

Jednak Rock-a-bubu to nie jest płyta „jajeczna”, jak, powiedzmy, Big Cyc (komu dziś chce się wracać do starych płyt Big Cyca? Do jakichkolwiek płyt Big Cyca?) – to przede wszystkim kawał cholernie dobrze zagranego rockandrolla. Potężne brzmienie do dziś robi wrażenie, a szaleńcze zabawy z rytmem to już prawdziwa klasyka. Mnóstwo porąbanych, chorych przejść, żonglowanie konwencjami, fluidami i wpływami, a przede wszystkim cała kupa przebojów, ciągle sprawdzających się na (nielicznych) koncertach Starych Singers: Seks & draks & telefaks, El Sistema, Gary River, Jemadzidzi, Żampiony – fajnie wrócić po latach do tych kawałków. Całość połączona komicznymi zapowiedziami (gadki w Weselu Tymona & Transistors to blady cień tych Singersowych) stanowi uniwersalną, nieprzemijalną pozostałość po Złotej Erze (dość krótkiej, bo trwającej niespełna 3-4 lata) polskiej muzyki niezależnej.
Absolutny klasyk, pozycja, którą każdy fan muzyki alternatywnej powinien mieć w swoich zbiorach. Różowa kaseta ma się dobrze – w końcu to nie badziew z firmy T.kt. [m]
moja ulubiona i nadal tak uważam nie doceniona należycie polska płyta
OdpowiedzUsuńta płyta chyba w tzw. polskich realiach nie miała prawa zaistnieć - inspiracje SY, Mudhoney, Butthole Surfers, Apteką, Pixies; kapitalnie dziwne teksty, luz swoboda w quasi-improwizacjach, bezczelność godna najostrzejszych załogantów ( swoją drogą kapela na scenie zdominowanej przez nudne bandy walczące musiała być niezłym ewenementem). to, jaki po 10 latach jest dorobek Macia Morettiego świadczy o tym że Rock-a-bubu nie było przypadkiem
OdpowiedzUsuńPodpisuje sie obiema rekami pod tym, co napisali przedmowcy. To wspanialy album, szkoda, ze przeszedl bez wiekszego echa. Taka strata..
OdpowiedzUsuń