – statuetki Panikarzy w trzech kategoriach? Oto nasze osobiste listy.

[avatar]:

Płyta Roku 2008


1. Pustki: Koniec kryzysu
Co cię nie zabije, tylko cię wzmocni. Mimo roszad personalnych ten rok należał do nich. O przyszłość możemy być spokojni.

2. Jacaszek: Treny
Muzyka, której słucham wyłącznie w słuchawkach. Niecała godzina w innym, pięknym świecie.

3. Budyń: Baset
Bardzo polubiłem lidera Pogodno w dojrzałym i lirycznym wydaniu.

4. Organizm: Głową w dół
I koniecznie na klęczkach...

5. Root: Personality Disorder
Dawka zdrowego hałasu uświadamia mi, że jeszcze nie całkiem zamieniłem się w wapno!

6. Kings of Caramel: Kings of Caramel
"Królowie" w nazwie to bynajmniej nie przejaw ekstrawagancji. Punkty dodatkowe za najładniej wydaną płytę.

7. Reverox: The Unexpected
Najbardziej niedoceniona rzecz mijającego roku. Szkoda.

8. Materac: Bajki Andersena
Niesamowicie gęsta muzyka. I przegitarowana. Do tej pory nie mogę jej rozgryźć. Ale intryguje!

9. Kremlowskie Kuranty: Tam ta da dam
Za to, że wszystkie znaki na ziemie i niebie wskazywały, że płyta nie spodoba mi się. Co za niespodzianka!

10. Big Day: Prawie proste piosenki
W latach 90. władowano w zespół mnóstwo kasy. Potem zapomniano o nim zupełnie. A teraz zupełnie na luzie nagrał sympatyczną rzecz, na której energią mógłby obdzielić niejednego debiutanta.


EP-ka Roku 2008


1. Stop Mi!: Kod kreskowy miłości
To tylko 3 piosenki. Wystarczyły, by znaleźć się na pierwszym miejscu mojego prywatnego zestawienia

2. More Than Three: Octoberclock
Fajnie, że u młodziaków słychać najlepsze lata wytwórni Sub Pop.

3. Manescape: In Progress
Dzięki temu wydawnictwu mniej się boję wszelakich "progresywności" w muzyce.

4. Dagadana: Wygadana
Słowa zbędne. Dziewczyny uwodzą niczym syreny Odyseusza.

5. Folder: Inside
Lubię taki smutek i już!


Nadzieja Roku 2008



1. Kiev Ofiice
Fallen in Love to mój kawałek minionego roku. Echa Pixies plus specyficzny rodzaj humoru po prostu nie mogą przejść bez echa. Prace nad debiutem maja ruszyć lada dzień!

2. Hatifnats
Shoegaze osnuty lekką mgiełką niesamowitości to murowany przepis na sukces. Czekamy na kolejne nagrania.

3. Tides of Nebula
Koncertowo podobno miażdżą. Miażdżą dostępne nagrania z prób kapeli. W lutym wchodzą do studia. Mniam...:)

4. Amuse Me
Gypsies oraz Wash It Up. To wszystko w tym temacie. Oby tak dalej.

5. Kolorofon
Nie za bardzo przypadły mi do gustu propozycje zespołu, ale czuć w chłopakach potencjał. Kredyt zaufania udzielony!


[m]:

Płyta Roku 2008



1. Loco Star: Herbs
Electro-pop najwyższej próby. Zmysłowy głos Marsiji i ciepłe, pełne detali i zakamarków podkłady. Brylant.

2. Von Zeit: Ocieramy się
Szorstkie melodie, zwichrowane teksty, genialne partie gitar. Od hałasu po słodycz. Wszystko, czego fan gitarowego rocka potrzebuje na co dzień i od święta.

3. Organizm: Głową w dół
Neurotyczny rytm, wściekłość i rozpacz. Muzyka do walenia głową w lustro i chlastania się brzytwą po duszy.

4. L.Stadt: L.Stadt
Popowe melodie w oprawie brudnych przesterowanych dźwięków, czyli Radio Zet w krzywym zwierciadle. Zaraźliwe i inteligentne.

5. Ballady i Romanse: Ballady i Romanse
Kwintesencja domowego lo-fi. Proste środki, osobiste teksty (nie, to nie są teksty o anoreksji) i bardzo udany debiut sióstr Wrońskich, ze wskazaniem na rewelacyjną Zuzannę.

6. Snowman: Lazy
Niezbyt rockowi, mocno lejzi, bardzo klimatyczni i całkiem wyrafinowani. Płyta do słuchania intymnego i na wiele razy. Szkoda, że pazury wystawiają dopiero na końcu.

7. Pustki: Koniec kryzysu
Rasowa płyta najlepszego obecnie polskiego zespołu alternatywnego. Dojrzałe kompozycje i teksty. Basia Wrońska sprostała trudnej roli lidera.

8. Nosowska: Osiecka
Kapitalna, bardzo nowoczesna (w sensie filozofii produkcji) i staromodna (w sensie brzmień i instrumentarium) próba zebrania w jednym miejscu piosenek Agnieszki Osieckiej z różnych okresów twórczości. Genialna interpretacja Nosowskiej. Wielka klasa Macuka.

9. Julia Marcell: It Might Like You
To miał być wielki hit, skończyło się na rozczarowaniu. Ta naprawdę świetna płyta ciągle nie ukazała się w Polsce. Jednak kto słyszał, ten doceni odwagę, pomysłowość i urok osobisty Julii z Olsztyna.

10. Mass Kotki: Miau miau miau
Punk rock jest elektryczny. Drzemie w starym syntezatorze i gitarze basowej dwóch dziewczyn. Wykrzykujących przekorne (bo już nie buntownicze), zabawne teksty złośliwie komentujące rzeczywistość A.D. 2008. Dużo dobrej – i głośnej - zabawy.


EP-ka Roku 2008



1. Max Weber: Max Weber
Duży talent do łączenia hałaśliwego hard core’a z zabójczymi i niebanalnymi melodiami. Ich piosenki kopią w dupę!

2. Dav Intergalactic:
Ray Luca, poduszkowiec i rower
Beztroski rock’n’roll, dowcipne i – naprawdę! – bezpretensjonalne piosenki, których chce się słuchać w kółko. Jeśli nagrają debiutancką płytę, może to być kopalnia wiecznie młodych przebojów.

3. Kyst: Tar
Nietypowe oryginalne granie. Połączenie chłodnego neofolku z eksperymentalnym jazgotem dało frapujące rezultaty.

4. White Rabbit’s Trip: Holes In The Sky
Psychodelia, energia, zwariowane pomysły, połamane rytmy i charyzmatyczny wokal. Słucha się świetnie. I czeka na więcej.

5. Powieki: Trzaski
Niepokojące, wyciszone kompozycje, pełne zaskakujących niuansów i tekstów pękających od dziwacznych skojarzeń i obrazów. Ciemny trip w zakamarki wyobraźni.

Nadzieja Roku 2008


1. Don’t Be A Poor Person
Rewelacja z Górnego Śląska. Mroczne, intensywne piosenki o zaskakującej dojrzałością fakturze brzmień. Na ten zespół warto postawić każde pieniądze, a na koncerty wybierać się w ciemno.

2. Kolorofon
Nooo, jeśli ich zapowiadana na ten rok debiutancka płyta będzie wypełniona takimi killerami jak Bomba atomowa i Zapałki, to będzie to rzecz łatwopalna i wybuchowa. Dzikość i precyzja w jednym to cechy, które sprawiają, że ich muzyka może porwać tłumy.

3. Monday Rebels
Żywiołowa załoga, której domeną są wkręcające się w mózg chóralnie odśpiewywane indie-hymny. Na żywo brzmi to fantastycznie, czekam na płytę.

4. Anka Ujma
Ta dziewczyna ma w sobie coś niezwykłego. Niewielu ją zauważyło i tak pewnie zostanie. Ja jednak czekam na jej akustyczne, ale pełne mocy piosenki pisane z perspektywy emigrantki żyjącej w Paryżu.

5. Setting The Woods On Fire
To miała być hardkorowa bomba jesieni 2008, póki co płyty wciąż nie ma. Mam nadzieję, że niebawem się ukaże i zmiecie z powierzchni ziemi wszystkich spróchniałych narzekaczy.

A teraz następuje wręczenie statuetek... Uściski... Całuski... Łzy wzruszenia na twarzach nagrodzonych... Błysk fleszy... Występ zaproszonej gwiazdy... Afterparty... I do zobaczenia za rok, na jeszcze większej, jeszcze głośniejszej, jeszcze bardziej prestiżowej gali wręczenia Panikarzy!

10 najlepszych polskich płyt roku 2008 wg czytelników

A są to...

1. L.Stadt: L.Stadt
2. Organizm: Głową w dół
3. Pustki: Koniec kryzysu
4. Lao Che: Gospel
5. Czesław Śpiewa: Debiut
6. Nosowska: Osiecka
7. Jacaszek: Treny
8. Dick4Dick: Grey Album
9. Ballady i Romanse: Ballady i Romanse
10. Kings Of Caramel: Kings Of Caramel

Szczegóły na poniższym obrazku (klik, aby powiększyć)


Dziękujemy za wszystkie 1558 głosów!

Typy redakcji w następnym poście.

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni