6 marca 2011

Łąki Łan + Funky Flow - Rzeszów, Live Club 4.02.2011


Live Club jest obecnie w Rzeszowie jednym z nielicznych miejsc, gdzie odbywa się normalne życie koncertowe. Co prawda gustuje w bardziej mainstreamowych artystach, ale od czasu do czasu managment zaprosi do siebie mniej znanych wykonawców. Nie jest to tanie miejsce - za bilety na Hey, Comę czy Kult trzeba wydać około 50 zł. Na szczęście warszawiacy z Łąki Łan póki co nie wypełniają stadionów, więc wydatek (30+7 zł) był mniej bolesny.

Impreza zaczęła się w miarę punktualnie o 20.00 (co cieszy!). Na scenie zainstalował się cieszący się coraz większą lokalną sławą Funky Flow. Mimo że grupa nie dorobiła się żadnych oficjalnych nagrań, część zgromadzonej publiczności dość dobrze znała repertuar żywiej reagując na poszczególne utwory. Zgodnie z nazwą zespół gra funky i zgodnie z młodzieżową modą - mocno podbija go hip-hopem. By daleko nie szukać porównań - Afro Kolektyw. Raper Eskaubei na wokalu dużo rymuje, właściwie bez przerwy. O czym? Ciężko stwierdzić, nagłośnienie nie pozwalało na wsłuchanie się w teksty. W każdym razie kawałki energetyczne były ok, kawałki wolne nie były ok (niebezpiecznie blisko Afromentalu). A już największym błędem było zagranie dwóch przynudzajek pod rząd. Ogólnie zespół zrobił sympatyczne wrażenie, szczególnie klawiszowiec z fajnym afro na głowie i wiecznie śmiejący się gitarzysta w arafatce.

Koncert Łąki Łan poprzedził apel z głośników zabraniający kręcenia filmów i robienia zdjęć z fleszem. Cóż, wymóg czasów. Nuta goryczy pozostała, gdyż warszawiacy robią fenomenalny show. Ci goście mają dobrze po 30-tce, a witalności i humoru pozazdrościć im może niejeden młokos. Sceniczny image opracowali do perfekcji. Owadzie stroje, mimo że groteskowe, doskonale oddają zabawowy charakter zespołu. Bardzo często patrzyłem na palce klawiszowca Ponia Kolnego. Ależ są one długie, jakby faktycznie jakiś stawonóg przybrał ludzką skórę! Przykuwa wzrok kiczowato-gangsterski Mega Motyl oraz szarmancki Bonk (w nowej fryzurze do złudzenia podobny do gitarzysty Dick4Dick). Szkoda było pozostającego w cieniu Jeżusia Mariana i Zająca Cokictokloc. Zaczęli z przytupem, jakimś fajnie riffowym kawałkiem, którego nie odgadłem. A potem wśród ferii świateł pojawił się On, czyli Paprodziad. Postać absurdalnie przerysowana, rodem z kukiełkowych bajek dla dzieciaków. Facet nawet popija wodę z fikuśnego różowego słonika!

Zagrali właściwie całą Łąkiłandę. Publika szalała. Część dziewczyn specjalnie na koncert wystroiła się w czułki, piegi, kropki i inne takie. Miły gest. Obok mnie szalał łysy metal. Gdyż przy Propagandzie zagranej z obłędnym tempem nie dało się ustać. Podobnie było przy taktach Wielkiego Edka - tu wymiękali najtwardsi. Potężnie zabrzmiał i Big Baton, i Galeon. Tłusty bas nie dawał wytchnienia. A Paprodziad wił się wykonując dziwne ruchy, rozrzucał cukierki, właził na podwieszane belki i łypał nawiedzonym wzrokiem. Pod koniec podstawowego setu wykonali kower Jump Kriss Kross (kto to jeszcze pamięta?). Oczywiście, że były bisy. Zespół jednak zaprezentował podczas nich bardziej electro-transowe oblicze. Czar trochę się ulotnił i ciśnienie opadło. Ludzie bawili się już z rozpędu, a i w szeregi warszawiaków wkradł zauważalny schematyzm. Mimo wszystko koncert mega-wypas i wpisanie kapeli na listę „must see again”. [avatar]

Zdjęcie (z musu niekoncertowe): EMI

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni