Freak of Nature: Fabryka Zła (Mu-sick Production)
To chyba najodważniejsza płyta minionego roku. Zupełnie różna od ciepło przyjętego Neurotic States. Debiut znakomicie wpisywał się w ówczesne modne trendy. Był duszny, neurotyczny, pełen pasji, emocji i gitarowego zgiełku. Fabryka Zła jest niemodna. Wodewilowy klimat, kabaretowe akcenty, orientalizmy oraz chórki kojarzące się z międzywojenną bohemą warszawską próbują wtopić się w rockowe granie. W efekcie wyszła mieszanka, która w zwrotce potrafi zjednać słuchacza, a w refrenie odrzucić. Ta swoista przepychanka może być intrygująca, niestety większość kompozycji kuleje z braku zapamiętywalnych melodii. Chciałoby się więcej rzeczy na miarę Być jak Albert Fish. Chłopaki poszukują i nie boją się za sobą zostawić dotychczasowych dokonań. To dobrze. Może albumem nr 3 wywołają spore zamieszanie?
Strona zespołu: www.fon.art.pl
Materac: Andersen Dobranoc (aka) Bajki Andersena (4Ever)
To chyba wiedzą już wszyscy - Materac tworzą dwaj muzycy Kombajnu Do Zbierania Kur Do Wioskach, wokalista i gitarzysta. Celem powstania formacji miało być poszukiwanie nowych form wyrazu, ekspresji, dźwięków. Jednak nie ma co się oszukiwać - Materac brzmi jak Kombajn (część utworów to szkice prac macierzystej grupy). Wokalista Marcin Zagański dalej raczy nas metaforyczno-abstrakcyjnymi tekstami, wciąż jest gitarowo i psychodelicznie. Płyta została podzielona na dwie części: Białą i Czarną (jak dla mnie czarny w tym przypadku znaczy księżycowy, wcale nie depresyjny). Muzycznie różnice są niewielkie, przy czym ciekawsze utwory, jak dla mnie, znajdują się po czarnej stronie ze szczególnym wskazaniem na www.overcome.pl. Zwolennicy przyjmą to wydawnictwo z otwartymi ramionami, przeciwnicy dostaną kolejną garść argumentów przeciw. Pozostali - nie zaszkodzi przesłuchać:)
Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=333344789
Pornohagen: DżinsCzerńRóż (wyd. własne)
Ufff... gdy słuchałem ostatniej EP-ki Tańczę, konam myślałem, że zespół dorwała paskudna choroba rodem z Wysp pod nazwą „tak naprawdę to jesteśmy zespołem pop”. Innymi słowy - wygładzono brzmienie, by przy piosenkach można było potańczyć oraz by miło słuchało się w radiu. Dlatego do długogrającego debiutu podszedłem z obawą. I mile się rozczarowałem. Chłopakom nie można odmówić przebojowości. Singiel goni singiel. I co najważniejsze - zamiast pitu-pitu jest mnóstwo młodzieńczej energii, łobuziakowania, darcia gęby i niezłego rockowego pazura. Nóżka przyjemnie tupie, buzia się śmieje słysząc blurowskie chórki i ujmująco-gówniarskie „na-na-na-nana”. Elektroniczne wtręty producent z wdziękiem wtopił w tło, dzięki temu wydawnictwo pełne jest miłych smaczków. Muzycznie debiut Pornohagen lokuje się na tej samej półce co Arctic Monkeys. To doskonała płyta na nieoficjalną część studniówki czy imprezę korytarzową w akademiku mocno zakrapianą piwem. Poprawie uległy teksty - stężenie banału systematycznie się zmiejsza. Choć chłopięcy głos wokalisty sprawia, że ciężko gościa traktować poważnie. Z drugiej strony tekst Brzydkiej dziewczyny powinien znać każdy, kto ma problemy z samoakceptacją. Pocieszna to płyta. Tak, do dobre słowo.
Strona zespołu: http://www.pornohagen.pl
Woody Alien: Pee and Poo In My Favorite Loo!! (Gustaff)
Na okładce tej płyty powinna być nalepka z napisem „Ministerstwo Sportu i Kultury Fizycznej poleca”. Woody Alien to duet. Marcin Piekoszewski (znany z Plum) sobie śpiewa i szarpie struny gitary basowej. Wspomaga go na perkusji Daniel Szwed. I tyle. Tylko, że... chciałbym na własne oczy zabaczyć łapy tych gości, gdyż to, co wyprawiają z instrumentami, to istna rzeźnia. Brud, agresja, noise. Matematyczno-grindcorowe walenie po garach. Ciężar basu nokautujący Korna na śniadanie. Totalnie antypiosenkowe utwory. Gdyby muzycy z Shellac zeszłego lata dostali kredyt we frankach, zapewne dziś nagraliby podobny album. Tak wygląda nieokiełznana myzyka, nieskrępowana żadnymi ograniczeniami. Przyznam się, jestem za stary na tak potężną dawkę hałasu, by dostawać spazmów do końca płyty. Jednak zadziwiająco często wracając z pracy, nakarmiony paroma godzinami muzyki z ogólnopolskich stacji radiowych, włączam sobie w playerze Face It. Parę minut rozkosznego rzępolenia wywołuje jakże potrzebne katharsis.
Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendID=85172872
Recenzował [avatar]
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Mimo że rok 2009 powoli odchodzi w przeszłość, ciągle jeszcze skrywa nieodkryte skarby, które sprawiają, że nie możemy o nim zapomnieć. Oto...
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie ...
-
Gdyby cała płyta była taka jak piosenka numer jeden…
-
Tworzenie sztuki i głowa do interesów nie zawsze idą w parze, ale jeśli ktoś ma zdolności organizacyjne i siłę przekonywania może spróbować ...
-
Piotr Brzeziński idzie śladem Vaclava Havelki z czeskiego Please The Trees i podbija Europę swoją singer/songwriterską interpretacją co...
-
Gdyby CKOD mieli zadebiutować w drugiej dekadzie XXI wieku, brzmieliby jak WKK.
-
Pamiętacie pierwszą płytę gdyńskiego tria? The Bell ukazał się cztery lata temu i w większości recenzji podstawowym „zarzutem” było stwie...
-
Spontaniczny projekt m.in. Marcina Loksia (dawniej Blue Raincoat) i Kuby Ziołka (Ed Wood, Tin Pan Alley) ma szansę przerodzić się w coś trw...
-
Lista zespołów, których twórczość inspiruje muzyków Setting The Woods On Fire, jest dość pokaźna. Mamy na niej i Sonic Youth, i Appleseed Ca...
co pierwsze rzuca sie w oczy?
OdpowiedzUsuńnie mozna milo sie rozczarowac...
Oj można! Przynajmniej ja potrafię mimo że wiem iż to oksymoron :)
OdpowiedzUsuń