11 sierpnia 2007

Kevin Arnold: Masto Don’t Drivers (VM, 2006)

Kiedyś mówiono o nich jako o nadziei polskiego niezależu. Z nadzieją często bywa tak, że pozostaje po niej tylko złe wspomnienie. Ostatnia płyta Kevina pokazuje, że z potencjału pozostała mu jedynie impotencja. Album brzmi jak zardzewiały rzęch, trzymający się kupy tylko na kiepskim lakierze – zupełnie nie jak ten piękny chevrolet z lat 50., pokazany na okładce. Piosenki powstawały na przestrzeni kilku lat i dość drastycznie różnią się brzmieniem (na zasadzie, że każda następna brzmi gorzej od poprzedniej). W ogóle całość prezentuje się jak jakieś totalne sprzętowe podziemie, co mnie dziwi, bo w dzisiejszych czasach wiele młodych kapel w domowych warunkach potrafi osiągnąć dużo lepsze brzmienie niż doświadczony przecież zespół Kevin Arnold, który podobno nagrywał swoje piosenki w jakichś studiach. Nie czepiałbym się, gdyby Masto Don’t Drivers było zbiorem bisajdów czy odrzutów z sesji tudzież innych pozbieranych z różnych wydawnictw kompilacyjnych nagrań, a nie pełnoprawnym albumem.

To płyta mogła być całkiem udaną polską odpowiedzią na nurt zwany new garage revival i produkty typu Jet, gdyby została porządnie wyprodukowana i wydana co najmniej trzy lata temu. Taki numer – świetny zresztą i hiciorski jak rzadko – Czy to jest to? bije na głowę bliźniaczy przebój wspomnianego Jet. Szkoda, że podobnie nośnych killerów na płycie ze świecą szukać. Broni się jeszcze arogancko hałaśliwy Szatan, proletariackie Tromby (niestety brzmieniowo żenada), czy muzycznie kojarząca się z Myslovitz Camera obscura. Jest jeszcze sympatycznie ściankowa Jagoda, z wyjątkowo przyjaznym (wyjątkowo, otóż to) wokalem. Niestety, jak już napisałem, brzmienie wszystkich nagrań waha się pomiędzy „tragiczne” a „drastycznie do dupy”. I garażowość stylu nie ma tu nic do rzeczy. To po prostu amatorska produkcja, którą można od biedy nazwać wersją demo. A demo nie powinno być sprzedawane jako album. Kompletnie nie przekonują mnie psychodeliczne odjazdy (czy każda kapela z Trójmiasta musi grać psychodelicznie? To jakiś lokalny patriotyzm, czy co?) w Nagich kolanach czy wygłupy w stylu funk w Białej kaczce – gimnazjalne poczucie humoru jakoś mnie już nie bierze. Nudzą mnie pseudo-artystyczne gnioty, wolę grać głupoty – jakże akuratne przyznanie się do własnej niemocy twórczej!

Szkoda, szkoda, nie tego się spodziewałem po twórcach nieśmiertelnej Farelki. Daliście ciała, chłopaki. W sumie rozumiem, dlaczego nie podpisaliście się pod tym dziełem swoimi nazwiskami. Pozostaje czekać na kolejną płytę, być może już zrobioną jak należy.

Band site: http://www.kevinarnold.art.pl/
ver.: polish
media:
myspace

1 komentarz:

  1. zarnoldyzowany/niewspółczesny19 grudnia 2007 10:10

    szacowny ałtoże - jestem fanem kevin arnold - a twe audiofilskie uszy niech słuchają "wspaniałych kapel niezależnych" -przytoczone tu JETS to przy arnoldach WIELKIE G - no chyba że ktoś uważa że liczy się właśnie przede wszystkim produkcja - osobiście wolę gównianie przecież jak na dzisiejsze standardy brzmiące nagrania velvet undergound niż najlepiej wyprodukowane współczelsne alter-ściemy - poprostu dla niektórych liczy się dusza a dla innych technika - a co może wokal lou reeda to doznania słuchowe na miare pavarottiego co? -fauszuje dziad aż boli - a jakie to piękne... (olać ortografiem)

    OdpowiedzUsuń

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni