17 października 2011

Wykrzywianie brzmień - rozmowa z Julią Marcell


Miał być dłuższy wywiad, ale druga pula pytań utknęła gdzieś po stronie zajętej premierą płyty i koncertowaniem Julii. Nie chce nam się dłużej czekać z publikacją już posiadanych odpowiedzi, więc póki co oddajemy wam do czytania część z zaplanowanej rozmowy, zapoczątkowanej jeszcze przed ukazaniem się płyty June. Mamy nadzieję, że wkrótce uda się opublikować część 2.

- Zwiastujący płytę singiel Matrioszka wskazuje na zupełnie inne brzmienie. Kojarzy mi się z podobnym manewrem Tori Amos, która po płytach surowych, głównie fortepianowo-akustycznych, zaprezentowała swoją muzykę w wersji bardziej popowej, nawet elektroniczno-tanecznej. Czy podobnych dźwięków możemy się spodziewać po Twojej nowej płycie?

- June na pewno jest inna od It Might Like You i jest to bardzo zauważalna zmiana. Tak dla mnie samej ta zmiana jest głębsza niż tylko w obszarze np. instrumentarium, stylistyki. Sam proces tworzenia się zmienił, moje podejście do pisania, moje motywacje, struktury piosenek, ich ekspresja. To wyszło od koncertów i przebiegało bardzo powoli. Było reakcją na nagle pojawiające się możliwości. Przy Storm i It Might Like You byłam sama z pianinem, czasem towarzyszył mi kwartet smyczkowy, a ja miałam obsesję na punkcie płyt nagranych tak, jakby się grało koncert. Żadnych dodatków, minimalistyczna produkcja. A potem zaczęłam grać z perkusistą i dodawaliśmy bębny wszędzie, gdzie było to możliwe, bo takie granie było dla mnie zupełnie innym przeżyciem niż koncerty solowe. Na pewno bardziej cielesnym, grając solo tkwiłam mocno w swojej głowie i chyba coraz bardziej potrzebowałam z niej wyjść.

- Jak powstawała płyta, czy komponując piosenki brałaś pod uwagę inny sposób jej nagrywania? Kto brał udział w nagraniach i gdzie była rejestrowana?

- Komponowałam od zupełnie innej strony, bo już nie na pianino - wychodziłam od wokali, melodii wokali, ich rytmiki, oraz instrumentów perkusyjnych. Najpierw składałam sobie bity na komputerze, nagrywałam miliony ścieżek jakiś dziwnych odgłosów i improwizacyjnego śpiewu, nakładałam je na siebie i bawiłam się tym, patrzyłam, gdzie mnie to zaniesie. To był bardzo długotrwały proces, powstała cała płyta w demówkach, na podstawie której później nagraliśmy zespół na żywo w tym samym studio co przy poprzedniej płycie - Chez Cherie w Berlinie. A potem przenieśliśmy się z Mosesem Schneiderem i Benem Lauberem (producentami albumu) do Transporterraum i tam spędziliśmy kilka miesięcy na dodawaniu i odejmowaniu od tych nagrań oraz wykrzywianiu brzmień poszczególnych instrumentów. Był to więc proces skrajnie różny od nagrywania It Might Like You, która była bardzo spontanicznym albumem. Ekipa ta sama, efekt zupełnie inny.

- Jakie masz plany koncertowe i czy zespół towarzyszący będzie się różnił od dotychczasowego?

- Planujemy całkiem sporo koncertów w Polsce na październik, a niemiecką trasę po nowym roku. Skład siłą rzeczy zmieni się nieco, bo mamy trochę nowych brzmień. Tak jak w zeszłym roku będzie zależał od koncertu - czasem zagramy w pełnym składzie, czasem bardziej intymnie, ale na pewno sekcja rytmiczna będzie bardzo ważną częścią koncertu.

- Zastanawiam się, na ile Twój nowy image jest wyrazem rzeczywiście „niegrzecznej”, dalekiej od ugłaskanego popu postawy życiowej, a na ile jest wymyślony jako sceniczny wizerunek?

- Hahaha, myślę, że po prostu się zmieniłam trochę i przestały mnie interesować pewne rzeczy, a zaczęły inne. Image jest dla mnie dużą częścią oprawy wizualnej i aby stworzyć jakąś całość z płytą, potrzebowałam nowej estetyki, żeby tą nowa dla mnie muzykę odpowiednio oprawić. Ale nie czuję się przebrana, czy wcielająca w rolę, raczej pokazuję pewną część siebie, wyjętą z kontekstu całej reszty. Tak naprawdę dużo motywów wizualnych wyszło dość spontanicznie.

Pytał [m]

3 komentarze:

  1. sprzedała się niemcom, nic z tego nie będzie

    OdpowiedzUsuń
  2. genialny album, genialna artystka, jak dla mnie światowa czołówka!!

    OdpowiedzUsuń

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni