19 stycznia 2014

Mooryc: Roofs (Freude am Tanzen, 2013)


Mieszkający w Berlinie i wydający w tamtejszej wytwórni poznanianin Maurycy Zimmermann niepostrzeżenie wchodzi do ekstraklasy klubowego popu.

Mooryc kojarzony był wcześniej z minimalizmem elektronicznym, IDM, muzyką ambient. Albumem Roofs wydanym we Freude am Tanzen (znamienna nazwa) debiutuje jako rasowy producent muzyki tanecznej – tej najbardziej wysmakowanej, oprócz rytmu oferującej ciekawe linie wokalne, frapujące teksty i kunsztowne aranżacje, nie ograniczające się do jednej stylistyki. Roofs od pierwszego przesłuchania zaskakuje chwytliwością melodii i pewną ręką prowadzenia utworów, które balansując między łatwo przyswajalnym popem a nawiązaniami do trudniejszych odmian elektroniki stale dostarczają ekscytujących wrażeń.

Otwieracz w postaci Open It może być nieco dla słuchacza mylący – to instrumental odwołujący się do synthpopowej tradycji niemieckiej elektroniki, ani zanadto przebojowy, ani specjalnie wymagający. Jupiter to już skok na głęboką wodę piosenki pop. Tu już trzeba zadbać o wpadającą w ucho linię wokalu, o zapamiętywalny refren. Mooryc wychodzi z tej próby zwycięsko – piosenka przypomina dokonania solowego Iana Browna: podobny klimat, niski głos wokalisty, nadające jej rytmu partie pianina i akordy gitary akustycznej. A dalej jest jeszcze lepiej! Bless Me ukazuje szerokie spektrum inspiracji najnowszymi trendami w muzyce elektronicznej. Trzeszczące, zaszumione tło, efekty pełne pogłosów i niepowstrzymany, podrywający na nogi rytm. Podobnie Powerless – technologiczny charakter zyskuje ludzkie oblicze dzięki pełnej rozmachu partii fortepianu. Say No More – trudno w to uwierzyć, ale Maurycy podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej, produkując tony smutku. Ten przemienia się w otchłań w przygniatającym Limbo 2 – przypominając o najlepszych czasach bristolskiej rewolucji.

Prawdziwym majstersztykiem jest utwór Fallin’ Free, w którym na mechaniczny rytm nałożono brzmienie żywej (samplowanej?) perkusji, ze wszystkimi jej przestrzennymi przeszkadzajkami i bębnami. Ciekawie wypadają też dwa instrumentale umieszczone pod koniec Roofs – plemienne Limbo z podniosłym klawiszem i najbardziej eksperymentalne, glitchowe Turtle, będące ukłonem w stronę dawniejszej twórczości Mooryca.

Roofs słucha się doskonale, bo mimo tanecznego rodowodu to jednak płyta do słuchania i kontemplowania. Z pewnością jeden z najlepszych albumów ubiegłego roku – nie możecie go przegapić! [m]


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni