9 września 2009

The Calog: Bomby kolorowe (4Ever Music/Warner Music, 2009)

Niemałą niespodziankę swoją nową płytą sprawiło mi rzeszowskie trio dowodzone przez braci Baryczków. Poprzednie wydawnictwo Parę chwil skierowało zespół na melancholijne tory, z elementami przestrzennego rocka z gatunku „stare U2”. Nie wiem, jak płyta została przyjęta, ale dla mnie stanowiła katastrofę. Nie tego oczekiwałem od ekipy, która zasłynęła na debiucie Niewolnikami heroiny. Stąd zaskoczenie najnowszą odsłoną zespołu. Chłopaki postanowili pokazać pazurki, przyłożyć do pieca i spróbować odkupić straconych zwolenników. Wciąż jest wiele punktów stycznych z poprzednim longplayem, jednak kompozycje są o klasę lepsze.

Płyta została wydana przez majorsa, miksów dokonał Tomasz Bonarowski, a masteringiem zajął się Leszek Kamiński. Dzięki temu krążek brzmi soczyście, spełnia wszystkie obecne standardy w dziedzinie nagrywania dźwięku. Może to być zaletą - może być i wadą. Bomby kolorowe są sterylne, brak jakiegokolwiek sprzężenia, brudu. Nie uświadczymy efektu niedociśniętej struny czy źle dobranego akordu. Kto lubi piski, zgrzyty i przester, będzie nieutysfakcjonowany. Rzeszowianie grają niczym chłopcy z dobrego domu, którzy postanowili trochę pohałasować. Czuć w muzyce energię, wykop, rockowy feeling, lecz pozbawiony „złych bodźców”. Rzecz można śmiało puścić na szkolnej imprezie pod czujnym okiem staroświeckiej nauczycielki. Ta, rozumiejąc, że młodzież musi się wyszaleć przy ogłuszającym hałasie, nie dostrzeże w piosenkach The Calog śladów szatana i wywrotowych treści. W końcu są melodie i przytomne treści społeczne (bynajmniej nie twierdzę, że to płyta dla gimnazjalistów).

Ale do rzeczy. Chłopaki już w pierwszym kawałku pokazują nowe oblicze. Świetnie przenikające się gitary tworzą obiecujący wstęp. Każda szuka sobie miejsca, rozpiera się łokciami i stara wypchać na pierwszy plan. Jako opener Mosty sprawdzają się znakomicie! Chwilę później Królowa popu atakuje twardym riffem oraz fajnie rozlokowanymi w poszczególnych kanałach głośników partiami gitarowymi. Ujmująca jest również mini-solówka z perkusyjnym przejściem. Na pół udowadnia, że muzycy mają fajne pomysły na wstęp. Tym razem jest to kakofonia z wplecionymi dźwiękami syreny samochodowej. Wyróżnia się utwór On. Rzadko komu udaje się stworzyć tak wyrazistą zwrotkę. Przy niej refren zwyczajnie nie daje rady.

O ile dynamiczne, energetyczne piosenki zasługują na uznanie, to od pozostałych kompozycji wyraźnie wieje nudą. Zespołowi w spokojniejszym wydaniu bliżej do rockowego mainsteamu. Poukładałem, mimo britpopowo miauczącej gitary, nie przekonuje. Przyjemny song Lepiej nie psuje falset wokalisty w zwrotce i festynowy podkład. Uzależnienie mogłoby być ciekawą piosenką, gdyby nie refren rodem z Feela. Dlatego w drugiej części albumu lśni wyraźnie Kontrola z urzędu. Na dzień dobry wzruszający chórek i poszarpana gitara, zanurzona w atmosferycznym sosie. W takich klimatach znakomicie sprawdza się delikatny głos wokalisty. Przy okazji najlepszy tekst na płycie.

Właśnie, wokal. Michał Barycki wydaje się być urodzony do śpiewania po polsku. Nienaganna artykulacja, słychać każdą końcówkę, wszystkie „ę” i „ą”. Co prawda głos ma zwykle na jednym poziomie (proszę spróbować odszukać momenty, w którym ścisza bądź podgłaśnia śpiew), ale od czasu do czasu zaskoczy falsetem (On) czy bardziej ekspresyjnymi akcentami (Poukładałem). Co do tekstów... W „czadach” porusza temat blichtru i płytkości naszych wszelakiej maści celebrytów. Zupełnie to do mnie nie przemawia, gdyż ani to oryginalne, ani zajmujące. To zagadnienie bardziej dla Pudelka. Dlatego o wiele bardziej cieszą mnie osobiste przemyślenia. A te potrafią zaskoczyć nieoczywistym zestawieniem. Czy ty potrafisz kontrolować każdy wieczór/ Tak, żebyś rano za bardzo go nie czuł/ I żeby nikt rano nie czuł do ciebie wstrętu.

Bomby kolorowe nie będą w czołówce moich tegorocznych płyt. Lubię w muzyce więcej bałaganu i zwichrowania. Ale cieszy mnie fakt, że zespół, którego członków mam sporą szansę minąć na ulicy, nagrał płytę, jakiej nie spodziewali się słuchacze najpopularniejszych stacji radiowych. Czym pokazał im wyciągnięty środkowy palec. I to mnie ujęło. [avatar]


Bomby kolorowe:





Strona zespołu: http://www.thecalog.art.pl/

8 września 2009

Debiutanci i gwiazdy na GO Rock Festiwal

Znamy już zespoły, które w tym roku wystąpią w charakterze gości specjalnych podczas piątej edycji GO Rock Festiwal. Koncerty w ramach festiwalu odbywać się będą jesienią w Stalowej Woli.

Festiwalowe dni uwieńczą występy kolejno zespołów: Mitch & Mitch, Fisz Emade, Holden Avenue oraz Baaba Kulka. Koncerty odbywać się będą w cztery kolejne soboty, począwszy od 14 listopada do 5 grudnia.


Głównym elementem festiwalu jest konkurs. Zgłoszenia zespołów chętnych do udziału tej w części GO Rock'a przyjmowane są do 30 września za pośrednictwem formularza dostępnego na stronie www.gorock.pl. Po przesłuchaniu demówek wybrane formacje zostaną zaproszone do występu na żywo, a skład najlepiej oceniony przez jury otrzyma 3000 zł oraz statuetkę dużego łosia [jest o co walczyć! - m]. Swojego faworyta wybierze także festiwalowa publiczność.

Organizatorzy mają nadzieję, że festiwal stanie się miejscem spotkań muzyków, dla których rock jest punktem wyjścia do twórczych poszukiwań w muzycznym gąszczu. Celem GO Rock'a jest bowiem promowanie świeżego brzmienia i niekonwencjonalnego podejścia do muzyki rockowej.


GO Rock Festiwal 2009 - program


14 listopada 2009 r. (sobota) godz. 18:00
Zespoły konkursowe oraz MITCH & MITCH

21 listopada 2009 r. (sobota), godz. 18:00
Zespoły konkursowe oraz FISZ EMADE

28 listopada 2009 r. (sobota), godz. 18:00
Zespoły konkursowe oraz HOLDEN AVENUE

Finał GO Rock Festiwal 2009
5 grudnia 2009 r. (sobota)
godz. 18:00 Zespoły konkursowe oraz BAABA KULKA

Informacja organizatora

7 września 2009

Amuse Me: Amuse Me (Ars Mundi, 2009)

Choć premiera tej płyty miała miejsce jeszcze przed wakacjami, to jednak gdy za oknem pojawiają się pierwsze oznaki jesiennej aury, powinniśmy znów sięgnąć do tego wydawnictwa. Debiutancka płyta warszawskiego zespołu Amuse Me, powstałego w Działdowie z inicjatywy wokalistki Izy Komoszyńskiej (znanej również z projektu Sorry Boys) oraz gitarzysty Roberta Rochona, doskonale pasuje do coraz krótszych wieczorów.

Amuse Me składa się zaledwie z ośmiu utworów, z czego pierwsze cztery mieliśmy okazję usłyszeć już rok temu. Rozczarowujące? Być może. Z drugiej strony, jest to materiał bardzo spójny, bez niepotrzebnych ozdobników, którego bardzo dobrze się słucha. Dlatego też tym razem nie będzie marudzenia, choć od włączenia płyty do przesłuchania zamykającego utworu mija praktycznie tylko chwila. Uznajmy to jednak za zaletę, gdyż chwila ta upływa nam bardzo przyjemnie.

Ale od początku. Płytę otwiera piosenka Gypsies, która gościła między innymi na składance Minimax 5 Piotra Kaczkowskiego. Ale jest to utwór na tyle charakterystyczny, ze dobrze się stało, że to właśnie on rozpoczyna naszą przygodę z materiałem. Rozmarzony, nieco senny głos wokalistki, do tego wyraźne partie gitary akustycznej i bardzo efektowny refren, którego nie zapowiadał dość niemrawy początek. Do tego dodajmy w końcówce partie saksofonu, a wyjdzie nam bardzo miłe dla ucha połączenie. Wyróżnia się utwór Wash It Up. Wydaje mi się, że jego głównym atutem jest wokal Izy, który jest tutaj powielony, przez co wysuwa się on na pierwszy plan. Na szczęście muzyka w tym przypadku go nie zagłusza, wprost przeciwnie, wzmacnia jego odbiór. Warto także wspomnieć o Million Hours, który to utwór na pewno rewelacyjnie wychodzi podczas występów na żywo. Rozbudowana, jednak pełna energii kompozycja, czyli to, co lubimy. Bardziej drapieżnie robi się przy utworze Promise, gdzie dźwięki gitar przebijają się zza wokalu. Do tego gdzieś w tle oddalone klawisze i uzyskujemy bardziej tajemniczy klimat. Przenosi się on na zamykający album, jednominutowy, instrumentalny utwór Missing. Staje się on bardzo fajną klamrą, spinającą poprzednie kompozycje, która pozostawia nas w oczekiwaniu na coś więcej.

Na pewno nie mogliśmy spodziewać się po tej płycie wielkiego przełomu. Już samo to, że umieszczono na niej tylko kilka utworów, z czego połowę mogliśmy usłyszeć wcześniej, o czymś świadczy. Jednak muzyka Amuse Me to wciąż dobrze skrojony, elegancki dream pop. Wysmakowany i subtelny. W sam raz na nadchodzącą porę roku. Oraz do nocnego słuchania. [spacecowboy]

Promise:




Strona zespołu:
http://www.amuseme.pl/

6 września 2009

Monday Rebels: Worst Case Scenarios EP (wyd. własne, 2009)

Poniedziałkowi Rebelianci wracają z porcją nowych, gitarowo-popowych piosenek. Na swojej drugiej EP-ce proponują sześć wpadających w ucho numerów – to się nie zmieniło od czasu pierwszego demo. Zmieniło się nieco podejście do tworzenia: są dwie piosenki po polsku, a w większości utworów na pierwszy plan wysuwa się wokal Grześka Stompora, któremu towarzyszy drugi głos Magdy Jobko. Trochę szkoda chóralnych partii w stylu tych z Getaway Car, ale ten nowy styl śpiewania ma swój urok. Słychać, że wokalista dużo pracował nad liniami melodycznymi, a dośpiewywane przez Magdę partie dodają muzyce MR zadziorności.

Pierwsze trzy piosenki to murowane przeboje. My Favourite Actor co prawda drażni nie do końca pasującymi tu wtrętami klawiszy, ale sama melodia i bojowy refren nadrabiają straty. Jeszcze lepiej wypada pierwszy numer po polsku – Anhedonia. Refren wpada w ucho natychmiast, a klawisze wreszcie brzmią tak jak powinny. Do tego dobrze wyważone proporcje między ciemnymi zwrotkami a jasnymi refrenami. W Face To Face urzekają świetne wielogłosowe harmonie wokalne. Jeśli lubicie brytyjski gitarowy pop, będziecie zachwyceni. Ciekawym numerem jest Kronika Filmowa. Nie wiem czy to tylko takie moje prywatne wrażenie, czy potwierdzą je też inni słuchacze, ale i wokal, i główna melodia brzmią jak wyjęte z piosenek Lady Pank z okresu albumu Tacy sami. To nie zarzut, jest moda na lata 80., dlaczego więc polskie zespoły nie mają się inspirować polską muzyką z tamtego okresu? Utwór ma na szczęście współczesny sznyt za sprawą przybrudzonych aroganckich klawiszy.

Na koniec dwie nieco inne piosenki - udowadniające, że MR potrafią przykuć do głośnika nie tylko szybko wpadającymi w ucho przebojami. Sofa King i Mourning Song to długie, snujące się leniwie piosenki, które powoli oplątują myśli swoim intymnym klimatem. Zwłaszcza ten drugi numer jest wart uwagi. Zaczyna się trochę jak Good Day My Angel Myslovitz (bas, jęczące na drugim planie gitary) i z każdą minutą coraz piękniej rozwija. Ładna, wyciszona kompozycja. Z kolei w Sofa King wyczuwam duchowe powiązanie z Blur, szczególnie za sprawą atonalnej, celowo brzydkiej solówki, która odświeżająco wbija się w gładką melodię robiąc sporo zamieszania w końcówce.

Zespół robi postępy, słychać gołym uchem, że się rozwija. Po dwóch EP-kach warto już z nadzieją czekać na pełnoprawny debiut płytowy. Mam nadzieję, że nie wykręcą się sianem i nie zaserwują nam powtórki z rozrywki, tylko zaprezentują solidną garść nowych, zabójczo chwytliwych przebojów. [m]

4 września 2009

Jack Input: Marshmallows In The Sky EP (wyd. własne, 2009)

Gdzieś pomiędzy Mińskiem Mazowieckim a Warszawą w pierwszym półroczu 2008 narodził się Jack Input. Rok później zespół okrzepł na tyle, by nagrać pierwszą „czwórkę”. Marshmallows In The Sky zawiera 12 minut prostego post-punkowego grania. Mimo że materiał powstał w piwnicy (według oficjalnego info), całość brzmi dość soczyście i jest pozbawiona brudu typowego dla domowych warunków.

Są młodzi i nieopierzeni. Słychać to wyraźnie w prezentowanych kawałkach. Brakuje umiejętności technicznych. Wybijane perkusyjne rytmy brzmią dość topornie. Nie znaczy to wcale, że pałker nie umie grać - są po prostu zbyt przewidywalne i typowe dla początkującego adepta. Sekcja rytmiczna sobie plumka, piórko swobodnie przeskakuje ze struny na strunę wytwarzając delikatnie nerwową tonację. Lecz również w tym przypadku słychać brak doświadczenia. Gitarzysta nieźle kombinuje mając w głowie określony efekt i harmonię, jednak wydobywane dźwięki często nie mają odpowiedniej głębi i tworzą jednowymiarową płaską przestrzeń. Przykładem niech będzie końcówka TV. Wydawnictwo brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby muzycy nie bali się zastosować większej ilości nakładek gitarowych czy innych efektów (jak te w Andreidzie).

Ale dość jojczenia, teraz parę pozytywów. Na uwagę zasługuje kobiecy wokal. Ann dobrze radzi sobie z angielskimi tekstami, posiada miłą i zmysłową barwę głosu. Nie wiem czy to było zamierzone, ale utwory na EP-ce ułożono od najgorszego do najlepszego. Zespół do promocji wybrał Muzzy - jak dla mnie w tym kawałku jest coś irytującego i odpychającego. I nie pomaga fajna przeszkadzajka w postaci bliżej niezidentyfikowanego instrumentu w zwolnieniach. Kolejne na liście TV przynosi sfuzzowaną gitarę oraz hardy (jak na tę estetykę) wokal. Początek Andreidy sympatycznie wpasowuje się w styl wypracowany przez The Cure; również mile zaskakuje połamany rytm oraz rozedrgane riffy. I na koniec piosenka, która nieoczekiwanie w sierpniu była najczęściej odtwarzanym przeze mnie utworem. For Fun, mimo wszystkich potknięć, jest po prostu ślicznym utworem, swobodnie zaśpiewanym, z delikatną nutą tajemniczości. Dobre kawałki mają to do siebie, że ruszają niezależnie od tego czy skomponował je doświadczony zespół czy raczkujące młodziaki.

Dobry ruch ze strony grupy, że zdecydowała się umieścić EP-kę do pobrania za darmo na swojej stronie. Dzięki temu można poświęcić jej kwadransik bez większego grymaszenia. Jack Input to rzeczywiście miły chłopak, który ciągle się uczy. Jeśli kolejność utworów została ułożona pod kątem czasu ich powstania, to wieszczę kapeli rozgłos zdecydowanie większy niż granice administracyjne stolicy.[avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/jackinputmusic

2 września 2009

Subiektywny ranking plakatów koncertowych

Plakat to wizytówka zespołu. Nie każdy wykonawca o tym pamięta, dlatego blogi i profile majspejsowe zaśmieca wiele koszmarków. Im jednak nie będę poświęcał uwagi, pokażę wam za to plakaty, które lubię. Lubię na nie patrzeć, mimo iż dawno utraciły swoją aktualność jako nośnik informacji o koncertach. I chętnie bym je sobie powiesił na ścianie, gdybym tylko je miał na porządnym papierze.

Mój absolutny numer jeden. Jest w nim coś szalonego, swawolnego i niepokojącego zarazem. Szkoda, że dół plakatu szpecą FATALNE niebieskie linki. W komputerze można sobie przerobić obrazek na czarno biały, papierowej wersji już się poprawić nie da.

Choć jego estetyka zupełnie nie pasuje do muzyki granej przez Krasnali, jako poster sam w sobie bardzo mi się podoba. Wygląda jak plakat filmowy. I lubię żółty kolor, świetnie nadaje się do wyróżnienia z otoczenia.

Banał. Ale ładnie wykonany. Żałuję tylko, że dziewczynie zakryto oczy, nadając plakatowi zupełnie zbędne cechy kryminalne. Fajne są te akcenty kolorystyczne.

Bardzo oldskulowy i stylowy plakat. Kojarzy mi się z dawnymi czasami, z... eeee... budką z lodami włoskimi. Ciekawe liternictwo.

Po prostu stylowy. Przemyślana koncepcja graficzna, której nie psują a dopełniają informacje o koncercie.

Linie proste, architektoniczna precyzja. Surowy, uporządkowany. Czasem lubię na niego popatrzeć, uspokaja mnie.

Jak wam się podobają te propozycje? Zwracacie uwagę na projekt i wykonanie plastyczne plakatu czy tylko na jego aspekt informacyjny? [m]

Sorry Boys prężą się przed debiutem płytowym

1 września 2009

Dzień, w którym wszystko...

...mnie wkurwia. Taki jak dziś. Muszę skanalizować swoją złość...



...nienawiść do wszystkich wokół...



...a zwłaszcza pierdolonych polityków...



...marketówzakupówpromocji...



...szołbizu i celebrytków.



I niech się kurwa wreszcie ten dzień skończy.



Wypad mi stąd.[m]

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni