17 czerwca 2008

Öszibarack: Plim Plum Plam (2-47 Records, 2008)

Ich debiut w 2004 roku zachwycił rozmachem i eklektyzmem. Zjawiskowo wdarł się w polski pejzaż muzyki klubowej. Jeden z utworów (Skirts Up!) trafił do reklamówki Heyah – to w Polsce nie zdarza się debiutantom. Teraz, jeśli wierzyć okładce, wracają jeszcze bardziej wyluzowani, bezczelni (ach ta guma balonowa), lansiarscy, pewni siebie, by znów porozstawiać po kątach rodzime tuzy muzyki rozrywkowej.

Ogrom pomysłów przytłacza! Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do sytuacji, że piosenkę tworzy się owijając główny motyw w elektroniczne urozmaicajki i rozszerzając go na refreny i zwrotki, musi wytężyć uwagę. Tu jest normalne, że smaczki serwuje się w przeciągu dwóch minut. Za reprezentanta niech posłuży Point Blank. Utwór rozpoczyna się prawie punkową nawalanką w beczki, zwalnia do suchych elektronicznych bitów, a w refrenie uderza nu-jazzowymi trąbkami. Otwierający album Anchor Up to doskonałe połączenie żywych instrumentów z wyrafinowanym plumkaniem; niesie w sobie przestrzeń i soczysty zastrzyk świeżości. Twitter zaczyna się motywem, który mógłby być kanwą piosenki Zdzisławy Sośnickiej czy Haliny Frąckowiak w czasach ich świetności. I nie ma przebacz, nie ma czasu na oddech. Otrzymujemy dziesięć killerów, które zawojują modne kluby z drogimi drinkami i różowymi ścianami. Jedynym wyjątkiem jest wzruszająca ballada Motocross, gdzie na moment pląsające ciało może pozwolić sobie na przytulankę.

Podoba mi się to, że na płycie, mimo wszechobecnej elektroniki z przeznaczeniem na klubowe parkiety, wyraźnie uwypuklony jest czynnik ludzki. Nie ma miejsca na automat perkusyjny wypluwający bity z nieludzką precyzją, mamy do czynienia z bębniarzem z prawdziwego zdarzenia. Partie basu generują autentyczny feeling, ciężko powstrzymać się od rytmicznego przytupywania nogą. Dodatkowym atutem jest głos wokalistki DJ Patrisii. Dziewczyna ma zmysłowy głos, który umie doskonale wykorzystać. Ja wymiękam od tego szeptu, mruczenia, zalotności, który zaprasza do tańca, obiecuje przygodę, wabi niczym syrena.

Mankamentem wydawnictwa jest brak ewidentnych przebojów. Największą szansę na zaistnienie w szerszej świadomości ma Stop Calling Me Skinny. Pozostałe utwory są bardzo dobre, jednak melodie nie plątają się po głowie w pracy, w markecie, czy w tramwaju. Czy to źle? Chyba nie, to nie jest muzyka czysto użytkowa, jednorozowa. Na imprezie może i przemykać niezauważalnie, ale już podczas np. kolacji, gdzie mózg nie jest zajęty interpretacją wielu dźwięków, potrafi zauroczyć. Tytułowe plim plum plam w tym wypadku nie oznacza plumkania i smęcenia. Dla mnie to wyraz swady, z jaką zespół porusza się po różnych obszarach i stylach. Jak Calineczka skaczą z kwiatka na kwiatek. Plim... plum... plam... [avatar]

Strona zespołu: http://www.oszibarack.pl/

16 czerwca 2008

Mass Kotki: Miau miau miau (Pasażer, 2008)

Mass Kotki były uznawane kiedyś za zespół feministyczny. Jako dowód tej tezy podawano zwykle tematykę dwóch najsłynniejszych utworów duetu: Brutalny erotyzm (o pornosach za 30 zł) i Rocco (o gwiazdorze porno specjalizującym się w seksie analnym). Katiusza i Lady Electra zawsze słynęły z ostrego języka i bezkompromisowej postawy, ale czasy się zmieniają. Mass Kotki nie tylko nie są dziś feministkami, one są wręcz antyfeministkami! Do tego ich muzyka stała się zabójczo przebojowa, taneczna i... melodyjna. Jeśli ktoś po tym wstępie odczuwa lekki niepokój, niech się odpręży. Kocie damy nagrały najlepszą – wcale nie dlatego, że jedyną – polską płytę electropunkową tego półrocza.

Od czasu debiutu trochę się w muzyce Mass Kotek zmieniło. Piosenki są lepiej pomyślane, bardziej zróżnicowane brzmieniowo i tematycznie. Bity i klawiszowe pasaże nadal są mocno oldskulowe, bas Katiuszy nadal znajomo powarkuje, a jednak płyty słucha się znacznie lepiej. Utwory o punkowej energii sąsiadują tu z dyskotekowymi kilerami, a krzykliwe wokale od czasu do czasu nabierają zaskakującej melodyjności. Nadal mamy do czynienia z prostą, wręcz prymitywną produkcją, ale już bardziej ucywilizowaną i dopracowaną pod względem modnych obecnie brzmień.

Płyta zaczyna się od ultraszybkiego kawałka Koszeczka, w którym tytułowe miauczenie odgrywa decydującą rolę, ustawiając odpowiednie proporcje między powagą a ironią. Kilka kawałków kontynuuje ten punkowy wątek (Siniaki, Sing For The Mass), jednak płyta jako całość ciąży ku rejonom tanecznym, dyskotekowym wręcz. I dobrze, bo dziewczynom świetnie to wychodzi. Weźmy chociażby kapitalny Drętwy mózg, który swoją kwadratową, industrialną rytmiką zabawnie nawiązuje do stylu Rammsteina. Albo Forever 18, bliźniaka I’m Hit duetu Robots In Disguise, z brudnym, buczącym basem i agresywnym bitem. I Sweet Melody otwarcie flirtujące z brzmieniami popu lat 80. Czy Muzę, klimatem nawiązującą do twórczości Miss Kittin. Albo Sukienkę, z przewijającym się przez całe nagranie arabsko-orientalnym motywem. Czy ukryty jako bonus utwór w stylu obciachowego disco z uroczymi dziewczęcymi wokalizami. Właściwie nie słyszę tu żadnego słabszego kawałka, którego można by z czystym sumieniem wskazać do odstrzału. Zadziwiające, bo płyta liczy aż 16 tracków. I wszystkie potrzebne!

Muzyka to jednak ta mniej ważna połowa twórczości Mass Kotek. Zasadniczą rolę odgrywają teksty i postawa dziewczyn wobec rzeczywistości. Jak na pierwszej płycie, tak i teraz, komentują co popadnie, skupiając się na tym, co wchłoną z telewizji i Internetu. I tu nachodzi mnie refleksja: a gdyby tak postawić obok siebie Miau miau miau i Afterparty? Otóż Kocice zjadają na śniadanie pretensjonalną lirykę Ostrowskiego i Wandachowicza – w tekstach dziewczyn jest luz i dystans, w tekstach CKOD histeria i bezsilność. Brzmieniowo oczywiście płyta CKOD jest lepsza, ale śmiem twierdzić, że prościutkie aranże Mass Kotek bronią się znacznie lepiej od przeładowanych efektami kompozycji Cool Kidsów. Wpadają w ucho, świetnie pasują do tej żartobliwej, popkulturowej stylistyki. Teksty dzielą się z grubsza na trzy tematy: faceci to świnie (Alcatraz), laski to wyrachowane zdziry (Sukienka), a niektórzy nie potrafią dorosnąć mimo 35 lat na karku (5-10-15). Do tego coś o kotach (Potrzebuję rybiej krwi – ten refren, zaśpiewany na dwa głosy, położył mnie na glebę), gwiazdkach Pudelka (Metamorfoza) i kobiecie biegającej po mieście z laserem (Devochka Terminator). Może to brzmieć z lekka głupawo, ale dziewczyny piszą naprawdę fajne, dowcipne i bardzo, bardzo złośliwe teksty. Genialnie wypadają wyznania gwiazdki w typie Dody, deklamowane z przesadną starannością, takim nuworyszowskim „ą, ę” (to musi być o Dodzie): Pragnę mieć wszędzie znajomych/ W modnych klubach i na giełdzie/ Obracać się wśród sław/ Chcę mówić cześć do gwiazd/ To musi być zajebiste uczucie/ Kiedy człowiek jest na samym szczycie. W najbardziej chyba prowokacyjnej piosence Maryja, Mass Kotki namawiają Matkę Boską do wyjścia na imprezę (Widziałam na obrazku twoją smutną twarz/ Hej, może podrzucisz dzieciaka babci?). Mass Kotki bezlitośnie obnażają głupotę i pustkę współczesnych młodych kobiet, dla których liczy się tylko dobry wygląd (Very big tits and a very small ass), drogie ciuchy (A może zrobię to na jego koszt/ I każę sprowadzić ją sobie z Włoch?) i nadziany misiek u boku. Czasem coś nie wyjdzie tak jak było zaplanowane i operacja się nie uda, wtedy nasza niedoszła piękność biega po mieście z laserem szukając lekarza, który sfuszerował zabieg (To miała być zwykła operacja/ Nic nie boli gdy laser działa/ Przepraszam, wystąpił krytyczny błąd/ Lekarz jest dawno daleko stąd). Katiusza i Lady Electra zwyczajowo składają też hołd rokendrolowemu trybowi życia (Rock’n’roll jest okrutny/ I nie wiem jak długo jeszcze pociągniemy/ Rock’n’roll nas bardzo lubi/ Kochanie, my właśnie tak żyjemy!).

Miau miau miau słucha mi się świetnie. Daje kopa i zastrzyk ironicznego humoru. Inteligentna zabawa. Polecam. [m]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/masskotki

11 czerwca 2008

The Black Tapes: Black City EP (Warsaw City Rockers, 2007)

Jak niewiele potrzeba do szczęścia! Kilka prostych riffów zagranych na gitarze, solidnie łojąca sekcja rytmiczna i głośny, krzykliwy wokal. Rock’n’roll, proszę państwa. Taka właśnie jest muzyka warszawskiej formacji The Black Tapes. Od pewnego czasu mówi się o nadchodzącej płycie długogrającej Czarnych Taśm, jednak dopóki jej nie ma, warto zająć się debiutancką EP-ką zespołu Black City.

Cztery wybuchowe, szybkie kawałki. Oparte na sprawdzonych punkrockowych patentach. Panowie cenią sobie rokendrolowe ideały, to słychać w tych piosenkach, które mkną przed siebie, zostawiając słuchacza posiniaczonego od obijania się o ściany. Black City rozpoczyna się od trzeszczącej płyty i głosu narratora jak ze starego słuchowiska: Night and the city. The night is tonight, tomorrow night or any night. A potem już wszystko w normie. Punkowe tempo, brudne, garażowe gitary i dużo luzu. Kojarzy się z The Hives, czemu nie. Black Tapes z kolei charakteryzuje zdyscyplinowana praca sekcji i przebojowe, chóralne wokale. Love Letter to mój ulubiony fragment płytki. Oczywiście żadnych romantycznych wątków. Za to świetny szarpany refren i porozrzucane plany instrumentów, wskazujące że muzykom nieobce jest kombinowanie z brzmieniem, dzięki któremu unikają monotonii. No i na koniec Starlight Story (wyszło w kolejności alfabetycznej, jak na ich majspejsie), britpunkowy, z fajną, bardzo głośną solóweczką.

Czekam na debiut płytowy. Oby tylko chłopaki nie stracili pazurów, zębów i jaj i nie dali się omamić jakiemuś studyjnemu indie-pop-majstrowi. Ma być brudno, głośno i niepoprawnie politycznie! [m]



Strona zespołu: MySpace

10 czerwca 2008

Lao Che: Gospel (Antena Krzyku, 2008)

Ktoś, kto uważnie studiuje listę Teraz słucham na blogu, zadał zapewne sobie pytanie: Czemu najnowsze dokonanie płockiego Lao Che wciąż wisi w kolejce? Odpowiedź może być tylko jedna. Nie wiadomo jak tę płytę ugryźć!

Ciśnienie czułem wielkie. Powstanie Warszawskie było płytą wielką, arcyważną i potrzebną. W polskiej muzyce rozrywkowej na palcach jednej ręki można policzyć koncept-albumy; czy ktoś potrafi bez zastanowienia wymienić jeden tytuł? W dodatku tematyka - żadne tam mroczne historie o Abigail czy opowieści o Tommym. Na tapetę poszła ważna dla Polaków część historii (druga wojna światowa), a wyszło dzieło zjawiskowe, zaskakujące i - to chyba najważniejsze - pozbawione narosłego przez lata patetyzmu i skarlałego patriotyzmu. Dlatego, mając przed sobą świeżą płytę Lao Che, czułem się jak prezes Ministerstwa do spraw Wielkich Piosenek. Czy Gospel udźwignie ciężar poprzedniczki? Czy z dumą będzie można o płycie rozmawiać w programach kulturalnych? Czy włączyć ją do kanonu lektur obowiązkowych?

Początek odpycha. Drogi Panie na milę "zalatuje" Kultem. Obowiązkowe organy, skoczny refren plus wstawki śpiewane "zakapiorem" wywołują jednoznaczne skojarzenia. Tylko waltorni brak. Czarnych Kowbojów cechuje cygańska, kozacka linia melodyczna, a w Bóg zapłać dosłuchać się można tytułowego gospelowego chóru.Te trzy pierwsze utwory dają już nam odpowiedź, w jakim kierunku poszli muzycy. Album to hołd dla muzyki retro, uzyskany dzięki zastosowaniu m.in. harmonii i trąbki (Hiszpan brzmi jak pastisz soundtracku archiwalnego filmu łotrzykowskiego). Ostatni, ukryty utwór, to fortepianowy motyw filmowy. W Siedmiu nie zawsze wspaniałych po wstępie rodem z niemego kina mamy echa rock'n'rolla lat 50. Słychać także elementy muzyki latynoskiej (dałbym głowę, że w mpaKOmpaBIEmpaCIE gra Santana!), kościelnej (Ty człowiek jesteś?), weselnej (Scooter w refrenie Chłopaków) i jazzowej (Do syna Józefa Cieślaka). Dodatkowo artyści stosują całą paletę sampli, smaczków i przeszkadzajek (głos wokalisty przepuszczony przez tubę, kłótnie dwóch mężczyzn, szept, wpleciony motyw jakiegoś chorego walczyka).

Muzycznie płyta mocno różni się od swoich poprzedniczek. To, co było kiedyś powiewem świeżości, zaskoczenia (okazało się, że współczesna muzyka młodzieżowa nie musi stać w opozycji do dziedzictwa kulturowego) tu napotkamy w ilościach śladowych. Mocniejsze gitary, przy których można popogować, pojawiają się w Do syna Józefa Cieślaka oraz Paciorku. Reszta jest już cyrkową przygodą z awangardą.

Ważną częścią twórczości Lao Che były teksty zespołu. W Gusłach polegano na wczesno-polskich rytuałach. Powstanie warszawskie to konglomerat literatury powstańczej i współczesnej (kontr)kultury. Trzecia odsłona to już teatr jednego aktora. 12 perełek Spiętego, wokalisty grupy. Charakter tekstów zmienił wektor o 180 stopni. Tym razem tematem jest duchowość młodego człowieka, jego relacja z Bogiem oraz rozbrat z współczesną kondycją człowieczeństwa. W tym celu zaprzęga rozmaite środki stylistyczne: dialog, skargę, prowokację, przewrotność, hultajstwo. Ciężko posłużyć się jakimś przykładem; z każdej piosenki na ślepo można wyciągnąć takowy. Utopię waszą utopię – od podobnych gier słownych album się skrzy. Podobno bardziej ortodoksyjni uważają teksty za bluźniercze. Nie sądzę – bycie religijnym to niekoniecznie ślepa wiara, to także stawianie pytań, czas buntu i doskonalenia wewnętrznego.

Sądzę, że tą płytą Lao Che zmieni swój status: z zespołu lubianego na ceniony. Co zwykle jest przekleństwem. Ceniony zespół się zna, słucha płyt, by mieć o czym rozmawiać w towarzystwie, ale nie czeka na kolejne utwory, nie wraca do starszych wydawnictw, nie ciągnie do koncertów. To tak jak obcowanie z jakąś relikwią – czujemy obecność ważnego dzieła, ale do kontaktu dochodzi okazjonalnie. Dzięki cyrkowej, skocznej oprawie muzycznej, płyta idealnie sprawdzi się jako ścieżka dźwiękowa musicalu bądź na festiwalach piosenki aktorskiej. O tekstach będą przez lata pisać rozprawki, magisterki, eseje, rozkładając je na czynniki pierwsze i umieszczać w odpowiednich kontekstach historyczno-kulturowych. Muzycznie płyta zalegnie na półkach po roku. [avatar]

Strona zespołu: www.laoche.art.pl

PS. Tę recenzję dedykuję staremu kumplowi z czasów studenckich Tomkowi D. Podczas pisania doszła do mnie wiadomość, że Tom nie żyje. Nie będzie już szansy wypalić papierosa, wypić taniego wina i „popierdolić inteligentnie o niczym”. Nareszcie spotkałeś się oko w oko z Bogiem i znasz już odpowiedzi na wszystkie stawiane Mu pytania...

9 czerwca 2008

Gra Pozorów: EP•3 (wyd. własne, 2008)

Jest lepiej. Od poprzedniej EP-ki, Pani E., zespół poczynił spore postępy. Przede wszystkim w warstwie instrumentalnej i kompozycyjnej. Teksty też wydają się bardziej konkretne, opowiadają jakieś historie. A to znaczy, że chłopaki poważnie traktują swoją karierę muzyczną i rozwijają się. Jedyne co się nie zmieniło to średnia jakość brzmienia i wokal Miachała Stefaniaka, który jest niebezpiecznie blisko popadnięcia w manierę. Jest ciągle dziwnie jękliwy i monotonny.

Płytkę otwiera Pierwszy dzień jesieni, opowiadający, jak się wydaje, o swego rodzaju „szoku kulturowym” człowieka, który przybywa z prowincji do stolicy ("bazowa" część zespołu przyjechała do Warszawy z Siedlec) i wpada w różne nie całkiem dla niego zrozumiałe układy i pułapki. Muzycznie jest tu sporo rozlewających się gitarowych riffów, która stawiają sympatyczną ścianę dźwięku. Najbardziej dynamiczny fragment EP-ki to Nie znaczę nic, z hałaśliwymi gitarami i ciekawym kombinowaniem w warstwie rytmicznej. Najlepsze jednak zostawili na koniec. Neony złych miast zaskakują cięższym klimatem i nieco melodramatycznym refrenem. Plus za fajny jazgotliwy finał. No i instrumentalne Outro, ukazujące Grę Pozorów w nieco innym świetle, jako muzyków otwartych na eksperymenty z ambientem, bawiących się nastrojowymi szumami i dyskretnymi basami. Przyjemna odmiana od poprockowego wizerunku zespołu.

Jeśli wokalista weźmie się za siebie i popracuje nad stylem, a zespół trafi w końcu do dobrego studia, powinna być z nich w przyszłości pociecha. [m]

Strona zespołu:
www.grapozorow.art.pl

5 czerwca 2008

Jacaszek : Treny (Gusstaff, 2008)

Od paru tygodni w moim słowniku istnieje powiedzenie: "wyskoczył jak Jacaszek z konopi" w miejsce przysłowiowego Filipa. Dla mnie, zwykłego zjadacza muzyki, nazwisko artysty jeszcze niedawno nie mówiło nic. Do momentu eksplozji ochów i achów w blogosferze. Nadrobiłem więc braki. Jacaszek nie jest artystą anonimowym. Po ciepło przyjętym debiucie Lo-fi powstała płyta dokumentująca współpracę z Miłką Malzhan oraz (uwaga!) soundtrack do Bajek Robotów Lema. Nic dziwnego, że na następne dzieło czekała dość pokaźna grupa fanów - nie tylko w Polsce. Treny ukazały się również nakładem norweskiej wytwórni Miasmah.

Treny to cykl wierszy Jana Kochanowskiego, których motywem przewodnim jest tęsknota poety za zmarłą córką - Urszulą. Niesamowite jak na tej płycie artyście udało się ukazać całą gamę emocji, które odczuwamy po stracie bliskiej osoby! Choć bezpośrednich nawiązań literackich nie ma (poza utworem Orszula), lektura tytułów nastraja na funeralny nastrój. Lament, Żal, Martwa Cisza... Treny to próba okiełznania czegoś przemijalnego, lecz nieuniknionego. Opanowania lęku przed śmiercią i załatania umęczonej duszy. Niemożliwe, ale... wszystko to słychać!

Przez ponad 54 minuty króluje minimalistyczna elektronika. Artysta umiejętnie dozuje środki wyrazu. Trudno tu szukać przepychu, bogactwa dźwięków, karkołomnych rozwiązań i zmian tempa. Atmosferze żałoby, przemijania, lęku, skowytu towarzyszą oszczędne dźwięki. Powłóczyste bity, połamane trzaski i senne plumkania są tłem dla przeszywających partii wiolonczeli (Orszula). Mandolina w Lamencie perfekcyjnie manifestuje ulotność życia. Słysząc orkiestrę w O ma żałości! instynktownie sprawdzamy czy z naszymi najbliższymi jest wszystko w porządku. Wyjątkiem jest spinająca album klamra w postaci utworu Rytm to nieśmiertelność - czuję, że wyraża nadzieję.


Na osobną uwagę zasługują kobiece wokalizy. Jeżeli będzie dane mi kiedykolwiek zobaczyć odchodzącą duszę - będzie miała głos Mai Siemińskiej. Jest jeszcze jedna rzecz, która zapiera dech, a którą słychać w słuchawkach: szumy. Najciekawszy efekt mamy w Lamencie - są pourywane, o różnej wysokości i zdają się nawzajem "przepychać". Wiem skąd autor je wziął. W piwnicy uruchomił stare lampowe radio. Kręcąc gałkę częstotliwości próbował złapać jakąś stację. I usłyszał... głosy z zaświatów.

Treny to piękna płyta. Zapewne zbyt piękna, zbyt delikatna, zbyt trudna by zaistniała szerzej w świadomości. Gdyż wymaga skupienia i poświęcenia, którego zwykle nie mamy. Ale hipnotyzuje. Zobaczycie, jesienią do niej wrócimy! [avatar]

3 czerwca 2008

Krasnale kontra chłopaki w korkotrampkach


New York Crasnals postanowili pójść pod prąd i zagrać trasę podczas rozpoczynających się w najbliższą sobotę Mistrzostw Europy w piłce kopanej. Szacunek dla tej odważnej decyzji i duchowe wsparcie od Don't Panic!

MUSIC vs. FOOTBALL
14.06.2008 - Poznań / Kisielice, godz 20:00
15.06.2008 - Warszawa / Jadłodajnia Filozoficzna, godz. 20:00
20.06.2008 - Kraków / Alchemia - TAPCZAN MINI FESTIVAL (wraz z TELE i 10 000 SZelek), godz. 19:00

NYC wystąpią też na tegorocznym Open'erze:
05.07.2008 - Gdynia / Lotnisko Babie Doły - HEINEKEN OPEN'ER FESTIVAL. godz 18:00

-----------------------------------

Poprzedni post miał numer 200!!!

2 czerwca 2008

Julia Marcell: It Might Like You (Sellaband, 2008)

Było pewne, że pierwsza płyta Julii Marcell będzie dużym wydarzeniem, już choćby ze względu na sposób, w jaki powstała. Pojawiało się tylko pytanie, czy sama wokalistka sprosta oczekiwaniom i nagra piosenki naszych marzeń. Dziś mogę w pełni świadomie stwierdzić: to JEST wydarzenie. I to również pod względem artystycznym.

Historia tej płyty brzmi trochę jak bajka. Oto w serwisie sellaband.com pojawiła się dziewczyna z Olsztyna z nagraną własnym sumptem EP-ką Storm. Szybko podbiła uszy i serca słuchaczy z całego świata, a jej wirtualne konto w błyskawicznym tempie zaczęło zbliżać się do magicznej liczby 50k. Zasady serwisu są następujące: to użytkownicy-słuchacze inwestują własne pieniądze w artystę. Minimalna kwota udziału wynosi 10 dolarów (gwarantuje otrzymanie jednej płyty, jeśli dojdzie do jej nagrania), a suma, jaką trzeba uzbierać – 50 tys. dolarów! Wydaje się to nie do zrobienia? A jednak – Julia znalazła 657 inwestorów swojej debiutanckiej płyty. W ten sposób została pierwszą polską gwiazdą Internetu nowej ery, gdzie to użytkownicy decydują, komu chcą powierzyć pieniądze i kogo chcą słuchać. Niesamowite i bardzo inspirujące doświadczenie.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to zmiana wizerunku wokalistki. Na EP-ce była to tajemnicza, romantyczna, krucha kobieta. Z okładki It Might Like You spogląda na nas hardym wzrokiem pewna siebie, silna dziewczyna, która doskonale wie, dokąd zmierza. Brzmienie tej płyty potwierdza ten fakt – Julia Marcell znalazła pomysł na swoją muzykę. Na pewno wielki wpływ na to mieli ludzie biorący udział w produkcji płyty, w osobach Mosesa Schneidera (produkował płyty m.in. zespołów metalowych, jak Kreator), który był producentem, miksował materiał, a także brał udział w sesji, oraz Borisa Breuera, który wszystko nagrał w berlińskim studiu Chez Cherie. Zaproszeni do nagrań muzycy – sami perkusiści! – nadali kompozycjom Julii bardziej energetycznego, wyluzowanego charakteru. W ogóle brzmienie płyty jest bardzo ciekawą sprawą – zdecydowano o odejściu od sztucznego, wyczyszczonego brzmienia charakterystycznego dla muzyki pop i całość zarejestrowano metodą stosowaną w nagraniach symfonicznych. Każdy, kto bywa w filharmonii, wie jaka jest różnica między żywym brzmieniem setki instrumentów, a tą samą orkiestrą „obrobioną” w studiu. W filharmonii słyszysz dużo więcej niż tylko muzykę, słyszysz przestrzeń, słyszysz skrzypienie desek podłogi, dźwięk smyczka trącego o struny, odgłosy przewracanych kart z nutami, pokasływania itp. Wszystko to stanowi element magicznego spektaklu. Album It Might Like You powstał właśnie w ten sposób. Piosenki rejestrowano na żywo, połączono je też tak, że mamy wrażenie uczestnictwa w koncercie. Pomiędzy utworami często słychać jakieś krótkie wymiany zdań (albo swojskie „raz-dwa-trzy-cztery”), śmiechy, czy choćby oddech wokalistki. W utworach pozostawiono różnego rodzaju brudy, drobne pomyłki czy puste dźwięki, słychać też stukanie pedałów pianina, skrzypienie krzesła... Brzmienie jest naprawdę potężne i naturalnie kontrastowe. Mamy tu fragmenty bardzo wyciszone, wymuszające skupienie, i gwałtowne eskalacje dźwięków napierających niczym fale przypływu. W mailu z 29 lutego Julia napisała do mnie: „Jestem zachwycona efektem nagrań - udało nam się uzyskać surowe, ale pełne emocji brzmienie, trochę punkowe w podejściu. Płyta wyszła bardzo zróżnicowana pod względem nastrojów, jednak dominują na niej raczej radosne dźwięki – jest zaskakująco taneczna! Taka klasyczna w strukturach, punkowa w brzmieniu, taneczna w klimacie - Classical Dance Punk!”

To ostatnie określenie jest może nieco przesadzone, ale nieźle oddaje klimat płyty. Chociaż początek nie zapowiada dużych zmian w stosunku do Storm. Outer Space, The Story, Married To Life to typowe piosenki oparte na fortepianowej melodii i akompaniamencie sprawdzonego już na EP-ce kwartetu smyczkowego. Z epickim rozmachem opowiadają życiowe historie, ale nie ma w nich nic zaskakującego. Dopiero czwarty utwór, Billy Elliot, sprawia, że zaczynasz się uśmiechać bardzo, bardzo szeroko. Swawolny motyw pianina, żwawo nabijany rytm i przepiękne chórki, sprawiają, że tej piosenki chce się słuchać na okrągło. ‘Cause when you're singing the song I'm there/ And when the song moves you - I'm there/ And when you're writing the song I'm there/ And when you're strugling with song I'm still there. Bez wątpienia pierwszy prawdziwy przebój Julii, który ma szansę zawojować stacje radiowe, o ile tylko zauważą tę płytę. Billy Elliot otwiera takie moje prywatne the best of It Might Like You. Zaraz po nim Dancer z porywającym finałem, w którym rytm wybijają nogi (skojarzenie: Tilly And The Wall) i padają znamienne słowa: I know that you know that I know that we are all prostitutes anyway. I nr 3 - Side Effects Of Growing Up, taki żywiołowy, nieporządny, z klaskanym rytmem, brzdękającymi strunami skrzypiec i kabaretową linią melodyczną wokalu – po prostu idealny indie-przebój. Takie oblicze Julii Marcell, jakiego się zupełnie nie spodziewałem. Ale bardzo mi się podoba!

Do końca płyty jest już bardzo dobrze. Mamy jeszcze monumentalną, rozbudowaną balladę Words Won't Save You, dźwięczącą bajkowymi dzwoneczkami piosenkę Carousel, zaskakującą potężnym orkiestrowym uderzeniem Fear Of Flying, a na finał popowo-folkową Night Of The Living Dead – z fajnymi chórkami i końcówką zagraną na dęciakach.

[edytowano]
Płyta najpierw ukazała się tylko w serwisie Sellaband w postaci mp3. Obecnie można ją już zamówić w wersji CD, także na Amazonie. Miejmy nadzieję, że wkrótce znajdzie się również polski dystrybutor. [m]


Strona artystki: http://www.juliamarcell.com/pl/

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni