30 czerwca 2008

Chasing The Sunshine: New Day Is Coming EP

Coraz bardziej lubię serwis Myspace. Przy odrobinie samozaparcia może stanowić kopalnię nowych odkryć muzycznych. Chasing The Sunshine to jedno z moich ostatnich. Moją uwagę przykuła często pojawiająca się w komentarzach do profili niewyraźna okładka w stylu zdjęć gwiazdkowanych przez panie z redakcji fotoblogów na Onecie. Ponieważ gust mamy podobny, kliknąłem na profil i tym sposobem wysłuchałem EP-ki schowanej za tym zdjęciem.

Informacje o projekcie są szczątkowe. Właściwie tworzy go jeden człowiek, Maciej Buźniak. Czasami z pomocą przychodzą jeszcze dwie osoby grające na basie, perkusji, grzechotkach czy pianinie. Brak daty powstania, biografii. Tylko skład, kontakt oraz ulubione zespoły. Nieważne, liczy się w końcu muzyka.

New Day Is Coming to 6 utworów zaliczanych do nurtu singer-songwriter oraz indiefolku. Mamy więc do czynienia z chłopakiem, który skomponował piosenki, napisał do nich teksty i zagrał je na gitarze akustycznej. W Anglii i USA rokrocznie wychodzą setki płyt artystów z tego kręgu, w Polsce póki co posucha. Tym przyjemniej posłuchać coś, co powstało w kraju nad Wisłą.

Ciężko wymienić poszczególne tytuły. Konwencja narzuca standardowy minimalizm. To tylko gitara + drobne barwy innych instrumentów. W tej muzyce liczy się co innego. Pasja, żarliwość, prawda. I tym stara się czarować Maciej. Czasami uderza w struny z mocą huraganu. Czasami załka smutnie. To rzuci gromkie Wake Up Wake Up Wake Up. Tytułowe New Day Is Coming ma w sobie coś z hymnu.

To nie są piosenki wielkie, daleko im do doskonałości. Z każdego dźwięku wyłazi nieporadność i naiwność wynikająca z młodego wieku twórcy. Ale potrafią zaintrygować, przyciągnąć uwagę. Są prawdziwe w swojej prostocie i toporności. Kto wie, jeśli chłopak się oszlifuje to może wyrośnie nam mężczyzna o jasnych oczach? Polski Connor Oberst? Czemu nie!

Jest tylko jeden problem, który może odstraszyć potencjalnych słuchaczy. Głos artysty. Jest dość skrzekliwy i rozlazły. Wrażenie jakby ktoś tarł styropianem o ścianę. Ale skoro Tatiana Okupnik znalazła swoich fanów, a Macy Gray z powodzeniem zagospodarowuje swoją niszę, pozostaje tylko życzyć wytrwałości! Ja w najbliższych dniach podrzucam EP-kę mojej nastoletniej siostrzenicy. Może pokocha? [avatar]

Strona zespołu: My Space

27 czerwca 2008

Dwanaście miesięcy z Don't Panic We Are From Poland w lekkostrawnym skrócie

UWAGA, BĘDZIE TRUĆ.

Roczek stuknął Don't Panic We Are From Poland! Dokładnie 27 czerwca 2007 zacząłem bawić się w pisanie bloga o polskiej muzyce alternatywnej. Alternatywnej, czyli tej której nie uświadczysz w komercyjnych czy nawet "misyjnych" publicznych (o ile nie jesteś człowiekiem-sową) mediach. Z pewnymi obawami - czy będzie o czym pisać, czy ktoś będzie chciał o tym czytać?

Praca recenzenta bywa przytłaczająca

Pierwszy wpis i od razu pierwsza wpadka - tytuł bloga, zaczerpnięty z piosenki Roberta Brylewskiego przypisałem Tymonowi Tymańskiemu (nie całkiem bezpodstawnie...), co zostało mi wytknięte przez czujnych czytelników. Pierwsza recenzja na blogu - to EP-ka zespołu Orchid, ściągnięta jeszcze z mojej poprzedniej strony (jej adres litościwie przemilczę). Zresztą przy okazji tej recenzji nawiązałem sympatyczny kontakt z orchidową młodzieżą, a to sprawiło, że nabrałem wiary we własne siły i sens prowadzenia bloga.

Lipiec 2007 przyniósł ciężką pracę przy nawiązywaniu kontaktów z artystami i wytwórniami. Było różnie, jedni ignorowali, inni obrażali się kiedy recenzja okazała się nie taka, jak się spodziewali, ale w większości przypadków ludzie ci okazali się niesamowicie przyjaźni i otwarci na wszelkie propozycje. Wtedy też zacząłem dostawać pierwsze płyty do recenzji, najpierw trochę wyproszone, trochę wymuszone (od czegoś trzeba zacząć, prawda?). Nigdy nie zapomnę uczucia, kiedy otworzyłem skrzynkę pocztową, a z jej wnętrza wypadła pierwsza koperta z płytą:) Dla ścisłości - była to EP-ka Julii Marcell, która w niecały rok od tego wydarzenia ma już swój debiutancki album wydany przez holenderską wytwórnię Sellaband. W lipcu powstał też Obserwator, który ma na celu wyłapywać co ciekawszych artystów nie posiadających jeszcze płyty, zwracać na nich uwagę fanów i - w pewnym sensie - pomagać w ich identyfikacji.

W sierpniu zaczął powstawać cykl "Jak wydać pierwszą płytę", który miał pokazać młodym artystom na przykładzie tych, którym się udało, jak zacząć swoją "karierę". Przy okazji pracy nad tymi "poradnikami" poznałem wielu fajnych ludzi, których niniejszym pozdrawiam i dziękuję im za wyrozumiałość:)

Off Festival zapoczątkował ciągle jeszcze raczkujący dział relacji z koncertów. To było duże wyzwanie ogarnąć tyle różnych wydarzeń muzycznych dziejących się w ciągu dwóch dni. Relacja nie jest może idealna (nie potrafiłem wtedy jeszcze wkleić do tekstu więcej niż jedno zdjęcie!), ale za to jaka będzie w tym roku! Przy okazji dziękuję państwu L. i ich zwierzętom za metę w Mysłowicach. Nie omieszkam skorzystać znowu:)

We wrześniu najważniejszym wydarzeniem była pierwsza część kompilacji We Are From Poland. Szalony pomysł, który ku mojemu zdumieniu okazał się wyjątkowo łatwy do zrealizowania. Owszem, rozmowy z artystami wymagały niemal benedyktyńskiej cierpliwości, ale nie zdarzyło się, aby ktoś zareagował zdecydowanie negatywnie. "Jedynkę" wspominam z wielkim sentymentem, bo było to pierwsze takie doświadczenie, kiedy udało się stworzyć coś z niczego. Nawet okładki dłubałem samodzielnie:) Odzew również był fantastyczny. Trudno mi podać dokładną liczbę ściągnięć składanki, ale szacuję, że było to ponad 2500 razy. [Dokładniej premiera była 1 października, ale niech już tak zostanie. We wrześniu pojawił się singiel promocyjny z piosenką Żabki zespołu Wakacje].

We wrześniu działo się też trochę wewnątrz Don't Panic. Pojawił się Camel, który napisał dwie recenzje Ścianki i zniknął (potem napisał jeszcze tylko jedną recenzję - CKOD). Zmienił się szablon bloga na ten, który istnieje do dziś.

W grudniu nieśmiało zacząłem cykl The Best Of Polish Alternative. Na pierwszy ogień poszła płyta Happy Pills Lo-Fi, którą napisał Emil z zaprzyjaźnionego bloga muzak! Ambicje związane z tym cyklem miały charakter imperialny, jednak póki co powstały tylko cztery recenzje - mam nadzieję kiedyś do tematu powrócić. 19 grudnia wyszła druga część We Are From Poland z sarenką i małą dziewczynką na okładce. A dzień później pierwsza relacja z koncertu klubowego - trafiło akurat na świetny występ Gabrieli Kulki.

W styczniu 2008 najważniejszym wydarzeniem był pierwszy plebiscyt Panikarze 2007, czyli wybór najlepszej płyty, EP-ki, debiutu i wydarzenia roku 2007. W tym miesiącu po raz pierwszy pojawia się też zapowiedź koncertowa.

W maju pojawia się pierwsze recenzja Avatara (debiutującego zespołu More Than Three), który wkrótce dołącza do Don't Panic i tak oto powstaje wreszcie dream team, czyli REDAKCJA. Skromna, ale za to żywotna i pełna zapału! 30 maja po długim porodzie przychodzi na świat We Are From Poland Vol.3 - tym razem wzbogacone o kompletną książeczkę ze zdjęciami. [Salut to my friends!]

I tak docieramy do współczesności, czyli do dnia, kiedy piszę te słowa i łezka kręci mi się w oku, i coś wierci w nosie. Wzruszenie czy co? Idę się wysmarkać! [m]

25 czerwca 2008

Neonovi: Neonovi (Sonic Alternative Nation Group, 2008)

Neonovi to przede wszystkim jedna postać. Tomasz Rzeszutek, lider Jesus Chrysler Suicide. Płyty kapeli (z wybitną Schizovirus O na czele) cechuje jedno słowo – odjazd. Regułą jednak jest, że w pewnym momencie następuje zmęczenie materiału (ileż można wiecznie hałasować?) i artyści szukają innych dróg wyrazu. Czasami efektem tego są radykalne zmiany stylistyki (vide CKOD z Afterparty), bądź płyty solowe, zwykle zawierające spokojniejszą muzykę (choćby świeży Xperyment Jacka Kuderskiego). W tym przypadku chowane przez lata utwory, które odstawały stylistycznie od macierzystej formacji, zaowocowały powstaniem projektu pobocznego frontmana.

Początki zespołu sięgają 1999 roku, jednak kompletowanie składu, zmiany personalne, działalność JCS spowodowały, że debiut ujrzał światło dzienne dopiero teraz, dziewięć lat później.

Na płycie jest 10 utworów. Nie znajdziemy na niej szaleństw Jesusów, ale na szczęście, nie ma także akustycznego smęcenia charakterystycznego dla wydawnictw solowych wielu eksliderów. To zespół doświadczonych muzyków, z porządną sekcją rytmiczną i wiedzących do czego służą gitary. Aha, brak także ballad!

Mam wobec albumu ambiwalentne odczucia. Płytę można podzielić na dwie części. Ale po kolei. Zaczynają mocnym openerem. Anioły jeszcze walczyć chcą to toolowate patenty, warcząca gitara, orientalizmy i mroczny klimat. Gdzieś w drugiej połowie utworu następuje całkowita zmiana kompozycji, która robi niesamowite wrażenie swoją nerwowością! W Supernowym dosłuchuję się motywów ostatnich dokonań Red Hot Chilli Peppers. Dom bez klamek to idealny kandydat na przebój radiowy. Ładnie rozegrane wejście, urocze (przeurocze!) chórki sprawiają, że refren sam przylega do świadomości i nie chce odejść. I jeszcze jeden utwór – Bez Ciebie. Stworzyłem dla siebie taki termin „crash songs”. To piosenki, przy których mam ochotę wdepnąć pedał gazu ile fabryka dała i zrobić ride jak na teledysku The Cardigans. Bez Ciebie jest od niedawna w czołówce tej listy.

Pięć pierwszych kompozycji słucha się bezboleśnie. Energetyczne rockery, przy których można odetchnąć, popogować na koncercie i wierzyć w siłę muzyki rockowej. Od numeru szóstego dzieje się coś strasznego. Chłopaki tracą jaja. Kompozycje, mimo sympatycznego grzania, stają się jakieś miałkie i ciężko pozbyć się wrażenia, że są jakieś... pustawe. Na krawędzi i Czarna Mary zaczynają się obiecująco, ale wszystko psują refreny. Zabrakło pomysłów? Muzycy chcieli pograć sobie pop-rocka? Bo czym wytłumaczyć istnienie czegoś takiego jak Wiosna? Druga połowa płyty przypomina mi ostatnie dokonania Róż Europy. Czyli takie pitu-pitu, byle był melodyjny refren i zwrotka.

Co ciekawe dualizm ten dotyczy też warstwy tekstowej. Podział taki sam: pierwsza część to naprawdę porządne teksty (ciepło przedstawiony świat niepełnosprawnych ludzi w Domu bez klamek bądź miłosne wyznania w Niebie), ale np. w Wyspie słyszymy banały: O czym marzysz, o czym śnisz/ powiedz tylko tak, uciekniemy dzisiaj stąd/ odrzuć strach, tego nie potrzeba nam/ serce wie gdzie najlepiej jest.

Osobne słowa uznania należą się dykcji Tomka Rzeszutka. Dysponuje mocnym, wyraźnym głosem. Cudzoziemcy mogą się uczyć języka studiując teksty. To rzadko spotykana cecha.

Mam nadzieję, że następna płyta będzie bardziej spójna. Jak można przeczytać na stronie zespołu, w jego repertuarze jest jeszcze kilka killerów, których z niewiadomych powodów nie umieszczono na debiucie. Czekam więc grzecznie na album nr 2. [avatar]

Strona zespołu: www.neonovi.art.pl/

23 czerwca 2008

Obserwator: Kolorofon

Brakowało na naszej scenie formacji grającej w stylu The Rapture albo Supersystem, prawda? Przynajmniej mnie tak. Nie ma problemu, jest Kolorofon. Trio w składzie P (wokal, gitara, kompozycje, teksty), Po Prostu Piotrek (bas) i Bart Kamiński (perkusja) gra ze sobą dopiero od początku tego roku, a już ma na koncie kilka obiecujących piosenek i przygotowuje się do wydania płyty. Mogą zamieszać, jeśli płyta utrzyma poziom Zapałek czy Łobuza.

Padły już tytuły, zatem czas zapoznać się z trzema utworami udostępnionymi na majspejsie grupy. Zapałki to mój faworyt. Świetny numer utrzymany w stylistyce dance punka rodem z USA, czyli The Rapture albo !!! (Chk Chk Chk). Taneczny motyw, przebojowe partie gitary i syntezatora oraz psychodeliczny tekst (Poukładajmy razem zapałki/ Pogrążeni w orbity różnych pastylek/ Proszków od bólu głowy i witamin/ Podzielmy dokładnie ten stołu odcinek) sprawiają, że pierwsza część piosenki stanowi prawdziwą taneczną bombę. Potem mamy zaskakujące przełamanie, fragment niemal plemienny i końcówkę pogrążającą w transie. Duża niespodzianka! W podobnej stylistyce utrzymany jest Łobuz; może nieco bardziej w klimatach lat 80., więcej tu klawiszy, ale i fajnie wplecionej gitary. I znowu dłuższy fragment transowy na koniec. Na tle tych dwóch nagrań trzecie, Bomba atomowa, wypada zgoła odmiennie. Na początku dostajemy chropawy gitarowy riff, potem słodką melodię i zupełnie popowe rozwinięcie. Jest też trochę syntezatorowego „psucia” melodii i rytmu. W efekcie wyszło coś jak mieszanka laptopowej elektroniki z mysłowickim popem spod znaku Myslovitz czy Delons.

I tyle. Zespół rokuje dobrze. Tak się mówi w takich sytuacjach. Chłopaki mają pomysły, umieją je wykorzystać. Pozostaje tylko czekać na płytę. [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/kolorofon

20 czerwca 2008

Obserwator: Marcelle Spirit

Na zespół natknąłem się przypadkowo – grali jako support przed wrocławskim Oceanem w jednej z rzeszowskich knajp. Podczas rozstawiania sprzętu nie wywołali u mnie najlepszego wrażenia. Wokalista – zakompleksiony student we flanelowej koszuli, basista w dredach, pałker z gołym torsem, o aparycji Jima Morrisona, gitarzysta taki jakiś cichy. Plus mnóstwo koleżanek i przyjaciółek. Spodziewałem się klasycznego hard-rocka. Zagrali. Wystarczyło, bym po koncercie podszedł do zespołu i kupił CD-Ra z zapisem ich garażowej przeszłości. Od tamtej pory regularnie śledzę ich poczynania.

Pochodzą z Łańcuta, pod nazwą Marcelle Spirit występują od 2007 roku. W tej chwili pracują nad pełnowymiarowym debiutem, a na swojej stronie www udostępnili trzy utwory pod hasłem Promo 2007. Muzyka grupy to rozszalałe gitarowe granie, nie stroniące od solówek (Niekochane). Przy czym gitary brzmią dość ciężko, masywnie, często nakładając się na siebie w intrygujący sposób. W Latarniach na Reymonta uświadczyć można próby ozdobienia utworu elektroniką, ale widać, że jeszcze nie mają pomysłu na jej szersze zastosowanie. Niekochane to fajny schizofreniczny początek – warcząca gitara wzmocniona obłąkanym szepto-śpiewem. Klepsydra nie wyróżnia się niczym szczególnym, choć nie jest to zły utwór.

Muzycy lubią melodie. Każdy utwór skonstruowany jest według klasycznej zasady zwrotka-refren. Mimo to nie rażą sztampowością, zadbano aby i w nich sporo się działo. Mamy nałożone dwie ścieżki dźwiękowe (jedną wysoką, drugą niską), krzyk skontrastowany z szeptem oraz zmiany tempa. Wokalista umie śpiewać, czego dowodzą dość skomplikowane linie melodyczne. Spotkałem się z opinią, że Pjotral ma dość dziwną manierę wokalną. Cóż, porównując wrażenia z koncertu i dema stwierdzam, że w nagraniach studyjnych się hamuje i jego głos i tak jest ugładzony. Podczas występu zdarzało mu się nierzadko krzyknąć niczym Mike Patton. Miód.

Testowo – przyzwoicie. Teksty tak zwane „życiowe”, wyrażone metaforami. Nie mam zacięcia humanistycznego, ale teksty ani ruszają, ani rażą infantylnością. Ale to dopiero początki.

Jeśli na nadchodzącej płycie zespół zamieści więcej takich melodyjnych kawałków może wychylić się z morza anonimowych zespołów. I ciężko będzie przypiąć mu łatkę zespołu juwenaliowego. Pierwsze jaskółki już są. Utwór Klepsydra znalazł się na składance Piorta Kaczkowskiego Minimax 5.pl. [avatar]

Strona zespołu: http://www.marcellespirit.com/

19 czerwca 2008

Variete: Zapach wyjścia (Kuka Records, 2008)

Variete to dziwny zespół. Z jednej strony legenda polskiej muzyki, z drugiej formacja, o której prawie się nie mówi i mało kto zna jej nowe nagrania. A to już druga płyta po reaktywacji zespołu, tym razem będąca plonem wyprawy duetu, (duetu, ponieważ trzon Variete tworzą Grzegorz Kaźmierczak i Marek Maciejewski) do Nowego Jorku. Przyznam się, że Zapach wyjścia wywołuje u mnie mieszane uczucia. No bo właśnie – zespół legenda, zasłużeni muzycy, weterani podziemia itp. A więc szacunek, lekkie ugięcie kolan przynajmniej. A jednak nie padam na kolana, no bo właśnie – płyta, mimo iż liczy tylko osiem utworów, jest monotonna, nużąca, wywołuje uczucie zmęczenia. Nie wiem czy to wina głosu Kaźmierczaka, czy realizacji, która miała być w założeniu dynamiczna, a wyszła jakaś taka senna.

Lider zespołu jest przede wszystkim poetą, dopiero potem wokalistą. Płyta w limitowanej wersji zawiera maleńki tomik wierszy Kaźmierczaka, które pozwalają lepiej wczuć się w atmosferę piosenek, zrozumieć założenia przyświecające powstaniu tego albumu. Tomik nosi tytuł Bydgoszcz-Nowy Jork i to już sporo wyjaśnia. Kaźmierczak zestawia ze sobą dwa światy. Ten pierwszy to znajome miejsca, codzienność, drugi jakby inna planeta, której narrator przygląda się chłodnym okiem podróżnika-odkrywcy. Przyznam się – lepiej mi się czyta te wiersze niż ich słucha.

Piosenki zarejestrowano w Nowym Jorku z udziałem pozyskanych na miejscu muzyków sesyjnych. Gra sekcji Dixon-Franceschini jest więcej niż poprawna, ale w procesie postprodukcji zgubiono gdzieś dynamikę i funkową energię. Utwory zlewają się ze sobą i z pierwszych czterech został mi w głowie właściwie tylko nr 3 – Chłopcy, a to i tak ze względu na tekst opowiadający o strachu przed lataniem zagłuszanym buteleczkami wódki, i refren Slow down, slow down, guys. Interesujący wydaje się też Punkt – transowy, motoryczny (choć mógłby być mocniejszy rytmicznie). Pod koniec robi się trochę bardziej energicznie za sprawą Zmiany, gdzie fajnie uzupełniają się partie klawiszy i gitary, a rytm w pewnym momencie nabiera niemal klubowego posmaku. Podoba się też Ulewa, która ma największy potencjał komercyjny – jeśli w ogóle można w tych kategoriach mówić o muzyce Variete. Ciekawy finał stanowi jedyna piosenka zaśpiewana po angielsku, More&More. Pojawiają się tu dubowe smaczki, a głos Kaźmierczaka chwilami przypomina mi wokal Tymona Tymańskiego w jego najspokojniejszych piosenkach. Spośród pozostałych utworów zaciekawia także Manhattan; mam wrażenie, że w motywie klawiszy słyszę Massive Attack. Albo to tylko złudzenie?

Być może nie doceniam tej płyty, pewnie znajdą się osoby, którym bardzo przypadnie do gustu. Na pewno trzeba mieć do jej słuchania odpowiedni nastrój. Na pewno nie jest zła. A reszta i tak zależy tylko od was. [m]

Strona zespołu:
www.myspace.com/variete

17 czerwca 2008

Öszibarack: Plim Plum Plam (2-47 Records, 2008)

Ich debiut w 2004 roku zachwycił rozmachem i eklektyzmem. Zjawiskowo wdarł się w polski pejzaż muzyki klubowej. Jeden z utworów (Skirts Up!) trafił do reklamówki Heyah – to w Polsce nie zdarza się debiutantom. Teraz, jeśli wierzyć okładce, wracają jeszcze bardziej wyluzowani, bezczelni (ach ta guma balonowa), lansiarscy, pewni siebie, by znów porozstawiać po kątach rodzime tuzy muzyki rozrywkowej.

Ogrom pomysłów przytłacza! Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do sytuacji, że piosenkę tworzy się owijając główny motyw w elektroniczne urozmaicajki i rozszerzając go na refreny i zwrotki, musi wytężyć uwagę. Tu jest normalne, że smaczki serwuje się w przeciągu dwóch minut. Za reprezentanta niech posłuży Point Blank. Utwór rozpoczyna się prawie punkową nawalanką w beczki, zwalnia do suchych elektronicznych bitów, a w refrenie uderza nu-jazzowymi trąbkami. Otwierający album Anchor Up to doskonałe połączenie żywych instrumentów z wyrafinowanym plumkaniem; niesie w sobie przestrzeń i soczysty zastrzyk świeżości. Twitter zaczyna się motywem, który mógłby być kanwą piosenki Zdzisławy Sośnickiej czy Haliny Frąckowiak w czasach ich świetności. I nie ma przebacz, nie ma czasu na oddech. Otrzymujemy dziesięć killerów, które zawojują modne kluby z drogimi drinkami i różowymi ścianami. Jedynym wyjątkiem jest wzruszająca ballada Motocross, gdzie na moment pląsające ciało może pozwolić sobie na przytulankę.

Podoba mi się to, że na płycie, mimo wszechobecnej elektroniki z przeznaczeniem na klubowe parkiety, wyraźnie uwypuklony jest czynnik ludzki. Nie ma miejsca na automat perkusyjny wypluwający bity z nieludzką precyzją, mamy do czynienia z bębniarzem z prawdziwego zdarzenia. Partie basu generują autentyczny feeling, ciężko powstrzymać się od rytmicznego przytupywania nogą. Dodatkowym atutem jest głos wokalistki DJ Patrisii. Dziewczyna ma zmysłowy głos, który umie doskonale wykorzystać. Ja wymiękam od tego szeptu, mruczenia, zalotności, który zaprasza do tańca, obiecuje przygodę, wabi niczym syrena.

Mankamentem wydawnictwa jest brak ewidentnych przebojów. Największą szansę na zaistnienie w szerszej świadomości ma Stop Calling Me Skinny. Pozostałe utwory są bardzo dobre, jednak melodie nie plątają się po głowie w pracy, w markecie, czy w tramwaju. Czy to źle? Chyba nie, to nie jest muzyka czysto użytkowa, jednorozowa. Na imprezie może i przemykać niezauważalnie, ale już podczas np. kolacji, gdzie mózg nie jest zajęty interpretacją wielu dźwięków, potrafi zauroczyć. Tytułowe plim plum plam w tym wypadku nie oznacza plumkania i smęcenia. Dla mnie to wyraz swady, z jaką zespół porusza się po różnych obszarach i stylach. Jak Calineczka skaczą z kwiatka na kwiatek. Plim... plum... plam... [avatar]

Strona zespołu: http://www.oszibarack.pl/

16 czerwca 2008

Mass Kotki: Miau miau miau (Pasażer, 2008)

Mass Kotki były uznawane kiedyś za zespół feministyczny. Jako dowód tej tezy podawano zwykle tematykę dwóch najsłynniejszych utworów duetu: Brutalny erotyzm (o pornosach za 30 zł) i Rocco (o gwiazdorze porno specjalizującym się w seksie analnym). Katiusza i Lady Electra zawsze słynęły z ostrego języka i bezkompromisowej postawy, ale czasy się zmieniają. Mass Kotki nie tylko nie są dziś feministkami, one są wręcz antyfeministkami! Do tego ich muzyka stała się zabójczo przebojowa, taneczna i... melodyjna. Jeśli ktoś po tym wstępie odczuwa lekki niepokój, niech się odpręży. Kocie damy nagrały najlepszą – wcale nie dlatego, że jedyną – polską płytę electropunkową tego półrocza.

Od czasu debiutu trochę się w muzyce Mass Kotek zmieniło. Piosenki są lepiej pomyślane, bardziej zróżnicowane brzmieniowo i tematycznie. Bity i klawiszowe pasaże nadal są mocno oldskulowe, bas Katiuszy nadal znajomo powarkuje, a jednak płyty słucha się znacznie lepiej. Utwory o punkowej energii sąsiadują tu z dyskotekowymi kilerami, a krzykliwe wokale od czasu do czasu nabierają zaskakującej melodyjności. Nadal mamy do czynienia z prostą, wręcz prymitywną produkcją, ale już bardziej ucywilizowaną i dopracowaną pod względem modnych obecnie brzmień.

Płyta zaczyna się od ultraszybkiego kawałka Koszeczka, w którym tytułowe miauczenie odgrywa decydującą rolę, ustawiając odpowiednie proporcje między powagą a ironią. Kilka kawałków kontynuuje ten punkowy wątek (Siniaki, Sing For The Mass), jednak płyta jako całość ciąży ku rejonom tanecznym, dyskotekowym wręcz. I dobrze, bo dziewczynom świetnie to wychodzi. Weźmy chociażby kapitalny Drętwy mózg, który swoją kwadratową, industrialną rytmiką zabawnie nawiązuje do stylu Rammsteina. Albo Forever 18, bliźniaka I’m Hit duetu Robots In Disguise, z brudnym, buczącym basem i agresywnym bitem. I Sweet Melody otwarcie flirtujące z brzmieniami popu lat 80. Czy Muzę, klimatem nawiązującą do twórczości Miss Kittin. Albo Sukienkę, z przewijającym się przez całe nagranie arabsko-orientalnym motywem. Czy ukryty jako bonus utwór w stylu obciachowego disco z uroczymi dziewczęcymi wokalizami. Właściwie nie słyszę tu żadnego słabszego kawałka, którego można by z czystym sumieniem wskazać do odstrzału. Zadziwiające, bo płyta liczy aż 16 tracków. I wszystkie potrzebne!

Muzyka to jednak ta mniej ważna połowa twórczości Mass Kotek. Zasadniczą rolę odgrywają teksty i postawa dziewczyn wobec rzeczywistości. Jak na pierwszej płycie, tak i teraz, komentują co popadnie, skupiając się na tym, co wchłoną z telewizji i Internetu. I tu nachodzi mnie refleksja: a gdyby tak postawić obok siebie Miau miau miau i Afterparty? Otóż Kocice zjadają na śniadanie pretensjonalną lirykę Ostrowskiego i Wandachowicza – w tekstach dziewczyn jest luz i dystans, w tekstach CKOD histeria i bezsilność. Brzmieniowo oczywiście płyta CKOD jest lepsza, ale śmiem twierdzić, że prościutkie aranże Mass Kotek bronią się znacznie lepiej od przeładowanych efektami kompozycji Cool Kidsów. Wpadają w ucho, świetnie pasują do tej żartobliwej, popkulturowej stylistyki. Teksty dzielą się z grubsza na trzy tematy: faceci to świnie (Alcatraz), laski to wyrachowane zdziry (Sukienka), a niektórzy nie potrafią dorosnąć mimo 35 lat na karku (5-10-15). Do tego coś o kotach (Potrzebuję rybiej krwi – ten refren, zaśpiewany na dwa głosy, położył mnie na glebę), gwiazdkach Pudelka (Metamorfoza) i kobiecie biegającej po mieście z laserem (Devochka Terminator). Może to brzmieć z lekka głupawo, ale dziewczyny piszą naprawdę fajne, dowcipne i bardzo, bardzo złośliwe teksty. Genialnie wypadają wyznania gwiazdki w typie Dody, deklamowane z przesadną starannością, takim nuworyszowskim „ą, ę” (to musi być o Dodzie): Pragnę mieć wszędzie znajomych/ W modnych klubach i na giełdzie/ Obracać się wśród sław/ Chcę mówić cześć do gwiazd/ To musi być zajebiste uczucie/ Kiedy człowiek jest na samym szczycie. W najbardziej chyba prowokacyjnej piosence Maryja, Mass Kotki namawiają Matkę Boską do wyjścia na imprezę (Widziałam na obrazku twoją smutną twarz/ Hej, może podrzucisz dzieciaka babci?). Mass Kotki bezlitośnie obnażają głupotę i pustkę współczesnych młodych kobiet, dla których liczy się tylko dobry wygląd (Very big tits and a very small ass), drogie ciuchy (A może zrobię to na jego koszt/ I każę sprowadzić ją sobie z Włoch?) i nadziany misiek u boku. Czasem coś nie wyjdzie tak jak było zaplanowane i operacja się nie uda, wtedy nasza niedoszła piękność biega po mieście z laserem szukając lekarza, który sfuszerował zabieg (To miała być zwykła operacja/ Nic nie boli gdy laser działa/ Przepraszam, wystąpił krytyczny błąd/ Lekarz jest dawno daleko stąd). Katiusza i Lady Electra zwyczajowo składają też hołd rokendrolowemu trybowi życia (Rock’n’roll jest okrutny/ I nie wiem jak długo jeszcze pociągniemy/ Rock’n’roll nas bardzo lubi/ Kochanie, my właśnie tak żyjemy!).

Miau miau miau słucha mi się świetnie. Daje kopa i zastrzyk ironicznego humoru. Inteligentna zabawa. Polecam. [m]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/masskotki

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni