24 lipca 2016

Soniamiki: Federico (Warner Music / Pomaton, 2016)


Narada contract managerów w Międzynarodowym Koncernie Fonograficznym (Oddział Polska).
- Witam wszystkich kolegów i koleżanki, dziś mamy do omówienia kilka debiutów, na początek może to demo. Mamy tu dziewczynę z komercyjnym potencjałem, pseudo Soniamiki, demo dość surowe, no ale to tylko domowa produkcja, przepuścimy to przez studio, dopiszemy jakieś dodatkowe partie, może trochę dęciaków i gitar, no i chórki, koniecznie musimy zamówić jakieś renomowane chórki, bo teraz to strasznie biednie brzmi. Trochę trzeba będzie przy tym popracować, ale powinno być dobrze.
- Nie.
- Słucham? Kto to powiedział.
- Ja.
- Czyli kto?
- Mikucka. Zofia Mikucka. Soniamiki. Nie, nie będziemy przepuszczać niczego przez wasze studio, nie, nie dodamy chórków. Niczego nie będziemy zmieniać.
- Ale…

To debiut Zosi Mikuckiej w wielkiej wytwórni – i brawo Zosia, majorsowi udało się nie zepsuć specyficznego stylu Sonimiki. To oznacza jednak, że dziwny, oszczędny pop Mikuckiej raczej nie stanie się nowym wyznacznikiem ramówek RMF-u i Zetki. No chyba że ludzie z Warnera znajdą jakiś sposób, by wcisnąć piosenki Zosi między Sarsę a Cleo. Wtedy – szacun.

Ale tak się przecież nie stanie. Dzięki temu możemy kultywować alternatywność tego albumu i chichotać w kułak na myśl o tym co poczuje fan Sarsy, gdy przez przypadek zostanie obdarowany Federico w ramach walentynkowego/świątecznego prezentu. Bo Federico, choć nieznośnie przebojowy, dramatycznie różni się od wszystkich mainstreamowych produkcji trzaskanych masowo pod miłośników „najlepszej muzyki”. Przede wszystkim wymaga innego, powiedzmy z ironią, spaczonego gustu, zwichrowanego poczucia melodii. Trzeba przyznać, że Zosia trzyma poziom i zachowała swój unikatowy styl: suche bity, szczątkowe partie basu i jakby wyszarpane z otoczenia, natrętnie zapętlone motywy. Do tego urywany wokal, niby melodyjny, ale tak drażniąco niedostrojony do ramówkowego standardu.

Na płycie roi się od typowych dla Mikuckiej połamanych piosenek do tańca. Do najfajniejszych fragmentów zaliczyłbym rytmiczne BWA, wypełnione mnóstwem brzydkiej, klekoczącej elektroniki, z kapitalnym roztańczonym finałem, zachęcającym do beztroskiej zabawy; nakręcające się z każdą minutę S.I.S., tyle chwytliwe co abstrakcyjne Na głowie z najlepszym refrenem albumu; M&L z doskonałym przykładem intuicji Zosi, która z banalnego dyskotekowego motywu robi tu prawdziwe melodyczno-rytmiczne cudeńko. Na deser mamy Hawanę, czyli kolejną piosenkę o miejscu na H (po Hawajach), napisaną przez tatę Zosi Łukasza Mikuckiego (tekst) i Łukasza Lacha z L.Stadt (muzyka), prywatnie partnera wokalistki. Uroczy numer, zupełnie inny od pozostałych utworów autorstwa Zosi.

Korzystając z okazji zerknąłem na swoją recenzję poprzedniej płyty Zosi, SNMK. Narzekałem wtedy na monotonię, wskazywałem na drastyczny kontrast między Jesienią na Hawajach a autorskimi piosenkami artystki. Z perspektywy lat i świeżo po przesłuchaniu Federico doceniam trochę bardziej konsekwencję i oryginalność Mikuckiej. Z całą pewnością to jedna z najbardziej charakterystycznych wokalistek popowych w naszym kraju. Jeśli dzięki tej płycie kilkoro zwolenników Cleo przejdzie na „naszą” stronę, to należy uznać ten fakt za wielkie zwycięstwo muzyki alternatywnej. [m]



Strona artystki: https://www.facebook.com/SONIAMIKImusic

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni