Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock opera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock opera. Pokaż wszystkie posty

30 września 2011

Camero Cat: Mad Tea Party (Mystic, 2011)


Postaram się ani razu w kontekście Mad Tea Party nie użyć imienia Czesław. Nie powinien też tego robić wydawca. Na dłuższą metę przyniesie to zespołowi więcej szkody niż pożytku.

13 marca 2009

Ostatki 2008 cz.2: Freak Of Nature, Materac, Pornohagen, Woody Alien

Freak of Nature: Fabryka Zła (Mu-sick Production)

To chyba najodważniejsza płyta minionego roku. Zupełnie różna od ciepło przyjętego Neurotic States. Debiut znakomicie wpisywał się w ówczesne modne trendy. Był duszny, neurotyczny, pełen pasji, emocji i gitarowego zgiełku. Fabryka Zła jest niemodna. Wodewilowy klimat, kabaretowe akcenty, orientalizmy oraz chórki kojarzące się z międzywojenną bohemą warszawską próbują wtopić się w rockowe granie. W efekcie wyszła mieszanka, która w zwrotce potrafi zjednać słuchacza, a w refrenie odrzucić. Ta swoista przepychanka może być intrygująca, niestety większość kompozycji kuleje z braku zapamiętywalnych melodii. Chciałoby się więcej rzeczy na miarę Być jak Albert Fish. Chłopaki poszukują i nie boją się za sobą zostawić dotychczasowych dokonań. To dobrze. Może albumem nr 3 wywołają spore zamieszanie?

Strona zespołu: www.fon.art.pl


Materac: Andersen Dobranoc (aka) Bajki Andersena (4Ever)


To chyba wiedzą już wszyscy - Materac tworzą dwaj muzycy Kombajnu Do Zbierania Kur Do Wioskach, wokalista i gitarzysta. Celem powstania formacji miało być poszukiwanie nowych form wyrazu, ekspresji, dźwięków. Jednak nie ma co się oszukiwać - Materac brzmi jak Kombajn (część utworów to szkice prac macierzystej grupy). Wokalista Marcin Zagański dalej raczy nas metaforyczno-abstrakcyjnymi tekstami, wciąż jest gitarowo i psychodelicznie. Płyta została podzielona na dwie części: Białą i Czarną (jak dla mnie czarny w tym przypadku znaczy księżycowy, wcale nie depresyjny). Muzycznie różnice są niewielkie, przy czym ciekawsze utwory, jak dla mnie, znajdują się po czarnej stronie ze szczególnym wskazaniem na www.overcome.pl. Zwolennicy przyjmą to wydawnictwo z otwartymi ramionami, przeciwnicy dostaną kolejną garść argumentów przeciw. Pozostali - nie zaszkodzi przesłuchać:)

Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=333344789



Pornohagen: DżinsCzerńRóż (wyd. własne)

Ufff... gdy słuchałem ostatniej EP-ki Tańczę, konam myślałem, że zespół dorwała paskudna choroba rodem z Wysp pod nazwą „tak naprawdę to jesteśmy zespołem pop”. Innymi słowy - wygładzono brzmienie, by przy piosenkach można było potańczyć oraz by miło słuchało się w radiu. Dlatego do długogrającego debiutu podszedłem z obawą. I mile się rozczarowałem. Chłopakom nie można odmówić przebojowości. Singiel goni singiel. I co najważniejsze - zamiast pitu-pitu jest mnóstwo młodzieńczej energii, łobuziakowania, darcia gęby i niezłego rockowego pazura. Nóżka przyjemnie tupie, buzia się śmieje słysząc blurowskie chórki i ujmująco-gówniarskie „na-na-na-nana”. Elektroniczne wtręty producent z wdziękiem wtopił w tło, dzięki temu wydawnictwo pełne jest miłych smaczków. Muzycznie debiut Pornohagen lokuje się na tej samej półce co Arctic Monkeys. To doskonała płyta na nieoficjalną część studniówki czy imprezę korytarzową w akademiku mocno zakrapianą piwem. Poprawie uległy teksty - stężenie banału systematycznie się zmiejsza. Choć chłopięcy głos wokalisty sprawia, że ciężko gościa traktować poważnie. Z drugiej strony tekst Brzydkiej dziewczyny powinien znać każdy, kto ma problemy z samoakceptacją. Pocieszna to płyta. Tak, do dobre słowo.

Strona zespołu: http://www.pornohagen.pl


Woody Alien: Pee and Poo In My Favorite Loo!! (Gustaff)


Na okładce tej płyty powinna być nalepka z napisem „Ministerstwo Sportu i Kultury Fizycznej poleca”. Woody Alien to duet. Marcin Piekoszewski (znany z Plum) sobie śpiewa i szarpie struny gitary basowej. Wspomaga go na perkusji Daniel Szwed. I tyle. Tylko, że... chciałbym na własne oczy zabaczyć łapy tych gości, gdyż to, co wyprawiają z instrumentami, to istna rzeźnia. Brud, agresja, noise. Matematyczno-grindcorowe walenie po garach. Ciężar basu nokautujący Korna na śniadanie. Totalnie antypiosenkowe utwory. Gdyby muzycy z Shellac zeszłego lata dostali kredyt we frankach, zapewne dziś nagraliby podobny album. Tak wygląda nieokiełznana myzyka, nieskrępowana żadnymi ograniczeniami. Przyznam się, jestem za stary na tak potężną dawkę hałasu, by dostawać spazmów do końca płyty. Jednak zadziwiająco często wracając z pracy, nakarmiony paroma godzinami muzyki z ogólnopolskich stacji radiowych, włączam sobie w playerze Face It. Parę minut rozkosznego rzępolenia wywołuje jakże potrzebne katharsis.

Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendID=85172872

Recenzował [avatar]

5 maja 2008

Dick4Dick: Grey Album (Dickie Dreams Records/ Mystic, 2008)

Dwie płyty przychodzą mi na myśl, kiedy próbuję uporządkować wrażenia ze słuchania Grey Album: Lake And Flames The Car Is On Fire i Sierżant Pieprz. Pierwsza ze względu na oczywiste analogie: polski zespół nagrywa swoją drugą płytę dużym nakładem sił, tworząc dzieło zupełnie różne od debiutu, niesamowicie urozmaicone, wymykające się jednoznacznej klasyfikacji i – ambitne. Sierżant Pieprz pojawia się tu ze względu na formułę swego rodzaju concept-albumu, ale też na brzmienie i podejście do kompozycji. Zaskoczeni? Zaskoczę was jeszcze bardziej – Grey Album jest wyjątkowym hołdem dla muzyki lat 70. Wiem, dzieło Beatlesów powstało jeszcze w 60., ale bez wątpienia dało początek tym nurtom, które rozwinęły się właśnie w epoce dzieci kwiatów i cudu gospodarczego tow. Gierka Edwarda.

Dla wszystkich tych, którzy znają Dick4Dick wyłącznie z płyty Silver Ballads, Grey Album może być prawdziwym szokiem. Panowie całkowicie zrezygnowali z twardej elektroniki i samplingu. Wszystko zostało zagrane na prawdziwych instrumentach, dodatkowo standardowe instrumentarium rozszerzono o sekcję dętą i smyczki. Klawisze są, owszem, ale w najbardziej klasycznej postaci, np. często słychać organy Hammonda. Skąd te lata 70. u Dicków? Podejrzewam, że wzięły się z zuchwałej koncepcji zawarcia na jednym albumie jak największej liczby stylów i gatunków muzyki popularnej. A która epoka obfitowała w prawdziwą masę nowo powstających nurtów? Odpowiedź jest prosta. Dlatego na Grey Album mamy hard i glam rock, punk, pop, wczesne disco i nową falę, a nawet elementy gospel i jazzu! Wszystko to brzmi zaskakująco spójnie i... bardzo „krejzi”. Zespół musiał się świetnie bawić podczas tworzenia tego materiału i muszę przyznać, że ten nastrój się udziela. Na płycie mamy kilka naprawdę ognistych rokendrolowych wymiataczy (Another Dick, Melting Your Soul, Dick’s Back In Town), ale też odloty w kierunku muzyki hipisów (Hello I’m Dick, 23-sekundowa miniatura Nebraska, patetyczne Children Of God), wycieczki na taneczne parkiety (ach ta elektroniczna perkusja w The One And The Best!), w rejony glam rocka (I Know You Need My Rock’n’Roll) i klasycznej rockowej ballady w stylu Deep Purple (How Dare You). Co ważne, ta zabawa konwencjami nie jest tylko sztuką dla sztuki, Dickom udało się napisać kilka naprawdę fajnych piosenek. Ta moja najulubieńsza to Unfair - melodia po prostu zniewalająca! Nie sądziłem, że zespół kojarzony raczej z rubasznym humorem i mało wyrafinowanymi kompozycjami stać na tak subtelne (jednak to napisałem!) aranże, jak w Jesus (chór i orkiestrowy rozmach) czy Death In Warsaw (to pianino, chórki – ładne). Kompozycje aż kipią od pomysłów (w Ginie w przeciągu dwóch minut trzykrotnie zmienia się nastrój), a niektóre z nich robią spore wrażenie (rewelacyjne elektroniczne przejście w Dick’s Back In Town).

Grey Album to wariacka, błyskotliwa płyta. Parę rzeczy może drażnić (nadużywanie infantylnych wokali, tematyka piosenek – narcyzm!), ale przy tak wielkim rozmachu, z jakim została zrealizowana, nie ma to wielkiego znaczenia. Warto dodać, że obok albumu pojawią się autorskie teledyski oraz koncerty, na których panowie zawsze dają z siebie wszystko - i jeszcze więcej. Czy warto? Co za pytanie! [m]

Strona zespołu:
www.dick4dick.net

22 sierpnia 2007

Pogodno: Opherafolia (Mystic, 2007)

Oprawa dźwiękowa do spektaklu o tym samym tytule bazującego na blogu niejakiej Alinki z Gryfina. Ale bez obaw, nie jest to nudna (to słowo w odniesieniu do twórczości Pogodna raczej nie ma szans wystąpienia) muzyka ilustracyjna, to raczej coś w rodzaju... rock opery!

Wiadomo, czym są blogi – to kreacja, prowokacja, to ekshibicjonizm odgrywany na oczach tysięcy internautów. Blogi to również specyficzny język, słowotwórstwo na miarę XXI wieku, nowomowa naszych czasów. I takie są właśnie teksty z Opherafolii: agresywne, drażniące, prowokujące, ale i zabawne, rozśmieszające do łez, budzące zachwyt plastycznością i giętkością pióra. Sami skurwiali zdobywcy Złotego Lwa/ Uśmiechnięci dupy wypinają jak sfinksy – to tylko przykład ostrej ironii, którą autorka bloga (i jej późniejszy modyfikator-tekściarz Jacek Szymkiewicz) tnie obserwowaną szeroko otwartymi oczami rzeczywistość. Na płycie jest sporo bluzgów, lecz jakże uroczo podanych! Przecież to jest fenomenalnie popierdolone! – że pozwolę sobie zacytować idealny komentarz do tego, co dzieje się w naszym pięknym kraju.

Muzycznie nie ma wielkiego zdziwienia. Pogodno przyzwyczaili nas do tego, że potrafią zagrać wszystko, co im do łba strzeli, i także na Opherafolii beztrosko skaczą z kwiatka na muzyczny kwiatek. Mamy tu i solidne hardrockowe riffy (Fenomeno, Sfinks, Wezio Song), i przebojowe nutki rockandrolla (Alinka, Pijak Śmierdziuch), wycieczki w balladę o rozwichrzonym jazzującym klimacie oraz latino (Basia, Ekwador), po eksperymenty godne Ścianki czy Kur z wczesnych lat działalności (Rym cym cym, czyli lot). Niby więc zaskoczenia nie ma, ale i tak od czasu do czasu muzykom udaje się wywołać banana na twarzy jakimś absurdalnym skojarzeniem, przejściem, zmianą nastroju. Mnie najwięcej radochy – co mnie samego zaskoczyło – sprawiły spokojniejsze momenty płyty: początek Studia Ziew, Ekwador Lou/ Ekwador Bosyhaj – pięknie zaśpiewany, kojarzący się ze Stanisławem Sojką (!), i wyciszone Knieje.

Świetna, zwariowana i kolorowa muzyka. A teksty powinny dostarczyć językoznawcom materiału do badań na całe lata.

Band site: http://pogodno.pl/
ver.: polish
media: myspace player, video

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni