Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the best of polish alternative. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the best of polish alternative. Pokaż wszystkie posty
1 sierpnia 2012
[The Best Of Polish Alternative] Houk: Soul Ammunition (S.P. Records, 1992)
Autor:
we are from poland
Etykiety:
altrock,
grunge,
LP,
po angielsku,
post core,
post punk,
the best of polish alternative
4
odpowiedzi
16 sierpnia 2011
[The Best Of Polish Alternative] Pustki: Studio Pustki (Antena Krzyku, 2001)
Czy wiecie, że niedawno minęło 10 lat od wydania debiutanckiej płyty zespołu Pustki? (Fakt, było to ładnych kilka miesięcy temu, ale na powrót do dobrej muzyki jest zawsze właściwy czas. I powód. Na przykład sezon ogórkowy). Z tej okazji sentymentalny skok w czasie. Jest rok 2001...
Autor:
we are from poland
Etykiety:
altrock,
lo-fi,
LP,
po polsku,
post punk,
the best of polish alternative,
video
4
odpowiedzi
13 kwietnia 2010
[Projekt 01-02] Homosapiens: Big Frank (Sissy Records/ BMG, 2002)
Na początek rzucę wyświechtane porównanie: Big Frank jest jak wino… Ok, można było zacząć trochę bardziej zajawkowo, typu: „poznaj polskich Eelsów” albo „neuroza i nadwrażliwość na światło dotykają nie tylko emo”. Zacznijmy jednak po prostu. Jest rok 2002; w stajni alternatywnego labelu BMG – Sissy Records – święcącego triumfy dzięki płytom Smolika i Ścianki, pojawia się zespół Guzika vel Guezmira (czyli Grzegorza Guzińskiego) ze swoim drugim materiałem. Materiał trwa 90 minut...
Autor:
we are from poland
Etykiety:
altrock,
LP,
po angielsku,
projekt 01-02,
psychodelic,
the best of polish alternative,
video
0
odpowiedzi
14 lutego 2008
[The Best Of Polish Alternative] Play: Forever (SP Records, 2001)
Wyjątkowa płyta, nie doceniona w chwili ukazania się na rynku, obecnie miałaby szansę znaleźć pokaźną grupę fanów niebanalnego „alternatywnego” popu. Play to studyjny projekt Sławomira Pietrzaka, producenta muzycznego i realizatora dźwięku związanego ze Słabym Studiem, w którym powstawały płyty m.in. Kultu i różnych projektów Kazika Staszewskiego. Pietrzak, na co dzień wydawca fonograficzny (szef S.P. Records), zagrał na gitarach, syntezatorach, organach i klarnecie. Ponadto do nagrania płyty zaprosił znanych muzyków: Olafa Deriglasoffa, Grzegorza Nawrockiego (Kobiety), Tomasza Stańkę, Przemka Mamota, Andrzeja Smolika oraz kilkoro wokalistów, w tym odgrywającego główną rolę Marka Śledziewskiego oraz Kasię Nowicką (Novikę). Powstała muzyka wnosząca zupełnie nową jakość do polskich produkcji niezależnych: dopieszczona brzmieniowo, pełna ekscytujących smaczków i przepięknych melodii. Głos Śledziewskiego, o niezwykle ciepłym brzmieniu, kojarzy się ze śpiewem Bryana Ferry. Ekspresja, emocje, niebanalna interpretacja tekstu – to rzadki dar.Tej płyty słucha się dziś rewelacyjnie. Oto muzyka pop podana bez żadnych kompleksów, bez silenia się na pastisz czy ironię; przejrzysta brzmieniowo, dysponująca tyloma przebojami, że naprawdę trudno któryś odstawić na bok. Począwszy od półakustycznego Nie jestem stąd z fantastycznymi przeplatającymi się partiami gitar i frenetycznym wokalem (w chórkach słychać Novikę), przez You Don’t Chave To Change ze skreczami DJ Feela i zmysłowymi kobiecymi wokalami, natchnione Don’t Tell Me Lies z orkiestrowymi efektami syntezatorów, mroczną balladę o prostytutce Towarzyska (ciarki na plecach, do dziś), niesamowity numer Nobody Knows, w którym elektroniczne bity idealnie łączą się z surfową gitarą i ciężkim akompaniamentem wiolonczeli, po poetycki Angel (cudowna deklamacja jednej z wokalistek, niestety nie jestem w stanie zidentyfikować, która z nich za nią odpowiada)... Kurczę, a przecież trzeba jeszcze wymienić i 001 z solo na trąbce (Stańko!), Free (wokal Śledziewskiego to coś pięknego, a jeszcze gitara Deriglasoffa...), Pain hipnotyzujący zdecydowanym riffem gitary i wibrującym głosem Śledziewskiego, Wolny (ciarki, ciarki!). Jak już napisałem, na tej płycie nie ma słabych rzeczy. Nawet zamykający album, kontrowersyjny utwór Maski, ma w sobie to coś, co przykuwa uwagę.
Być może niektórych z was zdziwiło, że tak mało znana płyta jednorazowego studyjnego projektu trafiła do cyklu przypominającego najlepsze polskie płyty alternatywne. Jednak jestem pewien, że jeśli do niej dotrzecie (płyta jest osiągalna, nic trudnego), przyznacie mi rację. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby nowopowstające zespoły pożyczyły sobie parę pomysłów z tej produkcji. Jest się czym inspirować. Klasa. [m]
8 stycznia 2008
[The Best Of Polish Alternative] Pati Yang: Jaszczurka (Columbia/Sony, 1998)
Pierwsza i ostatnia polska płyta triphopowa. Trudno uwierzyć, że minęło już 10 lat od jej premiery. Jak obszedł się z nią czas? Wyjątkowo łaskawie. Jaszczurka ciągle brzmi świetnie, ciągle wywołuje dreszcz niepokoju i uznania dla talentu bardzo młodej wówczas wokalistki. Płyta powstała w Polsce, stworzyły ją właściwie dwie osoby: Pati Yang i Jarogniew Milewski (kim jest ten facet? Czy ktoś wie, gdzie się podział?), odpowiedzialny za programowanie, klawisze i produkcję albumu. Takich „zespołów”, składających się z wokalistki i „faceta od elektronicznych zabawek” jest na świecie wiele, ale ile z nich funkcjonuje w naszej świadomości? Mnie przychodzi na myśl tylko jeden – The Knife. Może jeszcze Goldfrapp, ale to już nieco inna bajka. Jaszczurka, w przeciwieństwie do Silent Treatment, drugiej płyty Pati, przetrwa w pamięci. Ma to ponadczasowe „coś”. Klimat, atmosferę, historię. Historię przedwcześnie dojrzałej nastolatki, która dzieciństwo spędziła nie wśród równolatek bawiących się lalkami, a w otoczeniu pijanych muzyków rockowych, wiecznie w trasie, niepewności. Ten neurotyczny klimat dominuje na Jaszczurce. Ktoś, kto nie zna tej historii, mógłby powiedzieć: kolejna pretensjonalna panienka pozująca na kobietę fatalną, wykreowana przez wytwórnię fonograficzną na wampa z papieroskiem w palcach. Tymczasem było zupełnie inaczej. Wytwórnia chciała zrobić z Pati gwiazdkę popu, ale dziewczyna nie dała się przekręcić. Napisała mroczne, gęste od niejednoznaczności teksty, a Milewski stworzył adekwatną oprawę muzyczną: ciężkie basy, elektroniczne, brudne bity, agresywne zmiany tempa. To nie jest łatwa płyta, ale cholernie mocno wchodzi w psychikę.A teraz przemycam moje myśli przez granicę depresji/ Przytul mnie/ I powiedz, że to mi się tylko śni/ I że obudzę się gdzieś indziej/ Na innej planecie/ W innym świecie/ Gdzie nie ma pieniędzy i żyje się powietrzem/ Inaczej znów nadejdzie okrutna bezsenność/ I fale rozpaczy, że ja/ Jestem tylko jeszcze jednym szarym przedmiotem przy barze (SI). Takich słów nie napisałby ktoś, kto nigdy nie był na dnie, kto nie był tym szarym przedmiotem przy barze, nocną ćmą szukającą czułości w ramionach przypadkowych facetów. Kolejne utwory dopisują dalszy ciąg tej dusznej opowieści. Noc kończy się/ A z nią odchodzę ja/ Wiem brak ci tchu/ Ja nie słucham już/ Mam serce z lodu (Uwolnij mnie). Jaka szkoda, że Pati przestała po Jaszczurce pisać po polsku.
Ta płyta wciąga i osacza. Twarde monotonne brzmienie SI. Gitarowy temat rozbujany tanecznym basem w 3 Pati. Orientalne, kosmopolityczne smaczki w tytułowej Jaszczurce. Kapitalny bit – charakterystyczny odgłos tłuczonego szkła – połączony z gęstą smugą basu i fruwającym riffem gitary w Uwolnij. Klubowy, jazzowy temat przecięty gwałtownym atakiem breakbeatowej perkusji w Aooh. Dołujący, bezduszny podkład w Higher Perception. I jeszcze monumentalny, porażający swoim ciężarem Underlegend... Na tej płycie nie ma słabych nagrań.
Dla tych, którzy myślą, że mogą wybierać tylko spośród wokalistek pokroju Ali Janosz czy innej Ani Dąbrowskiej, to taka mała lekcja uświadamiająca. Dla tych, którzy kiedyś słuchali i boją się powrócić po latach, dobra wiadomość – włączcie Jaszczurkę, poczujecie te same emocje. Może nawet mocniejsze, bo bogatsze o wasze osobiste doświadczenia. [m]
Autor:
we are from poland
Etykiety:
downtempo,
electronic,
LP,
the best of polish alternative,
trip-hop
6
odpowiedzi
2 stycznia 2008
[The Best Of Polish Alternative] Starzy Singers: Rock-a-bubu (Antena Krzyku, 1999)
Moje pierwsze spotkanie z muzyką Starych Singersów miało miejsce za pośrednictwem różowej kasety wydanej przez Antenę Krzyku (mam ją do dziś). Wkładkę kasety zdobiły zdjęcia pani w zrelaksowanej pozie reklamującej niezawodny sprzęt audio firmy Unitra. Po tym kontakcie nic już nie było takie jak wcześniej. Wcześniej na hasło „polski punkrock” dostawałem czerwonej wysypki i nieświeżego oddechu, odczuwałem też natychmiastową niechęć do rozmówcy, który na swoje nieszczęście posłużył się tym sformułowaniem. Rock-a-bubu namieszało mi w głowie, otworzyło jakąś nieużywaną do tej pory klapkę. Muzycznie to jest punk, ale też indie z dużą domieszką Pixies, zaś tekstowo coś tak zabawnego i inteligentnie dowcipnego, że żadne opisy tego nie oddadzą. Cytat więc, jeden z „kultowych” wersów (fakt, że na tej płycie są same takie): Jadę na Prażkie pomachać swym ptaszkiem/ Do jednej Loli (co się nie goli)/ Gdy ja po kielichu jak miś puchatek/ Jadę na co nie co małym fiatem/ ołje komą! Zapomniałem dodać: teksty pisane są przecudnym, dziwacznym językiem inspirowanym gwarą warszawskiej Pragi. Absurdalne skojarzenia, humor a la Monty Python z Monciaka, co tylko chcecie. Starzy zabijają śmiechem! Konkubina (popa żona) poparzona pokrzywami/ A o to jej chodziło, żeby jej nie poparzyło/ Nie ma winnych, nie ma, nie/ Wszystko szło ku temu, że to wina systemu je. I tak dalej, cytować można bez końca.
Jednak Rock-a-bubu to nie jest płyta „jajeczna”, jak, powiedzmy, Big Cyc (komu dziś chce się wracać do starych płyt Big Cyca? Do jakichkolwiek płyt Big Cyca?) – to przede wszystkim kawał cholernie dobrze zagranego rockandrolla. Potężne brzmienie do dziś robi wrażenie, a szaleńcze zabawy z rytmem to już prawdziwa klasyka. Mnóstwo porąbanych, chorych przejść, żonglowanie konwencjami, fluidami i wpływami, a przede wszystkim cała kupa przebojów, ciągle sprawdzających się na (nielicznych) koncertach Starych Singers: Seks & draks & telefaks, El Sistema, Gary River, Jemadzidzi, Żampiony – fajnie wrócić po latach do tych kawałków. Całość połączona komicznymi zapowiedziami (gadki w Weselu Tymona & Transistors to blady cień tych Singersowych) stanowi uniwersalną, nieprzemijalną pozostałość po Złotej Erze (dość krótkiej, bo trwającej niespełna 3-4 lata) polskiej muzyki niezależnej.
Absolutny klasyk, pozycja, którą każdy fan muzyki alternatywnej powinien mieć w swoich zbiorach. Różowa kaseta ma się dobrze – w końcu to nie badziew z firmy T.kt. [m]
Autor:
we are from poland
Etykiety:
indie,
LP,
post punk,
the best of polish alternative
3
odpowiedzi
31 grudnia 2007
[The Best Of Polish Alternative] Happy Pills: Lo-Fi (Happy Pills Records, 1998)
Sympatyczny kwintet ze Swarzędza (pod Poznaniem) zdaje się być dzisiaj zupełnie zapomnianym zjawiskiem muzycznym na rodzimej scenie. Kiedy w zeszłym roku wydawali składankę 17 Songs zdawało mi się, że zainteresowali się nią tylko ludzie, którzy już znają Happy Pills i mają te piosenki na regularnych wydawnictwach. Szkoda trochę, bo tak bezpretensjonalnych indie-power-popowców powinno się podtrzymywać w świadomości ludzi z jak największą pieczołowitością.Muzycznie nie było to nic oryginalnego. Jak na dłoni można było zobaczyć, że kochają Pixies (nawet nagrali jedną ich piosenkę), Weezera czy The Breeders. Nie przeszkadzało im to jednak konstruować na kanwie stylów innych zespołów własnych, niezwykle chwytliwych piosenek. Na służącym za aperitif, wyprodukowanym słabiutko debiucie nazwanym Soft - już można było poczuć tkwiący w zespole duży potencjał. Wprawdzie niektóre piosenki cechowała lekka "ogniskowość" ("harcerskość" to byłaby przesada, ale wiecie, co mam na myśli), jednak można było zauważyć, że mają rękę do dobrych melodii. Balladowe Wish wzruszało, lekko porywały kradnące progresje akordową z You Radiohead kompozycja Waiting wraz z jej instrumentalnym suffixem "...". Wprawdzie momentami Agi traktowała skale bardzo ambiwalentnie, co się nieszczególnie miało zmienić, ale słuchało się całości bardzo przyjemnie.
Rok po pełnowymiarowym debiucie wydali Lo-Fi, która służy nam za główną "gwiazdę". Zawierająca 9 kompozycji zespołu, 2 cudze i 1 przerywnik. Słychać, że tym razem potraktowano studio bardziej jako miejsce twórczego fermentu niźli przestrzeni, w której rejestruje się napisane wcześniej kompozycje. Zaczęły się odważniejsze eksperymenty, dodawanie nowych instrumentów. Poza tym, brzmienie. Pełne i naturalne, delikatnie lo-fi, ale selektywnie. Do dzisiaj płyta robi wrażenie jako jedna z najlepiej wyprodukowanych polskich płyt.
Ale jestem w stanie zaryzykować, że choćby ją nagrali w sali prób na dyktafon, byłoby świetnie. Bo te piosenki po prostu się bronią. Nawet kiedy kradną oczywiste progresje akordowe. Ot, taki przykład. Otwierające całość Yuppie strzela niczym post-Mascisowa petarda. Szybki, konkretny numer z fenomenalną pracą perkusji (ale u nich zawsze grali niesamowici perkusiści), wahwahową gitarą i cynicznym tekstem. Mocne wejście! A że oparte w jakimś stopniu na Gigantic słynnych bostończyków [Pixies znaczy – przyp. m], no cóż. Dalej jest już kompozycyjnie bardziej swojo. Johnny The Sweater to imponująco wyprodukowany (posłuchajcie plejady fx'ów w tle) gitarowy pop ze świetnym refrenem, trochę tylko nazbyt repetywny. Plan No. 10 to taki Weezer przefiltrowany przez delikatniejszą stronę Smashing Pumpkins. Czyli chwytliwie i z pomysłem. Ocean - przyjemnie rozbuchany, romantyczny, ze skrzypieniem klamki zamiast werbla (podobno). Bo takie ekstrawaganckie pomysły też się tutaj przejawiają. Np. moje ulubione, podszyte miłosną melancholią S1 jest w pierwszej części prowadzone przez melodię wygraną na klawiaturze telefonu komórkowego. Dopełnieniem tego smutniejszego obrazu stanowią jeszcze dwie ballady - wzruszające Home i zamykające całość, podniosłe Piano Song. Wszystkie świetne.
No, ale nie jest tak, że mamy ballady na balladach. Smutki na smutkach. Płyta ma w zanadrzu jeszcze kilka strzałów. Przede wszystkim bardzo zgryźliwe, duszne i motoryczne Radio & TV & Magazines. Oraz lekkie, z bardzo chwytliwą melodią gitary Misfit, podobno jedna z wcześniejszych kompozycji grupy. Obrazu całości dopełniają nam tez dwie przeróbki. Strange Galaxie 500 ma śliczne dzwonki, tamburyn, harmonijkę. Choć wypada trochę mniej magicznie od oryginału. A króciutki fragment Show Me The Way, który, jak sam zespół zaznaczał, wzięli od Dinosaur Jr., a nie Framptona (to wtedy było ważne, prawdopodobnie), sam w sobie ma chyba niewiele znaczyć wpasowując się jedynie w bieg płyty.
Podczas sesji zarejestrowano też trzy inne kompozycje. Przeróbkę Mountain Song Jane's Addiction oraz dwie własne kompozycje - pumpkinsowe Not Good Enough (energia!) i wzruszajace Song No. 3 wykonane jedynie na akustyk, głos i śmiech. Ostatniej tekst można znaleźć we wkładce. Chyba najlepszej wkładce, jaką kiedykolwiek została obdarzona polska płyta. I nie są to puste słowa. Muzycznie można się spierać, że kalka, że instrumentaliści imponujący to nie byli, ale kiedy przechodzimy do opraw albumów - nie mieli sobie równych. Lo-Fi ma podstawę budowy okładki z szarego papieru z wyciętym okienkem, w które można sobie włożyć którąkolwiek z 12 ilustracji. Coś w stylu "wybierz swój wariant okładki", jaki zastosowali Sonic Youth przy okazji Experimental Jet-Set, tylko bardziej ekstrawagancki. Co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie to sposób publikacji liryków. Są one wydrukowane na stronie z gazety (czy raczej - stronie imitującej takową), która została później odpowiednio podarta. Ręcznie, w dodatku. Edycja CD miała też standardową dla tej i kolejnych płyt prezentację multimedialną z tekstami, teledyskami, zdjęciami.
Skoro już zahaczamy o to, co działo się z zespołem później. W 1999 wydali kolaborację z Dirkiem Dresselhausem, który w Polsce został znany jako twórca IDM i autor przeróbki Smiths The Light 3000. Z Pillsami zajął się jednak śpiewaniem, graniem na gitarze i klawiszach. Na wydanym z nim mini-albumie Happy Pills Meet Schneider zbyt wiele dobrego się nie działo. Kilka jamów, wspominay kawer Pixies (Allison; niezbyt rewelacyjny), dwie kompozycje poprzedniego zespołu Dirka - Locust Fudge; w nowszych wersjach. I jedna, zaśpiewana w części po niemiecku piosenka HP - I Know. Też bez rewelacji. Bardziej materiał ma wartość historyczną, aniżeli faktycznie merytoryczną. Bo ładnie przecież wygląda w muzycznym CV zespołu, nie?
Na rok przed tajemniczym rozpadem w 2002 roku wypuścili też za pośrednictwem Anteny Krzyku swój łabędzi śpiew, nazwany Smile (tutaj też chciałem zwrócić na oprawę płyty, ta okładka jest niesamowita po prostu). Jednak o ile wszystko brzmiało bardzo dojrzale i produkcja znowu była bardzo dobra (i ciekawa, jak zabawkowy pistolet Modern Life), to w jakiś sposób przesłodzono tę mieszankę.
Życie po zespole wyglądało różnie. Jakaś część stworzyła powerpopowe Pl.otki (ja się nie orientuję w tych scenicznych pseudonimach). Aga wyjechała za wielką wodę łamać serca Synów Wuja Sama. Niektórym zdarza się też raz na jakiś czas zagrać koncert jako Dixies, czyli coverband Pixies. Tak, tych samych. Z tym, że Gobo nie umie krzyczeć. Za to umie robić kliki i uskutecznia je pod nazwą Silver Rocket.
Mam nadzieję, że ten lekko mglisty tekst choć trochę przybliżył, osobom nieznającym, poczyniania wesołego kwintetu. A przynajmniej zachęcił do poznania, wbrew pozorom głównej, płyty, o której jest niejako napisany w mniejszej większości. Bo drugie polskie Songs About Airplanes [Death Cab For Cutie - przyp. m] może nam się już nie zdarzyć, więc lepiej nie przegapić tego pierwszego. [emil]
Strona zespołu: http://www.happypills.pl/
Emil – na co dzień i od święta szef bloga muzak!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Ledwo skończył się tegoroczny, a my już myślimy o następnym. Pomarzyć zawsze można, dlatego wspólnie stwórzmy listę wykonawców, których chci...
-
To nie jest płyta przełomowa. Więcej, operuje w raczej dobrze znanych nam klimatach brzmieniowych. Ale co mnie to obchodzi – tego chce się ...
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie ...
-
WAFP! z dumą przedstawia: 01. Girls Overcome By Satan : Girl Overcome By Satan/ We Love Hair Police Since We Were Six EP - więcej 02. D...
-
Julia Marcell w niedawno opublikowanym wywiadzie wyznała, że proces powstawania jej najnowszej płyty polegał nie tyle na dodawaniu smaczków...
-
Gdy ma się tak dobrego wokalistę, przechodzą nawet sztywne i konserwatywnie poprawne kompozycje.
-
Ostatnio dwie sprawy zaprzątają mi myśli, te związane z szeroko pojętą muzyką vel kulturą. Pierwsza z nich szczególnie drażniąca. Trójko, ko...
-
Myślicie, że w tym roku ukazało się już całkiem sporo niezłych płyt? To macie rację, ale dużo dobrego jeszcze przed nami. Tuż po wakacjach r...
-
Tajemniczy zespół grający fajne, bezpretensjonalne piosenki, od których nie można się uwolnić.
-
Miałem okazję uczestniczyć w koncercie NAO w Sopocie podczas ich występu obok Tides From Nebula. Nie zachwyciłem się. Niknący i niezrozumia...


