
1 grudnia 2008
Infomuzyka o sieciowych składankach

28 listopada 2008
Obserwator: The Recycling Center
POST NR 300!

The Recycling Center powstał wiosną 2007 roku. Jeśli wierzyć notce na stronie zespołu, bezpośrednim impulsem założenia kapeli była płyta Mellon Collie and Infinite Sadness The Smashing Pumpkins oraz twórczość Avril Lavigne. W lipcu tego roku ujrzało światło dzienne czteroutworowe demo. Pomińmy oczywiste inspiracje. Zespół powołuje się na wpływy Fall Out Boy, Our Lady Peace. W tym miejscu wielu czytelników się wykrzywi. Blog schodzi na psy pisząc o muzyce dla emo-dzieciaków! Dlaczego??? Odpowiedź prosta - proszę zajrzeć na majspejsa i posłuchać bez uprzedzeń. W zaprezentowanych kawałkach słychać o wiele więcej niż gówniarskie fascynacje hałasem i buntem. Może nie słychać jeszcze Radiohead (też wspomniany w influensach); The Killers i Placebo już bardziej.
Mają chłopaki dar do melodii. Kawałki wchodzą w głowę po dwóch przesłuchaniach. Dość rzadki przypadek na demówkach. O tym, że zespół kombinuje świadczą próby odejścia od klasycznego schematu refren-zwrotka,jak w Circus. Choć ten akurat utwór stanowi swoiste kuriozum. Pierwsza część spokojna, z miękką perkusją, gitarą akustyczną, z kapitalnym zwolnieniem... co z tego, gdy w połowie wchodzi na scenę męski odpowiednik wspomnianej Avril. Czar pryska, pozostaje irytacja. Pozostałe kawałki na szczęście bez podobnych zaskoczeń. Someone In My Heart (najlepszy w mojej opinii) zaśpiewany jest z największą pasją. A Story Of How We Met to przykład, że krakowianie nie stoją wyłącznie na bazie kalifornijskiego punku.
Podoba mi się głos wokalisty Michała Poplawskiego. Śpiewa po angielsku, z twardym akcentem (kapitalna rzecz dla uczących się angielskiego - teksty słychać wyraźnie!) jednak jego wokal jest... ujmujący. Czuć w nim swadę i młodzieńczy feeling. W takim przypadku mówi się, że jeśli facet się rozśpiewa, poszerzy horyzonty muzyczne, to może jeszcze niejeden raz zadziwić. Co prawda ciężko będzie zdobywać świat bezpretensjonalnymi piosenkami podszytymi Blinkiem 182, jednak Obserwator potencjał widzi i będzie okresowo śledził postępy! [avatar]
Strona zespołu: http://www.myspace.com/therecyclingcenter
Autor:
we are from poland
Etykiety:
altrock,
college rock,
obserwator,
po angielsku,
post punk
1 odpowiedzi


27 listopada 2008
26 listopada 2008
Maria Peszek: Maria Awaria (EMI Music Poland, 2008)

Maria Peszek opowiada o seksualności z perspektywy kogoś, kto cieszy się z posiadania ciała, które nie jest jego wrogiem, a przyjacielem. A o przyjaciela trzeba dbać. Sprawiać mu przyjemność i dawać prezenty. Żyjemy w kraju, w którym sprawianie sobie przyjemności jest zabronione. Nauczono nas, że mamy się umartwiać. Być śmiertelnie poważnymi. Trzymać rączki na kołdrze. Bzykać się po ciemku, bo przy zapalonym świetle robią to tylko zboczeńcy. No i oczywiście uprawiać seks tylko w celach prokreacyjnych, bo przyjemność to dzieło Złego. A już najbardziej bulwersuje nas głośne mówienie, że kobieta może lubić seks. Jak to, kobieta? Matka, siostra, Polka? To zdzira jakaś, nie normalna kobieta! Wyłażą z nas te kompleksy. Aż się wierzyć nie chce, że tak niewinne piosenki mogły wywołać taką burzę.
A przecież teksty Peszkówny są naprawdę urocze. Choćby ten fragment: Rosół z siebie robię i podaję tobie/ Wprost do ust mój niedzielny biust/ Filety z twojej kobiety, rosół z domowej kury (...) Chcę być twoją kurką/ Niedzielnym obiadkiem/ Kuchennym fartuszkiem/ Twoim ciastkiem z dziurką. Naprawdę, gdyby moja kobieta wyszeptała mi coś takiego do ucha, byłbym w siódmym niebie. Peszek jak mało która polska autorka tekstów potrafi intrygującymi metaforami wyrazić potrzebę miłości, czułości, bycia z drugą osobą: Jak gejsza bez kimona/ Yoko Ono bez Lennona/ Jak Tokio pod śniegiem/ Marznę bez ciebie. A przy tym nie wstydzi się swawolnych myśli (Zedrzyj ze mnie futro; Wierzę w ciała zmartwychwstanie/ Poprzez czułość, przez kochanie). Podobno faceci myślą o seksie co dwie minuty (czy jakoś tak). Okazuje się, że nie tylko oni. W tekstach Peszek trafiają się przezabawne kawałki, proste rymowanki potrafią rozśmieszyć do łez. Że wspomną tylko lekko perwersyjną historyjkę z Miłości w systemie Dolby Surround. Fakt, że czasem sięga po wyeksploatowane gierki słowne (Poliż mnie, I’m polish; Jestem misiem, kochac chce mi się), potrafi też niepotrzebnie przeszarżować (Lubię twoje to/ I lubię też tamto/ Kiedy tamto wstaje/ Ja się staję nimfomańką – zupełnie niepotrzebny kalambur na końcu, wystarczyłoby zwykłe: nimfomanką). Ale to wszystko jest takie lekkie, dowcipne, świeże. Nie wiem, jak można nie polubić tych tekstów. To znaczy wiem. Była już o tym mowa wcześniej. Kompleksy. Brak umiejętności wyrażania swoich potrzeb. Wstyd przed samym sobą. I tak dalej. Ponura sprawa. Wydaje mi się, że ludzie, którzy potrafią cieszyć się życiem, mają do niego i siebie dystans, nie mają z tymi tekstami problemu.
Ach, zapomnialbym o muzyce! Szkoda by było, gdyby w tej ideologicznej walce pominąć doskonałą robotę, jaką wykonał m.in. producent albumu Andrzej Smolik. Aranżacje są piękne, kunsztowne, przebogate, choć to bogactwo nie pcha się nachalnie do uszu słuchacza. Mnóstwo smaczków poukrywanych, do odkrycia przy którymś z kolei odsłuchu. Z wielkim wyczuciem zastosowane dodatki w postaci skromnej elektroniki czy instrumentów dętych. Niektóre kompozycje zachwycają koronkową konstrukcją, jak choćby minimalistyczny, „islandzki” numer Marznę bez ciebie, albo onieśmielający swoją urodą utwór tutułowy, przy którym naprawdę można odlecieć. Płyta brzmi raczej kameralnie, choć nie zabrakło indiepopowego przeboju (Rosół), czy prowokującego końcowym krzykiem nawiązania do koncertowego oblicza Marii, daleko bardziej energetycznego i niepokornego (Reks). Płyta trwa trochę za długo, a na końcu wpada na mieliznę: Hedonia z lalusiowatym motywem smyczków i refrenem a la Ania Dąbrowska jakoś mi nie pasuje do przemyślnie złożonej całości.
Maria Awaria to płyta dla ludzi o otwartych umysłach i liberalnych poglądach. Nie oszukujmy się, muzyką betonu się nie przebije i zawsze znajdą się tacy, którzy będą za wszelką cenę starali się zdyskredytować coś co ich przerasta. [m]
Strona artystki: www.maria-awaria.pl
24 listopada 2008
23 listopada 2008
Rachael: I Bet You Like Drug Instead Of Sex EP (wyd. własne, 2008)

Przejdźmy do konkretów. Otwierający materiał numer Asian Girl to przykład ostrego, garażowego grania. Konkretny, prosty riff, solidnie łojąca perkusja, chóralny, wykrzyczany refren. Energetyczny początek – niezbyt oryginalny, wręcz złożony z gotowych muzycznych klocków, ale ma to swój urok. Juditha to już przykład bardziej wymyślnego grania. Fajnie uzupełniający się wokaliści, „amerykański” motyw gitary, generalnie świetny podkład do upijania się w trupa. Ten wątek, ale pogłębiony, bardziej melancholijny, bardziej dołujący, kontynuuje Going Up In Smoke. Chyba najlepszy fragment płytki. Od początku do końca płynie swoim kojącym rytmem. Żeby słuchacz przypadkiem nie usnął Rachael przyśpiesza w V-66. Dobrze kombinują, sporo się tu dzieje w warstwie rytmicznej, bardzo jednak doskwiera amatorszczyzna brzmienia (o tym za chwilę). I na koniec All You Need Is Lead. To mógł być sztandarowy utwór zespołu. Zwrotki śpiewane przez oboje wokalistów trochę kojarzą się z harmoniami wokalnymi Iowa Super Soccer i miękko wchodzą w pamięć. Szkoda, że zabrakło pomysłu na refren i rozwinięcie tak uroczo zapowiadającej się kompozycji. Na tym przykładzie widać wyraźnie, że przed Rachael jeszcze dużo pracy. Ale początek jest dobry i mają nad czym pracować.
Największą i najbardziej zniechęcającą do tej EP-ki wadą jest brzmienie. A konkretnie brak brzmienia. Trzeba się bardzo zmobilizować, żeby wysłuchać do końca tego garażowego (piwnicznego?) materiału. Lepsze (jakiekolwiek) studio na pewno wydobędzie mocne strony Rachael. Warto się im przyglądać. A jeśli chcecie spróbować sami, całą EP-kę można ściągnąć ze strony zespołu. [m]
Strona zespołu: Myspace
Muchy + Rockaway – Rzeszów, Klub Vinyl 21.11.2008
Vinyl jest typowym małym, studenckim klubem. Salka na dwieście-trzysta osób. Przyszło około stu pięćdziesięciu. Tłoku nie było. Dwie rzeczy zabiły koncert. Akustyk i gość od oświetlenia wzięli sobie wolne i oglądali Gwiazdy tańczą na lodzie. Efektem była zbyt głośna perkusja i przytłumiony wokal. Oświetlenie działało w dwóch trybach: zwykłe żarówkowe światło oślepiające każdego z muzyków próbującego spojrzeć w stronę publiczności oraz tylne burdelowo-czerwone, dzięki któremu po scenie poruszały się wyłącznie ciemne plamy. Na tym zakończmy kwestie tzw. próby kontaktu zespołu z publicznością.
Jako support wystąpiła rzeszowska formacja Rockaway. Grupa dała się poznać szerszej publiczności jako zdobywca nagrody publiczności na tegorocznym festiwalu w Jarocinie. Grają prostego hard rocka i brzmią jak tysiące innych licealnych bandów grających hard rocka. Był cover Beatelsów, były blusowe zagrywki na harmonijce, były jaja, było śpiewanie sto lat. Bawili się dobrze - publiczność tak sobie. Mieli fajniejsze momenty gdy pod koniec pozwolili sobie na odjazd. Jednak koncertu nie mogę zaliczyć do udanych - zbyt dużo niechlujności i bałaganiastwa. I toporne utwory. Jedna rzecz pozostała w pamięci - tańczące dziewczę w koszulce Jacka Danielsa o niesamowicie długich nogach. Ech...
Chwilę później zainstalowały się „wszędobylskie” Muchy. Jeśli chodzi o wrażenia wzrokowe - między supportem a headlinerem przepaść. Rockaway wyglądali jak skrzyżowanie Guns'n'Roses z Led Zeppelin. A chłopaki z Much? Proszę - koszule, trendy fryzury, grube rogowe oprawki okularów. Zachód na wschód przyjechał :) Przy czym chłopaki sprawiali wrażenie sympatycznych i bezpretensjonalnych. Występ zaczął się od wyjaśnień wokalisty Michała Wiraszko na temat fatalnej kondycji zębowo-gardłowej. Tak naprawdę nie miało to większego znaczenia - akustyka (czyli jej brak) skutecznie zacierała wszelkie niedomagania głosowe. Zagrali prawie wszystkie kawałki z debiutu oraz co najmniej jeden nowy kawałek. Czy fajny? Ciężko określić z powodu kiepskiej dynamiki sączącej się z głośników. Publiczność z początku stała próbując coś wypatrzeć na scenie. Z utworu na utwór coraz więcej ludzi pozwalało sobie na luz. Głośniejsze brawa, prośby o Papierowy księżyc (nie było - kapela stwierdziła, że bez Frąckowiak ten kawałek nie istnieje) plus standardowe pogo pod sceną. Miasto doznań śpiewała już większość. Na bis zaserwowali Terroromans oraz największe zaskoczenie wieczoru - cover To France Mike Oldfielda. Uff... w wykonaniu Much było to i fajne, i energetyczne.
Mam nadzieję, że Wiraszko z ekipą nie zrażą się do miasta i jeszcze tu kiedyś wrócą. Ale do miejsca, które potrafi zapewnić odpowiednie warunki. Vinyl dał ciała na całego. Choć i tak będę dumny łaził po ulicach. Widziałem Muchy na żywo. Te Muchy!!! [avatar]
21 listopada 2008
Alternatywy 3/2 w Uchu (ale bez Balcerka)

Alternatywy 3/2
Rotofobia, California Stories Uncovered, Gentleman!
11 grudnia 2008, godz. 20
Klub Ucho, Gdynia
bilety: 15 zł
do nabycia przed koncertem
Rotofobia, California Stories Uncovered, Gentleman!
11 grudnia 2008, godz. 20
Klub Ucho, Gdynia
bilety: 15 zł
do nabycia przed koncertem
Alternatywy 3 to muzyczna inicjatywa Piotra Malacha, gitarzysty trójmiejskiej formacji Gentleman! Wydarzenie uzyskało nazwę „Alternatywy 3”, koncert miał być bowiem świętem szeroko pojętej muzyki alternatywnej wykonywanej przez trzy zespoły. Pierwszy koncert odbył się w kwietniu br. w gdańskim klubie Kwadratowa. Wystąpili: Gentleman!, Folder i Saluminesia.
Impreza została na tyle dobrze przyjęta, że organizatorzy postanowili ją kontynuować. Koncert tym razem odbędzie się w Gdyni, w najlepszym klubie muzycznym Trójmiasta, tj. w Uchu. Oprócz Gentlemana! zagrają: California Stories Uncovered oraz Rotofobia. Wszystkie trzy zespoły przed debiutem płytowym, wszystkie trzy w dobrej formie. Można więc na własne uszy przekonać się, czy warto czekać na ich płyty.
Strony zespołów:
www.myspace.com/rotofobia
www.csuband.com
www.myspace.com/gentlemanpl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie ...
-
Don't Panic We Are From Poland prezentuje / presents: 1. The Mothers Night Life In Big City [PL] Tytuł mówi wszystko. Kawałek na roz...
-
Gdy ma się tak dobrego wokalistę, przechodzą nawet sztywne i konserwatywnie poprawne kompozycje.
-
Zapraszamy do głosowania na płytę roku 2008! Zasady drugiej edycji zostały zmienione, aby umożliwić aktywność wyborczą również leniuchom, kt...
-
...i z tej okazji nie będzie żadnego kazania, podziękowań, pozdrowień czy imponujących statystyk. Będą dwie niespodzianki. Z pierwszej...
-
Według materiałów prasowych debiut Kumki Olik został przez krytyków i publiczność uznany za najważniejszy polski debiut roku 2009 . Cóż, w ...
-
Kiedy czytam niektóre komentarze dotyczace drugiej płyty Marii Peszek, mózg mi się lasuje, a resztki włosów na głowie stają dęba. Część nasz...
-
Gliwicka Fabryka Drutu to miejsce bliskie mi geograficznie, a mimo to do tej pory nie miałem okazji do niej zajrzeć. Powodem był mało i...
-
A mogło być tak dobrze. Plug&Play to właściwie jedyny polski zespół pasujący do kategorii dance-punk. Wiadomo o co chodzi: o ostre gitar...
-
Gdyby cała płyta była taka jak piosenka numer jeden…