Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piano. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piano. Pokaż wszystkie posty

29 października 2016

Adre’N’Alin: Minor EP (wyd. własne, 2016)


Igor Szulc w minorowym nastroju, czyli tak jak być powinno, zabiera nas w podróż w kosmos. Lub w głąb własnego umysłu.

4 lutego 2016

Hurtownia: Artur Maćkowiak, Artykuły Rolne, FALA, Lor


Po raz kolejny podrzucamy wam kilka wartych uwagi wydawnictw jeszcze z 2015 roku.

23 stycznia 2014

13 listopada 2013

Brooks Was Here: High Violence EP (Jagged Kid, 2013)


Ta recenzja, podobnie jak w przypadku opisywanej rok temu debiutanckiej EP-ki, powinna zacząć się od stwierdzenia, że wszystkie kapele, w których udziela się Mateusz Romanowski brzmią tak samo. Ok, miejmy to już za sobą.

26 stycznia 2010

Borys Kossakowski: Sunday Tracks (Nasiono Records, 2009)


Choć Sunday Tracks są debiutem płytowym Borysa Kossakowskiego, nie jest on już żółtodziobem. Gdański artysta udzielał się wcześniej w takich grupach jak Towary Zastępcze czy Karol Schwarz All Stars. Tym razem zrealizował własny muzyczny projekt wcielając się w rolę pianisty. Sunday Tracks jest na swój sposób koncept-albumem. Opowiada o niedzielnym, nijakim dniu, pełnym sprzeczności i dziwnego stanu zawieszenia. Kolejne utwory opisują poszczególne czynności, takie jak pobudka, poranna toaleta, jedzenie, rozmowa itd.  

28 grudnia 2009

Anita Lipnicka: Hard Land Of Wonder (EMI Music Poland, 2009)


Nie jestem fanem duetów Anity Lipnickiej z Johnem Porterem – ich pierwsza wspólna płyta w zasadzie wyczerpała temat, a kolejne to było już typowe podtrzymywanie żywego trupa za pomocą medycznej aparatury. Dobrze się stało, że artystyczne drogi tych dwojga wreszcie się rozeszły. Porter to Porter, po nim oczekuje się rockowej energii, brudnych gitar i rytmicznych kawałków. A Lipnicka to Lipnicka (odkrywcze, prawda?) – kobieta delikatna, zmysłowa, trochę tajemnicza. I jak się okazuje – również mroczna. Właśnie wydała swoją płytę bez Portera. I kurczę blade (patrzcie, jaki jestem delikatny z tej okazji), może to i mainstream, ale taki mainstream to ja lubię.

8 grudnia 2009

Nathalie And The Loners: Go, Dare (Ampersand, 2009)

Natalię Fiedorczuk znamy dobrze z zespołu Orchid, z którym pełnowymiarowy debiut zaliczyła w tym roku. W oczekiwaniu na jej kolejne rockowe objawienie – tym razem w roli wokalistki reaktywowanych Happy Pills – otrzymujemy zupełnie odmienny album solowy. Go, Dare to intymne, skromne piosenki, najpierw zarejestrowane w domowych warunkach, teraz na potrzeby tego wydawnictwa nagrane ponownie z wydatną pomocą Piotra Maciejewskiego, który doświadczenie w sklejaniu ścieżek zdobył samodzielnie nagrywając i produkując piosenki swojego projektu – Drivealone. Jak wypadło to spotkanie dwojga samotników?

Płytę otwiera hammondowska partia syntezatora, jakby żywcem wyjęta z lat 70. Potem spokojny głos Natalii. I brudne, jazgotliwe solo gitary Maciejewskiego. Te dźwięki sygnalizują, że Go, Dare nie będzie płytą pop – a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu. Bo już następny kawałek, For Love, to całkiem melodyjna, przebojowa piosenka, kojarząca się z dokonaniami Reginy Spektor. Szkoda, że perkusja brzmi tu jakby była zrobiona z tekturowych pudeł - co nadaje jej nieco zbyt podziemnego charakteru - bo piosenka ma spory potencjał radiowy. Na szczęście na Go, Dare nie chodzi o przeboje, tylko o klimat i osobiste emocje. Im głębiej zapuszczamy się w las, tym mroczniej się robi. Po banalnym tekstowo Poster Guy pojawiają się takie cudeńka, jak niesiony niepokojącym rytmem basu Mouth’s Craddle, zachwycające czystością Dancing (pozdrowienia dla Julii Marcell), delikatne gitarowe Thoughs czy wreszcie porażający podskórnym niepokojem utwór Sheet Music (posłuchajcie tej kosmicznej gitary w finale). O ile w pierwszej części płyty dominuje klasyczne instrumentarium - pianino i gitara akustyczna oraz elektryczna, to w końcówce do głosu dochodzi technika cyfrowa. Odpowiedzialny za programowanie Maciejewski umiejętnie wprowadził w ascetyczne aranże Natalii odrobinę syntetycznego rytmu i trzeszczących dźwięków minimalistycznej elektroniki. Kapitalnie wypada to połączenie w zakończonym gitarową kakofonią V.O.D. Właśnie czegoś takiego brakowało mi na debiutanckiej płycie Drivealone. W Sunday prosty bit zgrabnie uzupełnia krystalicznie czysta gitara akustyczna, a w It So So po klasycznym fortepianowym wstępie kompozycja przechodzi w miękkie disco – aż do prześlicznego wyciszenia.

Teksty są o smutku i samotności. When I am dancing/ Some of my friends are thinking of suicide/ And mutilating their hands/ Noone dances at the living room/ My heart is on fire and my soul is in bloom (Dancing). Bywają trochę zmanierowane, jak w Pretty Sad (I look so pretty when I am sad), ale miewają też swoje wzloty, jak w For Love (na stronie artystki ta piosenka nazywa się Fuckorlove): Now you dress up really slowly/ With your sights so far above/ And your eyes forming a question/ Was it (FUCK) or making love? Generalnie można je podsumować cytatem z Sunday: Yes, I would feel better/ I would feel better/ Never meeting you again/ I would feel better. Też się czasem tak czuję.

Go, Dare najlepiej słucha mi się w słuchawkach. Wtedy nic nas nie dzieli: mnie, muzyki i Natalii Fiedorczuk. [m]

It Is So:



Strona artystki:
http://www.myspace.com/nathalieandtheloners

3 sierpnia 2009

Obserwator: Fade Out

W ciepłe spierpniowe wieczory wybornie słucha się takiej muzyki. Żywej, pełnej emocji, klasycznego piękna, a jednocześnie butnej zadziorności, pełnej energii i rytmu. Żadnych słów, tylko skrzypce, pianino i sekcja rytmiczna. Proszę państwa, oto Fade Out z Olsztyna. Jest ich czterech, są młodzi, mają po dwadzieścia kilka lat. I grają tak, że na chwilę można zapomnieć o gitarach elektrycznych.

Spośród trzech utworów, jakie udało im się do tej pory zarejestrować, Slumfrog świetnie nadaje się na otwarcie. To dynamiczny, szalony numer, w którym zaczepny temat skrzypcowy arogancko uzupełnia mocno akcentujące pianino i pełnokrwisty, nerwowy rytm. Nie zwalniamy tempa. Funk Out otwiera dobranockowy motyw szarpanych palcami strun, który szybko nabiera mocy wręcz riffowej, by w „refrenach” wybuchnąć frenetycznym, jasnym jak słońce – fortissimo - tematem. Na zakończenie zespół serwuje coś spokojniejszego. Castaway urzeka łagodnym akompaniamentem pianina i dyskretną grą perkusji. Kompozycja rozwija się jak lawina za sprawą coraz bardziej upajającego, odurzającego lejtmotywu. Słodycz kontrują szorstkie, nieco nawet brutalne akcenty, które sprawiają, że ani przez chwilę nie ma się wrażenia obcowania z kiczowatą muzyką na zamówienie. Finał to kanonada perkusyjna i powolne diminuendo – wyciszenie aż do ostatniego dźwięku.

Rzadko słucham muzyki klasycznej, etap fascynacji majestatycznymi symfoniami mam już za sobą. Nie trawię też za bardzo muzyki etnicznej czy klezmerskiej. Fade Out są gdzieś pośrodku; grają czysto, niemal po akademicku, by za chwilę dać się ponieść dzikim emocjom. Piękna muzyka. Chcę więcej! [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/fadeoutgroup

15 maja 2009

Gaba Kulka: Hat, Rabbit (Mystic, 2009)

Czary mary, ruch pałeczką nad kapeluszem i tadam – jest królik. A dokładniej trzecia płyta Gabrieli (obecnie Gaby) Kulki – tak naprawdę pierwsza, która powstała w profesjonalny sposób, „na kontrakcie” z normalną wytwórnią. Poprzednie dwie Gaba zrobiła i wydała samodzielnie – to było dobre ćwiczenie, dzięki któremu szerokim masom (no dobra, może nie masom) odbiorców objawia się artystka w pełni ukształtowana, z pomysłem na swoją muzykę.

W przeciwieństwie do Out i Between Miss Scylla And A Hard Place, najnowszy album jest efektem pracy zespołowej. To w słyszalny sposób wpłynęło na brzmienie i styl Gaby, która ograniczyła rzeźbienie w ścieżkach na rzecz wyrazistości i dynamiki. A tak, na Hat, Rabbit jest naprawdę dużo życia i energii. Potwierdzeniem niech będzie otwierający płytę numer Hat Meet Rabbit. Mocny rytm nabijany przez perkusję i zdecydowanie uderzane klawisze fortepianu oraz ostry wokal Gaby przywodzą na myśl stylistykę bardzo fajnego zespołu, jakim jest Dresden Dolls (tam też główną rolę odgrywa pianino/fortepian i perkusja). To niejedyny taki akcent. Charakterystyczne „bębnienie” w pianino pojawia się też w singlowych Niejasnościach, Challengerze i Propagandzie. Jak wspomniałem, płytę nagrał zespół, obok Gaby złożony z sekcji rytmicznej i gitarzysty. Co ciekawe, gitara pojawia się dopiero w czwartym nagraniu. Piotr Aleksandrowicz, grający na gitarach, nie miał łatwego zadania. Jak pokazują przykłady podobnych konfiguracji (np. Tori Amos), w starciu fortepian – gitara zawsze wygrywa ten pierwszy. Partie Piotrka pojawiają się nieczęsto, wtajemniczeni wiedzą też, że w procesie produkcji niektóre zostały... usunięte. W myśl zasady upraszczania brzmienia. Tak stało się np. z Challengerem, który w wersji koncertowej zawiera sporo gitary – na płycie ten instrument pojawia się dopiero po dłuższej chwili. Gitara musi walczyć o swoje miejsce i jest to walka z góry skazana na porażkę. Na szczęście jest kilka takich momentów, kiedy odnajduje się w bardzo dobrym stylu. Posłuchajcie tego niemal heavymetalowego wejścia w Propagandzie. Albo brudnych riffów w Over. Ale do Over jeszcze dojdziemy.

Jeśli Gaba Kulka, to oczywiście ballady i piękne melodie. Nie raz, nie dwa będzie się porównywać śpiew Gaby do Tori Amos czy Kate Bush i to jest dobre porównanie. To nie musi być zarzut. Można to potraktować jako pewną ciągłość artystyczną. Tori Amos inspirowała się Kate Bush, a kiedy te wokalistki powoli odchodzą do historii (wolę pamiętać płyty Tori z lat 90. niż te współczesne), przychodzi po nich Gaba Kulka, która tę tradycję osobistej, lirycznej piosenki autorskiej kontynuuje. I robi to w świetnym stylu. Zaśpiewana w duecie z Czesławem Mozilem nibykołysanka Aaaa, urzekająca jazzową wrażliwością (i dęciakami) ballada Love Me, nieco tajemnicza, zamglona (przypomina się Out) Emily czy zaśpiewana z towarzyszeniem skrzypiec (znakomity motyw grany przez ojca Gaby - Konstantego Kulkę) Lady Celeste to wspaniałe, zapadające w pamięć piosenki. Dość zaskakująco wypadają na tym tle brzmiąca tak „festiwalowo” Kara Niny i regularna bossa nova Bosso (w której zastosowano zabawny trik nagrywając wokal na pogniecionej taśmie). Największe wrażenie robi na mnie jednak zakończenie. Over wyznacza zupełnie inny kierunek, który mam nadzieję doczeka się dalszego ciągu. Utwór brzmi ostro, wręcz agresywnie, dzięki sfuzzowanej gitarze i przybrudzonemu wokalowi, który kojarzy się trochę z PJ Harvey czy Alison Mosshart z The Kills. Daje po uszach! Zresztą, posłuchajcie sami:

Teksty jak zwykle u Gabrieli są mocnym punktem jej piosenek. Ironiczne, przepełnione humorem, czasem czarnym, świetnie napisane. Cieszy rosnąca w siłę grupa tych polskich – wliczając te z Out, będzie ich już z dziewięć :) Może i na Hat, Rabbit nie ma takich perełek jak Królestwo i pół czy Pilot, ale i tak słucha się ich bardzo przyjemnie, bez wrażenia popadania w pretensjonalność, przykrą dolegliwość większości polskich wokalistek.

Na koniec muszę wyrazić swoje uznanie dla wydawcy. Mystic już od 2-3 lat konsekwentnie rozszerza swoją „stajnię” o artystów niekoniecznie związanych z metalem. Ma już Czesława z reedycjami Tesco Value, ma Jacka Lachowicza, The Complainera, Pogodno, a teraz także najlepszą polską wokalistkę i kompozytorkę. Brawo Mystic! [m]


Niejasności:



Strona artystki: www.gabakulka.com

29 grudnia 2008

Snowman: Lazy (Indigo Tunes/Kartel Music, 2008)

Ta płyta to dla mnie twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony wprawia mnie (chwilami) w zachwyt, z drugiej mocno rozczarowuje. Która szala przeważy? O tym za chwilę. Na początek kilka niezbędnych faktów. Snowman to zespół ze sporym doświadczeniem (działa od 2002 r.), Lazy to ich zdecydowanie zbyt długo odkładany debiut płytowy. Jak to zwykle bywa w przypadku takich rozciągniętych w czasie debiutów, na album trafił materiał mocno przekrojowy. To mogło spowodować, że nie brzmi tak świeżo i elektryzująco, jak się zapowiadał po premierze singla Lazy.

No właśnie. Zaczęło się od Lazy, piosenki, która – ok., może nie rzuciła mnie na kolana, ale na pewno postawiła w stan wzmożonej czujności. Ekscytacja trwała przez kilka tygodni oczekiwania na płytę, kiedy to odsłuchiwałem to nagranie dziesiątki razy przy okazji dopasowywania do tracklisty czwartej edycji składanki We Are From Poland. Ta piosenka zwiastowała coś bardzo przeze mnie wyczekiwanego – ta melodia, ten wokal, te przesterowane gitary, ten sposób rozwijania kompozycji ku hałasującemu finałowi. Myślałem sobie nawet: Kurcze, polskie Stereophonic w wersji dla inteligentów. I wreszcie pojawił się album i pojawiła się krecha na moim czole. Bo jak to tak? Lazy wyrzucono na sam koniec i to jako bonus track? A płyta okazała się zbiorem – wyrafinowanych, a jakże – ale jednak tylko wyciszonych pościelówek. Na jakiś czas nawet obraziłem się na poznaniaków (możecie to uznać za zachowanie nieprofesjonalnie; ale przecież wziąłem się w garść!) za tę totalną zmyłkę.

Potem zaczęło się słuchanie na poważnie. Głównie wieczorową porą, bo to płyta na koniec dnia, kiedy nie myśli się już o niezałatwionych sprawach, problemach i tym całym egzystencyjnym bla bla bla. Wtedy ta muzyka zaczyna pulsować własnym życiem. Żarzyć się jak ten drucik w żarówce. Najpierw słabo, potem coraz mocniej. Obrażenie się odchodzi w zapomnienie. Ta płyta jest przecież tak cholernie piękna. (Chociaż może zbyt grzeczna, zbyt elegancka). Zaczyna się kompletnie nieprzebojowo, wydawałoby się samobójczym utworem, w którym słychać tylko trzeszczenie płyty, głos Michała Kowalonka i prosty motyw pianina. Ale jaka to jest melodia w tym Faint Story, jak pięknie zaśpiewana! Panowie rozkręcają się powoli. W In A Hurry mamy już pełną sekcję, nastrojowy saksofon, ale ciągle jest bardzo łagodnie i nasennie. Co z tego, skoro za sprawą śpiewu Michała człowiek unosi się gdzieś ponad dachy, ponad miasto i łunę świateł. Caratea, mimo zalatujących Santaną (grr!) zagrywek gitary, wnosi trochę nerwowego napięcia za sprawą lakonicznych partii elektrycznego pianina i głośniejszego rozwinięcia tego niemal ośmiominutowego nagrania. Ożywcze prądy płyną od progresywnych riffów i żywszej pracy perkusji w Combustion Lane, by znowu złagodnieć w snującym się leniwie, podszczypywanym delikatnymi wyładowaniami elektroniki Milky Way.


Ciekawiej pod względem formalnym robi się w drugiej części albumu, począwszy od Outside Rain, w którym słychać fascynację Pink Floyd (na szczęście tradycja została przefiltrowana przez sito późniejszych doświadczeń kolejnych pokoleń muzyków), przez jazzowo rozimprowizowany instrumental Advertising Agency, w którym muzycy wykazują się nie tylko wirtuozerską sprawnością, ale i sporą erudycją, mieszając style i epoki; aż po rewelacyjny Name-Day!, w którym słychać namiastkę tego, co mogłoby stać się podstawą stylu Snowmana – łączenia łagodnych melodii zwrotek z eskalacjami jazgotu w refrenach. Nie można zapomnieć o wyjątkowym w tym zestawie E-Level, gdzie zespół trochę eksperymentuje z fakturą dźwięku, wprowadzając odrobinę chaosu i brudu w salonowe brzmienie całości. I o długim, ponadsiedmiominutowym Complain, w którym z pozoru nic się nie dzieje, ale podskórnie wyczuwa się niepokój potęgowany przez rozbudowaną warstwę perkusyjną i świszczące syntezatory, jakby od niechcenia nawiązujące do innej klasyki, tym razem w wydaniu Pere Ubu.

Na sam koniec zostaje to, od czego wszystko się zaczęło, czyli Lazy. Być może – to tylko moje spekulacje i marzenia – utwór jako najnowszy w zestawieniu został od niego oddzielony, ponieważ zapowiada nowy rozdział w karierze zespołu. Może będzie bardziej rockowo, energetycznie? Może ta druga płyta powali nas na ziemię dawką matematycznego hałasu, jakiego nie doświadczaliśmy od Cigarette Smoke Phantom Something Like Elvis? Może moje modły zostaną wysłuchane? :) [m]


Strona zespołu: http://www.snowman.pl

22 grudnia 2008

Dejnarowicz: Divertimento (DRAW/Mystic, 2008)

Niektórzy artyści na pytanie, dla kogo tworzą swoją muzykę, odpowiadają: dla siebie, robimy to dla siebie. Czasem: dla siebie i naszych fanów. W rzeczywistości mają na myśli: robimy ją dla tych, którzy chcą nas słuchać, ale staramy się pozostać wiernymi sobie. Tymczasem Borys Dejnarowicz nagrał płytę rzeczywiście dla siebie. Tylko i wyłącznie. Nie są mu potrzebni recenzenci i krytycy, bo sam lepiej potrafi opowiedzieć o swojej muzyce. Nie są mu potrzebni słuchacze, bo to muzyka nie do słuchania, tylko do analizowania. Divertimento można co najwyżej potraktować jako ćwiczenie studenta muzyki z komponowania. Grono profesorskie może co najwyżej ocenić poprawność zrealizowania konceptu. Gdyż Divertimento to koncept – opisany w punktach, a potem według tych punktów zrealizowany. Jeśli kogoś interesuje teoria tworzenia muzyki oraz ewentualnie strona techniczna przedsięwzięcia (kwestia gęstości tracków i granica ich czytelności), może się z tym materiałem zapoznać – pozostali, ci których w muzyce interesują emocje i przekaz, raczej to dzieło odrzucą. Nie z powodu trudności, wyrafinowania czy co tam by się twórcy zamarzyło – raczej z powodu bezcelowości słuchania po raz wtóry muzycznej ilustracji działań matematycznych. Muzyka jako matematyka – mnie to nie kręci.

Trudno jest lubić Borysa D., enfant terrible polskiej sceny niezależnej, człowieka, który uważa, że zjadł wszystkie rozumy i wie lepiej czego potrzebują słuchacze (lepiej od nich samych). To postać na pewno barwna, wyróżniająca się, charakterystyczna, chociaż niekoniecznie w pozytywnym sensie. Czasem aż chce się krzyknąć: Borys, przestań pier...lić! Albo: Dejnarowicz, jeśli chcesz wykładać, zatrudnij się na akademii. Pękła skorupa rokendrolowca, a z wnętrza wynurzyło się przemądrzałe, pretensjonalne coś. Efektem przepoczwarzenia jest wykoncypowane Divertimento, które miało coś komuś udowodnić. I udowodniło.

Ale dość już subtelnego obrzucania Borysa D. błotkiem ironii. Dzieło, jak zostało powiedziane, opiera się na pomyśle. Niestety, tylko jednym: powtarzania w kółko tych samych motywów przez kilka instrumentów, oraz dokładania ścieżek tak długo aż osiągną liczbę 24. Sprawdzając przy okazji percepcję słuchacza – do której minuty wytrzyma i będzie rejestrował kolejne drobne zmiany w dźwiękowej strukturze? Kiedy po prostu odpłynie? Brzmi to ekscytująco, niemal jak ambitny eksperyment naukowy – szkoda, że tylko na papierze. W praktyce całość – składająca się z pięciu całkowicie instrumentalnych części (kobiece wokalizy traktuję jak jeden z instrumentów, bo takie było założenie twórcy) – jest nużąca i nie prowadzi do niczego. Oczywiście nie jest to muzyka pop, której konstrukcja jest prosta i czytelna, a cel jasny – zasadzenie w głowie melodii, która wybije się ponad inne. Divertimento to przeintelektualizowana zabawa w klocki. Pojedyncze dźwięki można układać w różnych konfiguracjach i tworzyć z nich wieże, domki, mury i takie tam. Za każdym razem nieco inne, ale zawsze ograniczone swoją klockowatością.

Dejnarowicz jak nikt inny potrafi rzecz małego formatu opakować w słowa, które robią wrażenie wielkiego drogiego prezentu. Lektura jego wstępu (a może powinienem napisać Manifestu Artystycznego?) jeszcze przed kontaktem z muzyką, robi przytłaczające wrażenie obcowania z gigantem sztuki, z prawdziwą, dogłębnie przemyślaną filozofią tworzenia. Interakcja, Ogarnianie, Przestrzeń, Cierpliwość, Meta-Muzyka. Sporo mądrej teorii. Szkoda, że czar pryska, kiedy zaczyna rozbrzmiewać Part One z – przepraszam – banalnym motywem fortepianu, gitarą, jaką nie pogardziłby na swojej płycie Piasek, oraz tandetnym, landrynkowym saksofonem. Jedyne, co może tu budzić uznanie, to głęboko brzmiący bas. W kolejnych utworach żenujące kiczowatością melodyjki przeplatają się z formami nieco bardziej ambitnymi (niepokojące smyki z jednej strony i znów koszmarny saksofon z drugiej w Part Two, niezła melodia tematu przewodniego zniszczona przez skrajnie profesjonalne, wyzute z emocji – takie sesyjne – wykonanie w Part Four, nic niewnoszące partie wokalne w Part Five) – powodując w głowie chaos, zamiast zamierzonego porządku, pomieszanie, zamiast spokoju, niesmak, zamiast estetycznej głębi.

Divertimento jest wybrykiem, takim „mówiłem-że-wam-pokażę-i-pokazałem”, ekscentryczną wypowiedzią na temat, którego nigdy nie było i który nie jest nikomu potrzebny. Nie spodoba się ani fanom nowoczesnej muzyki poważnej (przepraszam, tu już chyba obowiązuje termin „meloman”), ani zwykłym pop-słuchaczom, wolącym tradycyjną formułę piosenki. Nie chcę być złośliwy, ale obawiam się, że w przyszłym roku nikt już nie będzie o panu D. pamiętał. No chyba że wyskoczy z czymś zupełnie nowym i zaskakującym. Po Divertimento mamy prawo na coś takiego czekać. [m]


Strona artysty: http://www.dejnarowicz.com

2 czerwca 2008

Julia Marcell: It Might Like You (Sellaband, 2008)

Było pewne, że pierwsza płyta Julii Marcell będzie dużym wydarzeniem, już choćby ze względu na sposób, w jaki powstała. Pojawiało się tylko pytanie, czy sama wokalistka sprosta oczekiwaniom i nagra piosenki naszych marzeń. Dziś mogę w pełni świadomie stwierdzić: to JEST wydarzenie. I to również pod względem artystycznym.

Historia tej płyty brzmi trochę jak bajka. Oto w serwisie sellaband.com pojawiła się dziewczyna z Olsztyna z nagraną własnym sumptem EP-ką Storm. Szybko podbiła uszy i serca słuchaczy z całego świata, a jej wirtualne konto w błyskawicznym tempie zaczęło zbliżać się do magicznej liczby 50k. Zasady serwisu są następujące: to użytkownicy-słuchacze inwestują własne pieniądze w artystę. Minimalna kwota udziału wynosi 10 dolarów (gwarantuje otrzymanie jednej płyty, jeśli dojdzie do jej nagrania), a suma, jaką trzeba uzbierać – 50 tys. dolarów! Wydaje się to nie do zrobienia? A jednak – Julia znalazła 657 inwestorów swojej debiutanckiej płyty. W ten sposób została pierwszą polską gwiazdą Internetu nowej ery, gdzie to użytkownicy decydują, komu chcą powierzyć pieniądze i kogo chcą słuchać. Niesamowite i bardzo inspirujące doświadczenie.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zmiana wizerunku wokalistki. Na EP-ce była to tajemnicza, romantyczna, krucha kobieta. Z okładki It Might Like You spogląda na nas hardym wzrokiem pewna siebie, silna dziewczyna, która doskonale wie, dokąd zmierza. Brzmienie tej płyty potwierdza ten fakt – Julia Marcell znalazła pomysł na swoją muzykę. Na pewno wielki wpływ na to mieli ludzie biorący udział w produkcji płyty, w osobach Mosesa Schneidera (produkował płyty m.in. zespołów metalowych, jak Kreator), który był producentem, miksował materiał, a także brał udział w sesji, oraz Borisa Breuera, który wszystko nagrał w berlińskim studiu Chez Cherie. Zaproszeni do nagrań muzycy – sami perkusiści! – nadali kompozycjom Julii bardziej energetycznego, wyluzowanego charakteru. W ogóle brzmienie płyty jest bardzo ciekawą sprawą – zdecydowano o odejściu od sztucznego, wyczyszczonego brzmienia charakterystycznego dla muzyki pop i całość zarejestrowano metodą stosowaną w nagraniach symfonicznych. Każdy, kto bywa w filharmonii, wie jaka jest różnica między żywym brzmieniem setki instrumentów, a tą samą orkiestrą „obrobioną” w studiu. W filharmonii słyszysz dużo więcej niż tylko muzykę, słyszysz przestrzeń, słyszysz skrzypienie desek podłogi, dźwięk smyczka trącego o struny, odgłosy przewracanych kart z nutami, pokasływania itp. Wszystko to stanowi element magicznego spektaklu. Album It Might Like You powstał właśnie w ten sposób. Piosenki rejestrowano na żywo, połączono je też tak, że mamy wrażenie uczestnictwa w koncercie. Pomiędzy utworami często słychać jakieś krótkie wymiany zdań (albo swojskie „raz-dwa-trzy-cztery”), śmiechy, czy choćby oddech wokalistki. W utworach pozostawiono różnego rodzaju brudy, drobne pomyłki czy puste dźwięki, słychać też stukanie pedałów pianina, skrzypienie krzesła... Brzmienie jest naprawdę potężne i naturalnie kontrastowe. Mamy tu fragmenty bardzo wyciszone, wymuszające skupienie, i gwałtowne eskalacje dźwięków napierających niczym fale przypływu. W mailu z 29 lutego Julia napisała do mnie: „Jestem zachwycona efektem nagrań - udało nam się uzyskać surowe, ale pełne emocji brzmienie, trochę punkowe w podejściu. Płyta wyszła bardzo zróżnicowana pod względem nastrojów, jednak dominują na niej raczej radosne dźwięki – jest zaskakująco taneczna! Taka klasyczna w strukturach, punkowa w brzmieniu, taneczna w klimacie - Classical Dance Punk!”

To ostatnie określenie jest może nieco przesadzone, ale nieźle oddaje klimat płyty. Chociaż początek nie zapowiada dużych zmian w stosunku do Storm. Outer Space, The Story, Married To Life to typowe piosenki oparte na fortepianowej melodii i akompaniamencie sprawdzonego już na EP-ce kwartetu smyczkowego. Z epickim rozmachem opowiadają życiowe historie, ale nie ma w nich nic zaskakującego. Dopiero czwarty utwór, Billy Elliot, sprawia, że zaczynasz się uśmiechać bardzo, bardzo szeroko. Swawolny motyw pianina, żwawo nabijany rytm i przepiękne chórki, sprawiają, że tej piosenki chce się słuchać na okrągło. ‘Cause when you're singing the song I'm there/ And when the song moves you - I'm there/ And when you're writing the song I'm there/ And when you're strugling with song I'm still there. Bez wątpienia pierwszy prawdziwy przebój Julii, który ma szansę zawojować stacje radiowe, o ile tylko zauważą tę płytę. Billy Elliot otwiera takie moje prywatne the best of It Might Like You. Zaraz po nim Dancer z porywającym finałem, w którym rytm wybijają nogi (skojarzenie: Tilly And The Wall) i padają znamienne słowa: I know that you know that I know that we are all prostitutes anyway. I nr 3 - Side Effects Of Growing Up, taki żywiołowy, nieporządny, z klaskanym rytmem, brzdękającymi strunami skrzypiec i kabaretową linią melodyczną wokalu – po prostu idealny indie-przebój. Takie oblicze Julii Marcell, jakiego się zupełnie nie spodziewałem. Ale bardzo mi się podoba!

Do końca płyty jest już bardzo dobrze. Mamy jeszcze monumentalną, rozbudowaną balladę Words Won't Save You, dźwięczącą bajkowymi dzwoneczkami piosenkę Carousel, zaskakującą potężnym orkiestrowym uderzeniem Fear Of Flying, a na finał popowo-folkową Night Of The Living Dead – z fajnymi chórkami i końcówką zagraną na dęciakach.

[edytowano]
Płyta najpierw ukazała się tylko w serwisie Sellaband w postaci mp3. Obecnie można ją już zamówić w wersji CD, także na Amazonie. Miejmy nadzieję, że wkrótce znajdzie się również polski dystrybutor. [m]


Strona artystki: http://www.juliamarcell.com/pl/

17 lipca 2007

Gabriela Kulka: Out (wyd. własne, 2006; wznowienie: EBlok, 2007)

Jestem zdumiony tym, że choć omawiana płyta została wydana prawie rok temu, nie sposób znaleźć o niej choćby drobnej wzmianki w opiniotwórczych mediach masowego rażenia. Zdumiewa mnie gnuśność dziennikarzy tychże mediów, którzy przyzwyczajeni do tego, że dostają dzieło do recenzji bezpośrednio na biurko z działu marketingu wytwórni fonograficznej, bez ustanku marudzą, że w Polsce nie ma nowej muzyki, że nie pojawiają się utalentowani artyści, że ogólnie rzecz biorąc panuje nuda i stagnacja. Dla nich świat Gabrieli Kulki leży za niedostępną granicą, niby za wielką taflą mlecznego szkła, przez które widać tylko poruszające się cienie. Ale to już ich problem. Ja tę płytę mam i mogę z czystym sumieniem powiedzieć: zostałem znokautowany. I to wielokrotnie. Na szczęście były to ciosy zadawane futrzaną rękawicą. To całkiem miłe uczucie.

Pierwszy nokaut zaliczyłem, kiedy usłyszałem głos Gabrieli. Niesamowita jak na muzykę bądź co bądź pop skala i rozpiętość tego głosu wprawia w stan przyjemnego zaskoczenia i podekscytowania. Drugi to umiejętność pisania piosenek – tak szalonych, chimerycznych, a jednocześnie lirycznych i - mrocznych. I kolejny nokaut – gdy dotarło do mnie, że całą tę gigantyczną pracę od stworzenia kompozycji, napisania tekstów, mnóstwa linii wokalnych aż po grę na wszystkich instrumentach i rejestrację dźwięków wykonała jedna krucha kobieta – Gabriela Kulka. Wielki szacunek.

Ale czas już włączyć muzykę, czas spróbować zrozumieć fenomen talentu Gabrieli. Piosenek jest piętnaście. Wszystkie łączy bardzo osobisty i emocjonalny styl gry na fortepianie, a także zmysłowy, bardzo rozwichrzony sposób śpiewania przywodzący na myśl Tori Amos i wczesną Kate Bush. Płytę otwiera In The Lens, jeden z moich ulubieńców, piosenka, która wiele mówi o zawartości całego albumu. Mamy tu szaloną rytmikę, gwałtowne zmiany nastroju, chwile niemal ekstatycznego uniesienia i ściskające za gardło wyciszenia. Do tego tekst z zagadkowym mężczyzną w czarnym samochodzie w roli głównej, obrazujący zamiłowanie Gabrieli do sytuacji na granicy racjonalizmu i fantazji. Mam wrażenie, że wokalistka bardzo lubi serial Z archiwum X... New To Somebady – kolejny znakomity utwór, bliski temu, co robiła Tori Amos na płycie Little Earthquakes. Aby nie wymieniać wszystkich tytułów po kolei, ograniczę się do tych, które naprawdę mocno wryły mi się w korę mózgową. Laleczka – niesamowite intro, brzmiące jak ścieżka dźwiękowa do filmu Tima Burtona i zgryźliwie ironiczny tekst o polskim „szoł biznesie”: Hej mała, włóż mini, stań z przodu/ Załatwiliśmy pianistę, prawdziwego artystę/ A ty rób swoje. Zdecydowanie wszystkie cztery piosenki z polskim tekstem, jak to się mówi, rządzą. Pilot oraz Królestwo i pół to prawdziwe perełki – zwłaszcza ten ostatni utwór, ze stylizowanym na orkiestrę klawiszem i frenetycznym wokalem (i przeuroczym, przewrotnym tekstem z tytułową kwestią Za królestwo i pół córki). A w kolejce czeka jeszcze przebojowy, bujający subtelnym bitem numer Spitting Image, powalający niemal punkowym czadem Death Won’t Save The Day (wykrzyczany refren i totalna demolka fortepianowej klawiatury w finale), uroczy Shark, harmoniami wokalnymi i ich słodyczą odwołujący się do ery lollipop music z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego wieku, i roztańczony, rozklaskany gospelowy Rolemodels. Płyta kończy się niespodziewanie dość mrocznie. Numer tytułowy mógłby posłużyć za soundtrack do oldskulowego filmu grozy (te złowieszcze partie syntezatorów, niepokojące wyciszenia i eskalacje, brr, aż ciarki przechodzą). A King Of Rats jest jak złowroga senna wizja, która spodoba się fanom twórczości Anji Garbarek: King of rats comes to my room each night/ But I'm too scared to close my eyes/ When the house is dark he sits down at my bedside/ Sings me strangest lullabies. I te lodowate chórki! Cudo! Warto jeszcze dodać, że do każdej piosenki Gabriela nagrała od kilku do kilkunastu ścieżek wokalnych, potrafiła nawet sama – dzięki pomocy przyjaznej techniki – zaśpiewać partie chóru gospel! Jej niesamowita pomysłowość i inwencja wzbudza autentyczny podziw.

Out zachwyca swoim bogactwem i nieprzewidywalnością. Serwuje nieustanną huśtawkę nastrojów, a jej sprawczyni co chwila zmienia kostiumy i maski. Raz jest zimna i cyniczna, raz zwariowana i roztrzepana, kiedy indziej liryczna i seksowna. Kobieta o stu twarzach i tyluż głosach – oto Gabriela Kulka, gwiazda światowego formatu.

Naprawdę sądzisz, że możesz sobie pozwolić na to, by zignorować tę płytę?


Artist site: http://gabakulka.com/
ver.: polish / english
media: free mp3

9 lipca 2007

Julia Marcell: Storm EP (wyd. własne, 2007)

Julia Marcell jest na polskim rynku muzycznym zupełnie nowym zjawiskiem. Oto pierwsza polska songwriterka. Termin niezwykle modny od lat na zachód od Odry, oznaczający artystę samodzielnie komponującego i wykonującego swoją muzykę. Oraz oczywiście śpiewającego napisane przez siebie teksty. O tym, że Julia Marcell ma szansę na coś więcej niż tylko wywołanie krótkotrwałej lokalnej konsternacji (w Polsce na image wokalisty/wokalistki pracuje cały sztab ludzi; kto to widział robić wszystko samemu? A co z kompozytorami, muzykami sesyjnymi, tekściarzami, choreografami, nauczycielami śpiewu i dykcji, makijażystkami i wizażystkami? Mają pójść do pośredniaka?) świadczy jej starannie przemyślany debiut. Chociaż wydana własnym sumptem, EP-ka Storm nosi wszelkie znamiona profesjonalizmu.

A przede wszystkim dostarcza pięknej muzyki. Storm to pięć urokliwych piosenek, w których słychać wpływy wielu śpiewających z towarzyszeniem fortepianu kobiet, przede wszystkim zaś Tori Amos. I choć Julia jako swoją mistrzynię wskazuje Reginę Spektor, to właśnie analogia do Tori Amos wydaje się najwyraźniejsza. Julia podobnie gra na fortepianie, mocniejszymi uderzeniami podkreślając dramaturgię opowieści, często zmieniając tempo i nastrój. Czasem też efektownie zawiesi głos albo zamiast łagodnej melodii wprowadzi kontrastowy motyw. Jednak Julia Marcell jest jeszcze młodą dziewczyną i w jej tekstach słychać więcej naiwności niż cynizmu wynikającego z doświadczenia życiowego. To dobrze, bo dzięki temu są proste i szczere, a emocje – choć ubrane w sceniczne falbanki – żywiołowe i naturalne. Kompozycje wypadają zaskakująco dojrzale, a przy tym są bardzo zgrabne i wpadające w ucho. Świetnym pomysłem było zaproszenie do nagrań zespołu smyczkowego, którego akompaniament podkreśla „fabułę” piosenek. Stąd już tylko krok do rozbudowanych suit w stylu Joanny Newsom.

Julia śpiewa po angielsku. Jak mówi, zawsze wolała pisać teksty właśnie w tym języku, nawet kiedy jeszcze dobrze go nie znała, ponieważ w polskich drażnił mnie wychodzący na pierwszy plan tekst, a ja lubiłam ze strzępów zrozumianych słów dopowiadać sobie sama o czym jest dany utwór. Dodam, że Julia śpiewa swoje teksty bez cienia drażniącego słowiańskiego akcentu, a to na pewno ułatwi jej dotarcie do anglojęzycznego odbiorcy. Do moich ulubionych utworów na Storm należą Twin Heart z bardzo Amosowską rytmiką partii fortepianu i śpiewem przypominającym trochę... Edytę Geppert, brzmiący jak bajkowa opowieść (hello, Joanna?) The Roads oraz Jack The Ripoff, w którym Julia śpiewa rozbrajająco: And it sounds like it’s not mine at all/ And I sound like Regina Spektor at times/ But it sure doesn’t sounds like it is mine.

Koniecznie trzeba wspomnieć o wizualnej oprawie płyty. Mimo iż to tylko EP-ka, została zapakowana w stylowy tekturowy digipack, ozdobiony intrygującymi zdjęciami, a wszystkie teksty zostały wydrukowane na okładce. Debiut Julii Marcell jest jak cukierek w szlachetnej czekoladzie. Pysznie smakuje i robi apetyt na kolejne.

Artist site:
http://www.juliamarcell.com/
ver.: polish / english
media: free mp3, free video (making of)

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni