16 lipca 2013

Öszibarack: 12 (2.47 Records, 2013)


Dwanaście rąk Agima Dżeljilji'ego.

To płyta 40 Surfers Waiting For The Wave miała przynieść zmiany i być nowym początkiem drogi. Los chciał trochę inaczej - szeregi zespołu opuściła wokalistka Patrycja Hefczyńska, co wymogło niespodziewaną korektę w planowanym rozwoju grupy. Padła decyzja - ciągniemy dalej ten wózek bez Patrisi. Ba, rezygnujemy w ogóle z poszukiwań nowego głosu i robimy to, co lubimy najbardziej, z tą różnicą, że teraz nie ograniczają nas piosenkowe ramy. Jak postanowili, tak zrobili. I ot tak, nagrali jedną z najlepszych tegorocznych płyt.

12 nie jest płytą stricte instrumentalną. Do dwóch kompozycji zaprosili znajomych muzyków, by zapełnili je liniami wokalnymi. W The Tide udziela się duet Chmara Winter. Ten coraz popularniejszy DJ-ski skład nadał piosence nowoczesnego, hedonistycznego sznytu, wyjętego wprost z zachodnich modnych klubów. Uwodzący wokal i szarmanckie elektro sprawiają, że to pierwsza od bardzo dawna piosenka Öszibaracka, która może zawojować listy przebojów.

Finders Keepers opowiedziane za pomocą Pauli i Karola jest utworem z zupełnie innej beczki. To slow-jazzowa fortepianowa ballada, niesiona hip-hopowymi skreczami. Kompozycja najwyższej urody, ale gdzieś w połowie Agim robi z nią coś, co właściwie jest znakiem charakterystycznym 12-tki. Swoje elektroniczne zabawki wprawia w obłęd. Prąd zdaje się momentalnie nabierać niebezpiecznej wartości napięcia i niszczyć kolejne kryształy krzemu, wydając przy tym szorstki ryk umierającego układu scalonego.

Podobne „psucie” we Fly czy w Brightones utworów utwierdzają w przekonaniu, że nowy Öszibarack jest na wskroś progresywny. Elementy kraut-rockowe obecne na 40 Surfers tu uległy dalszej amorfizacji i przekształciły się coś na kształt kosmische-transu. Zibrafone jest kumkającą wariacją na temat fajności samogłoski „ą”, a ilość sposobów realizacji wprawia w zdumienie połączone z zachwytem. Brightones wywołuje katatonię psychodelicznym tripem unurzanym w tęczowych klawiszowych chmurach (tu wypada pochwalić udaną partię basu Tomka Dogiela). Nawet połamany minimal hip-hop, jakim jest Fly, serwuje słuchaczowi motoryczną podróż po meandrach perkusyjnych mikrozgrzytów i tantrycznego loopu gitarowego.

Najbardziej nowy Öszibarack lśni w ponadjedenastominutowym potworze Please Hold On To The End. Tu słuchacz zostaje wystawiony na próbę. Na każdy nowy dźwięk (pacnięcie klawisza obok, lekką modyfikację bicia w bęben, zmianę tonacji o jedną kwartę) czeka się nawet po kilkanaście sekund. Ale jest coś hipnotyzującego w grze Jana Młynarskiego, że ten jeden wielki „loop” wprawia w nastrój oczekiwania na coś wielkiego. To coś następuje w 6:42 minuty. To, co wyprawiają muzycy, to jakaś soniczna schizofrenia, w której prym wiedzie Dżeljilji. Facet mając tylko dwie ręce wprawia tę całą elektronikę w doplerowskie rozmycia, przesunięcia z fazie, rozciąga sinusoidy w nieskończoność, bądź przeciwnie - ściska je doprowadzając dźwięk do charkotu. Ach, jako to epicka rzecz, psychoaktywna i drenująca każdy zakamarek mózgu odpowiedzialny za głód muzyki.

Helloł, młodzieży! Jesteście przyszłością narodu, a pozwoliliście „dziadkom” wysunąć się przed peleton? Do końca roku nie zostało tak dużo czasu i wszystko wskazuje, że 12 na dobre rozgości się wysoko w tegorocznych rankingach! [avatar]

 

Strona zespołu: https://www.facebook.com/oszibarack

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni