11 stycznia 2014

Tomasz Makowiecki: Moizm (Sony Music, 2013)


Tomka Makowieckiego od lat ciągnęło do alternatywnego światka. Ale zawsze był za nim o trzy kroki wstecz; peleton doganiał jedynie w gościnnych występach u Mariusza Szypury z Silver Rocket. Można było się spodziewać, że jego kolejnym ruchem będzie pójście w modny obecnie synth pop. Ale to, że na najnowszej płycie nada mu nowy kierunek, to już zaskoczenie z gatunku tych niewiarygodnych. A jednak!

Singiel Holidays In Rome zapowiadający nową płytę zdawał się potwierdzać tezy o Makowieckim-epigonie. Kiedy ukazał się debiut No! No! No! myslovitzowski indie rock był w odwrocie, a łódzki Kamp! coraz silniej napierał swymi dewastującymi singlami. Dziś każdy chce być jak Kamp!, można jak w ulęgałkach przebierać w propozycjach wykonawców garściami czerpiących z ejtisowego dziedzictwa, więc gdy w głośnikach usłyszałem o rzymskich wakacjach, buzia mi się uśmiechnęła. Proszę, oto pan Tomek chce być jak Brodka i Podsiadło razem wzięci. Nie żebym odmawiał fajności piosence - jest bardzo dobra - ale właśnie takiego Makowieckiego się spodziewałem. A potem nadszedł czas Moizmu. Ta płyta całkowicie zweryfikowała moje wcześniejsze tezy.

Moizm to płyta zanurzona w latach 80. ubiegłego wieku, ale w bardzo specyficznym momencie owej dekady. Chodzi o krótki okres, gdy zaczyna się rodzić new romantic, a progresywne grupy porzucają gitary na rzecz syntezatorów. To czas, gdy Queen nagrywa The Game, sieroty po Joy Division startują z pierwszą płytą New Order, a Electric Light Orchestra prog-rockowe odjazdy zamienia na światło kuli stroboskopowej. Oto obszar działania nowego Tomasza Makowieckiego. Holidays In Rome czy What's New In Heaven to bardziej Human League niż Kamp!, ale już kapitalne, epickie, dziesięciominutowe Dziecko Księżyca jest mocno podbite późnymi latami siedemdziesiątymi i charakterystycznym transowym zamszem. Chyba nikt w Polsce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat tak zręcznie nie przetworzył tego okresu. A jeśli dodamy to tego świetne melodie (Your Foreign Books!) i stylowe aranżacje (pod płytą podpisało się osiem osób), to okazuje się, że wiecznie obstawiający tyły finalista Idola ma na koncie dzieło, która wyprzedza wszystkie powiewy świeżości, jakie próbowano zaaplikować w altpopie w ubiegłym roku. 

Ale by za bardzo nie głaskać - całkiem sporą część Moizmu ratują panowie instrumentaliści (w tym gościnny udział Józefa Skrzeka i Władysława Komendarka). Makowiecki miejscami za bardzo wierzy w swoją fajność i lubi przynudzić. W liniach melodycznych Ostatniego brzegu nie ma życia, a Na szlaku nocnych niedopałków ciężko odróżnić od Zabierz mnie. Na szczęście, niedostatki kompozycyjne mają w tym przypadku drugorzędne znaczenie, gdyż są zręcznie zakryte przez aranżacyjne gobeliny. Pod tym względem wyróżniają się obie części Ostatniego brzegu - by wspomnieć ciekawe perkusjonalia w postaci odgłosów rzucanych sztućców czy klawiszowy, Komendarkowy odjazd w pierwszej połowie części drugiej.

Z Moizmem nie mam problemu. To świetna płyta. Mam spory problem z samym Makowieckim. Wciąż mu nie wierzę i nie wiem na ile Moizm jest efektem „drgań w duszy”, a na ile otoczeniem się ludźmi, którzy lwią część roboty wykonali za niego. Niech facet nagra dwie płyty w tej samej estetyce pod rząd, by pokazać ludziom, że odnalazł swoje feng shui. Po tym albumie życzę mu jak najlepiej i mam nadzieję, że na tej balustradzie się nie wypierdzieli. [avatar]



Strona artysty: http://makowiecki.pl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni