13 kwietnia 2010

[Projekt 01-02] Homosapiens: Big Frank (Sissy Records/ BMG, 2002)


Na początek rzucę wyświechtane porównanie: Big Frank jest jak wino… Ok, można było zacząć trochę bardziej zajawkowo, typu: „poznaj polskich Eelsów” albo „neuroza i nadwrażliwość na światło dotykają nie tylko emo”. Zacznijmy jednak po prostu. Jest rok 2002; w stajni alternatywnego labelu BMG – Sissy Records – święcącego triumfy dzięki płytom Smolika i Ścianki, pojawia się zespół Guzika vel Guezmira (czyli Grzegorza Guzińskiego) ze swoim drugim materiałem. Materiał trwa 90 minut...

Płyta jest krótsza, liczy ok. 65 minut. Dla niektórych i tak za dużo, bowiem po różnorodnym stylistycznie, momentami rozrywkowym debiucie The Wheel, zespół Guzika poszedł w zupełnie innym kierunku. Big Frank to muzyka zejścia. Dołująca, przygniatająca ciężkim samobójczym klimatem, dość monotonna w odbiorze. A jednocześnie tak cholernie bogata, skrywająca tak fantastyczne melodie i brzmienia! Niesamowicie wypada konfrontacja z Dużym Frankiem po latach. Oczywiście, co jakiś czas sobie do tego materiału wracałem, odtwarzając ulubione fragmenty, jednak wieść o reaktywacji zespołu i pracy nad zupełnie nową płytą skłoniły mnie do częstszego z nim obcowania. Nie zawiodłem się. Również w całości album kopie w dupę.

Pamiętajmy o korzeniach muzycznych lidera. W latach 90. Guzik dowodził dość porządnie hałasującą grupą Flapjack. Jednak już ostatnia propozycja Naleśnika – Juicy Planet Earth – ukazywała go jako muzyka poszukującego czegoś więcej od typowego core’owego jazgotu. Big Frank nie jest dziełem przypadkowym. Wpływy amerykańskiej alternatywy są tu słyszalne bardziej niż na innych polskich płytach tego okresu. Guezmir śpiewa nawet z dość charakterystycznym „amerykańskim” akcentem, a muzycznie Homosapiens bardzo zbliża się do Eels (pod względem chropawości brzmienia i sięgania do bluesowych korzeni) oraz The Sparklehorse (wyrafinowana złożoność warstw kompozycji, eksperymenty z barwą dźwięku, radykalne kontrasty brzmieniowe).

Zaczyna się myląco: dziecinny, uroczo niewinny numer Elephant w oczywisty sposób nie reprezentuje zawartości albumu. Potem jest coraz mroczniej. Zagłębiamy się w poskręcane zwoje mózgowe Guezmira, poznajemy jego chore myśli i pomysły. W instrumentalnym Cauliflower obok skoncentrowanego rytmu słyszymy marimbę. What You Need rozpoczyna tani bit i łagodny wokal – to zmyłka, to tylko podpucha, bo za chwilę uszy atakuje ostra, przesterowana gitara i kanonada perkusji. Niespodzianek jest więcej. Inspirowany filmem i/lub książką Crash Carambole przywodzi na myśl te najbardziej sfuzzowane numery z Souljackera Eelsów. Genialny Illegal Death (znów temat śmierci, który przewija się przez większość piosenek) wgniata w ziemię ciężką sekcją grającą w rytmie... tanga. Sporo miejsca zajmują perfekcyjnie wykorzystane instrumenty klawiszowe. Nie tylko rzucają niepokojące dźwiękowe plamy, w wielu utworach przejmują funkcję gitar wysuwając się na pierwszy plan.

Nie sposób nie wspomnieć o tak kapitalnych rzeczach jak The Difference, Ringmaster, czy skrajnie dołerskich Long Road i Wounded (końcówka nawiązująca do Radiohead) oraz chorym jak umysł szalonego klauna Last Night’s Lounge. A także Far From Now, zwieńczonym zjawiskowym wejściem instrumentów dętych i charczących gitar. Tak naprawdę nie ma tu słabych utworów i po tym się chyba poznaje płyty wielkie...

The Difference:



Nie mam żadnych wątpliwości, Big Frank to album kanoniczny, jedno z ważniejszych osiągnięć polskiej alternatywy. Można mu zarzucać wtórność wobec zachodnich wzorców, ale w Polsce Homosapiens byli w tym czasie absolutnie niepowtarzalni. [m]



Strona zespołu: http://www.myspace.com/homosapienspl

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni