niedziela, 4 lipca 2010
New York Crasnals: Women In Love, Men In Uniforms (Kuka Records, 2010)
Druga płyta jako sprawdzian dla zespołu – przerabialiśmy to dziesiątki razy. Czy po świetnym debiucie utrzymają formę? Czy przeskoczą wysoko zawieszoną poprzeczkę? A może wręcz przeciwnie – zmarnują swoją szansę i odejdą w otchłań zapomnienia?
Krasnale zapowiadali, że druga płyta będzie bardziej eksperymentalna, odjechana. Po drodze zdarzyła się im zabawa w mroczną elektronikę (Bad Light District) i powrót do tradycyjnego gitarowego łojenia (Plug Doctors). Women In Love… jest niejako wypadkową tych nurtów. Wbrew zapowiedziom nie jest ani trochę bardziej krejzi od debiutu. Może na to jeszcze za wcześnie? Ośmielę się wręcz wysunąć tezę, że jest bardziej piosenkowa od Faces And Noises. Kompozycje są krótsze, bardziej skoncentrowane na głównym motywie. To źle? Nie! NYC nagrali bardzo dobrą płytę „na przetrwanie”.
Eksperyment? Nie ma tego zbyt wiele. Quasi-improwizowany wstęp do Cardamom (zabawy słowami to ich hobby), saksofonowe nojzy w Darling They Are Playing Our Tune, akordeonowe wstawki w Mooch, Mogwaiowe ściany dźwięku w Washington Irving czy Men In Love, Women In Uniforms (to nie błąd). Oraz drobne elektroniczne ozdobniki przemycone z solowego projektu Michała Smolickiego (BLD). Reszta to dość typowe dla NYC brzmienia nisko nastrojonych gitar, motorycznej perkusji i schematu: trochę brzdąkania – wdepnięcie przesteru, zamknięte w formie całkiem przystępnych piosenek. W efekcie Women In Love jest chyba łatwiejszym od debiutu materiałem. Żeby była jasność – nie krytykuję tego, jedynie odnoszę się do anonsowanych przez zespół zmian w stylu, które de facto nie nastąpiły. To zestaw dobrych, momentami nawet doskonałych, ale tylko piosenek. Jeśli ktoś liczył na utwory w rodzaju Shoes czy Lessie Smore, może poczuć pewien niedosyt.
Jako się rzekło, Women In Love... ma tzw. momenty, dla których warto się przyłożyć do słuchania (muzyka oczywiście nie należy do takich, co od razu wpadają w ucho). Motyw gitary w Halva Priset, pojawiający się po drugiej minucie mogę określić tylko jako wybitny. Zbyt wielu oryginalnych zagrywek Krasnale w swoim repertuarze nie mają, ale warto było czekać na pojawienie się czegoś takiego. Na pewno dostojnie bity twardy rytm w Conjuction Fields to jest coś, co długo nie chce wyjść z głowy (nb. utwór bardzo w stylu BLD), a Frederic Sean Paul, przynajmniej jego początek, brzmi jakby muzycy NYC nałykali się w nadmiarze Big Franka (Homosapiens, dla mniej zorientowanych). Confetti roztacza magię w okolicy trzeciej minuty, ładując w przysadkę mózgową surowy jak wczesne Seattle przestrzenny riff. W Margaret Touch Her fajnie wprowadzono gitarę akustyczną skontrowaną charkotliwym przesterem. Do tego bardzo klimatyczny mostek ze snującym się w tyle wokalem. Pięknie tęskne bostońskie (Karate) brzdąkanie ujmuje swoją prostotą w Mooch. A Labour to dość niespodziewana akustyczna ballada bez tekstu, za to z wokalizami a la Eddie Vader.
O tekstach trudno napisać coś mądrego, oprócz tego, że są enigmatyczne i minimalistyczne. Posłużę się zatem cytatem z Margaret Touch Her: F.E.E.L W.E.L.C.O.M.E T.O A. V.A.C.U.U.M A. N.O.N.P.L.A.C.E. I.N. B.E.T.W.E.E.N. Y.O.U. A.N.D. M.E. kropeczki oznaczają, że tekst jest literowany, co dodaje mu jeszcze pewnej dziwacznej tajemniczości, jakby wokalista posługiwał się dziecięcym kodem. Z tekstami koresponduje ciekawie pomyślana oprawa plastyczna: rysunki kobiecych akcesoriów przerobionych na śmiercionośną broń. Mamy tu szminki jako naboje, torebkę przypominającą odwrócony hełm, but na obcasie z noża Rambo, puderniczki jako miny przeciwpiechotne, gorset jako kamizelkę kuloodporną itp. Fajne. Zabawne, ale i z lekka przerażające.
Swoją drugą płytą Krasnale udowadniają, że ciągle pozostają w grze. Może na trzecim albumie zaprezentują coś bardziej szalonego? [m]
Margaret Touch Her:
Strona zespołu: http://www.myspace.com/newyorkcrasnals
Przeczytaj też Plug Doctors: In A Pill, Bad Light District: Simplifications, NYC: Faces And Noises We Can Make
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie po...
-
W 2002 roku pochodzący z Gdyni Artur Maszota bezskutecznie szuka wydawcy dla swojego zespołu Supreme. Zniechęcony ówczesnymi realiami pos...
-
Romans WAFP z zespołem Plug&Play jest długi i burzliwy. Kochaliśmy się i nienawidzili. Czasem, jak to w związku, padały mocne słowa. Z cz...
-
Jeśli pamiętacie Raindrops i Crab Invasion – nagrania z EP-ki Extend Your Life , nie powinniście być zaskoczeni, że lider Krabów w końc...
-
Wyobraźcie sobie, że otwieracie skrzynkę pocztową i wyjmujecie z niej widokówkę od dawno nie widzianego znajomego. Niepozorna i w dodatku...
-
Gdynianie nie gęsi swoje Tides From Nebula mają! God’s Own Prototype stanowić mogą silną konkurencję dla warszawiaków, bo grają równie ci...
-
Monsieur Grudniewski spuszcza łomot taki, że Cannibal Corpse może się gonić.

szacun. bardzo dobre dźwięki!!!!
OdpowiedzUsuńświetna płyta! Moim zdaniem dużo lepsza niż sugerowałaby to recenzja.
OdpowiedzUsuń