25 listopada 2009

London Type Smog: Co ja mam? EP (wyd. własne, 2009)

Pochodzą z Siemianowic Śląskich i można było o nich usłyszeć po raz pierwszy w 2008 roku za sprawą trzyutworowego dema. Na pierwszy rzut oka kolejny indie zespolik, ale po kilku przesłuchaniach doszedłem do wniosku, że w chłopakach drzemie jakiś „mól ukryty”, coś co skutecznie burzyło im gładką strukturę kompozycji. A to przyjemny przester, niespodziewane sprzężenie, nawet trafił się im miły gitarowy odjazd. Oczywiście to żadne wielkie halo, ale fajnie, że już w pierwszych swoich kawałkach chłopaki postanowili pokombinować.

Rok później powracają z nową EP-ką. Strona myspace wita nas sporą fotografią, a na niej czterech ładnie uczesanych chłopców w marynarkach. Beatlemania? Nic z tych rzeczy. Miłośnicy londyńskich mgieł kontynuują drogę obraną na demówce. Niestety, tam razem instrumentaliści trochę sobie odpuścili warstwę muzyczną. Grają jakoś normalniej, bardziej zachowawczo, bez wcześniejszego szaleństwa.

Sytuację ratuje wokalista Paweł Osowski. Nie wiem, kto skrzywdził chłopaka, ale w tekstach czuć z trudem powstrzymywaną złość. Na bank chodzi o kobietę. Cóż, powstały dość ostre teksty, które w ustach młodego człowieka brzmią z jednej strony intrygująco, a z drugiej - pozostaje mieć nadzieję, że to tylko kreacja sceniczna. Posłuchajmy fragmentu Magazynu wyobraźni: Odkładam cię w magazynie wyobraźni/ W moim świecie nietykalnym/ W moich myślach dla nikogo. Dość zaborcze, prawda? Z kolei TV serce opowiada o uczuciach na pokaz, podpatrzonych w telenowelach. Chociaż deklaracja Weź do ręki broń/ Tak spokojnie/ Ja tylko się boję nadaje wypowiedzi niepokojącego kontekstu. Słuchając kawałka O Niej mimo budowanej nieporadnie ściany dźwięku na myśl przychodzą mi porównania z wczesnymi dokonaniami CKOD. Za sprawą wokalu właśnie. Paweł, podobnie jak Krzysiek Ostrowski, moduluje głos pomiędzy skandowaniem, recytacją a śpiewem. Jedynie Opowiedz jak się czułem przypomina klimat dema. Chłopaki mogą sobie wreszcie pograć trochę inaczej, wytworzyć drugi plan, a słuchacz słyszy bardziej melodyjny śpiew.

Cóż, nowa odsłona London Type Smog to przede wszystkich popis kształtującej się pokręconej osobowości Pawła Osowskiego. Pozostali muzycy zostali odsunięci w cień. Osobiście najbardziej podoba mi się w tym wykonaniu koncepcja fifty-fifty, gdzie każdy ma swoje miejsce bez zbytniego wybijania się. W Parasolach spadochronach z dema zdała świetnie egzamin, więc dlaczego teraz tego zabrakło? [avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/londontypesmog

24 listopada 2009

Plug&Play: Whoreship EP (wyd. własne, 2009)

Nie wiem czy muzycy Plug&Play czytali recenzję swojej ostatniej EP-ki autorstwa [m], ale na najnowszym wydawnictwie do minimum ograniczyli plastikowe klawisze. Owszem - wyłażą one gdzieniegdzie, ale ogólnie zostały odsunięte na dalszy plan. Lublinianie z kolei sięgnęli po bardziej wyrafinowaną elektronikę, dzięki czemu kompozycje zyskały na przestrzeni. Mimo to Plug&Play wciąż gra swoją mroczną odmianę post-punkowego dziedzictwa.

Co jeszcze się zmieniło? Niemal całkowicie porzucili element określany wcześniej jako dance punk. Na Whoreship nie znajdziemy parkietowych wymiataczy, w żadnej kompozycji nie dopatrzymy się odpowiednika choćby Under The Sun. Królują średnie tempa; chłopaki wyraźnie zwolnili. Chociaż nie, Stop Me ma niezłe przyśpieszenia, o sporym ładunku furii i krzyku, ale... to nie są rzeczy do tańczenia. To nie Partydie, w takt którego można się wić i przeżywać melodię. Gdyż proszę państwa w najnowszej odsłonie Plug&Play postawił na klasyczne shoegaze.

I byłoby bardzo fajnie, gdyby nie fakt, że najnowsze dokonania bardzo, bardzo przypominają Editors. Tak, na Porcysie wyrazili to w dość nieparlamentarny sposób, ale nie ma co się za bardzo obrażać. Analogie są zbyt czytelne. Można pisać, że muzycy w twórczy sposób czerpią z dokonań zimnej fali, pochwalić chłód Joy Division czy podeprzeć się nowojorską sceną wyrosłą na Interpolu. Ale to wciąż przywodzi na myśl dokonania Editors. The Most Beutiful Face jest tego najlepszym przykładem. Mamy nerwowo ciętą gitarę, dudniący bas, apokaliptyczny klawisz i klimatyczną elektroniczną wstawkę. Wokal Kuby jest odpowiednio niski, programowo cierpiący i bolejący. Kawałek ma wszystkie cechy, które znajdziemy w jakimkolwiek utworze z The Back Room.

Odstawmy na chwilę porównania na bok. Pod takim warunkiem Whoreship prezentuje się niczego sobie. Najważniejsze - lublinianie wciąż mają w zanadrzu kilka świetnych melodii. Rozpoczynający EP-kę Enemy jest tym najbardziej przebojowym i jako jedyny w zestawie przypomina starsze dokonania. Mimo tego co stwierdziłem wcześniej, stara się rozruszać zastygłe kości. Stop Me próbuje poruszyć przenikającym się schizofrenicznym hałasem i klawiszowym wyciszeniem. Dość smutne jest Lost A Friend z intrygującym, niespokojnym zakończeniem. Jedynie co nie wyszło chłopakom to What Would Freud Say. Jąkania wokalisty na wstępie skutecznie obrzydziły mi resztę utworu.

Najnowszej EP-ki Plug&Play da się słuchać. Ale w ustach pozostaje mały niesmak, że mimo wszystko jest to krok do tyłu i zagubienie własnej inwencji w rozwój gatunku. Najnowsza EP-ka nie skreśla zespołu - wciąż ma zalążki na przyzwoitą kapelę. Dlatego wierzę, że Whoreship to jedynie potknięcie w karierze.[avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/plugandplayband

23 listopada 2009

Obserwator: Ja Mmm Chyba Ściebie

Na początek ostrzeżenie. Będziemy się dziś zanurzać w oparach lekkiego absurdu. Kto nie lubi, niech ma się na baczności.

Punkowa Grupa Rozweselająca Ja Mmm Chyba Ściebie intryguje nie tylko swoją wybijającą się ponad przeciętność nazwą. Sama stylistyka, w której poruszają się muzycy, nie pozwala od nich oderwać wzroku. Strach przegapić coś takiego - sześciu superbohaterów na scenie!

To, z czym mamy tu do czynienia, jest na pograniczu kabaretu i zespołu muzycznego. Ale tego nie dało się uniknąć. W końcu połowa składu to ludzie dobrze znani z działalności w grupie Łowcy.B. Dzięki temu mamy okazję podziwiać umiejętności wokalne Mariusza Kałamagi (Basen/Wojciech Weekend), Sławka Szczęcha (Zlew/Wlew) oraz Bartka Góry (Góra/ Pan Góra od garów - kuchcik wszystkich Superbohaterów). Skład uzupełniają Jakub Wesołowski (Jego Szerokość Przeszkadzajka), Sławomir Wierny (Ojciec Sławek, który gra także w zespole Division By Zero) oraz Przemek Zeliasz-Hoang (Ciocio San Q). Skład bardzo zacny. Choć jak sami o sobie mówią, bliżej im do „podśpiewywaczy” niż do zespołu.

Podczas występu na scenie ich umiejętności wokalne nie liczą się w tym samym stopniu, co talent showmeński. Podobną zasadę możemy odnieść do ich nagrań. W utworach na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się warstwa tekstowa. Nie zawsze powiązana przyczynowo-skutkowym rozumowaniem, jednak robiąca niezapomniane wrażenie. Prześmiewcze, absurdalne i ocierające się o surrealizm teksty zapadają w pamięć. Do tego dodajcie sobie prostą i przyjemną melodię - od tych nagrań trudno jest się uwolnić. Dzięki zespołowi mamy szansę poznać nową interpretację świąt Wielkanocnych (Kiedy Hesus Śmigus Dyngus) czy nowy wizerunek Świętego Mikołaja, który pełen mrocznych mocy mknie na saniach. W utworze To tu to tam padają znamienne słowa: Bo życie jest jak chemia/ Nie do zniesienia/ Więc wszystkie swoje kwasy olewam zasadami/ A wszystkie swe zasady popieram pierwiastkami, procentami, promilami, a-to-mami. Uznajmy to za manifest grupy, z którym nawet ja chciałabym się identyfikować.

Punkowa Grupa Rozweselająca (wiele mówiący skrót PGR) spełnia swoje zadanie w stu procentach. Nie warto wdawać się w dywagacje, ile w ich działalności jest muzyki, a ile akcji komediowych. Bo chociaż „jak mawia o nich sam pan Fisz: Ja Mmm Chyba Ściebie [są] 30 cm ponad dźwiękami”, to jednak robią to z takim wdziękiem, że trudno się oprzeć ich urokowi. Nie zostaje nic innego, jak tylko poddać się temu szaleństwu, najlepiej na występie na żywo. [spacecowboy]

Strona zespołu:
www.myspace.com/jammmchybasciebie

21 listopada 2009

Soniamiki: 7 P.M. (Moanin, 2009)

Wielu artystów niezależnych narzeka, że w Polsce nikt nie chce wydawać im płyt. Bo ryzyko, bo koszta, bo się nie sprzeda, bo Empik nie weźmie na półki. I się zniechęcają. Nie inaczej było w przypadku Zosi Mikuckiej, znanej pod pseudonimem Soniamiki. Ale w tym przypadku historia potoczyła się inaczej. Zamiast się zniechęcać, wysłała próbki swojej twórczości do pierwszego dużego miasta za naszą zachodnią granicą – Berlina. Materiałem zainteresowały się dwie niezależne wytwórnie, a jedna z nich – Moanin – właśnie wydaje debiutancki album Sonimiki. Tak po prostu.

Pewnie wielu z was zdziwi się jeszcze bardziej, gdy dowie się, iż nikt nie próbował przerabiać Zośki na zachodnią wokalistkę. Chce śpiewać po polsku? Niech śpiewa! I to fakt – ta płyta jest w dużej części po polsku. Ciekaw jestem jak odbiorą ją Niemcy? Czy chętniej zaczną się uczyć polskiego? Czemu nie, Soniamiki jest przecież świetną reklamą naszego kraju: ładna, dobrze śpiewa i do tego wszystko robi sama. Moanin sprytnie wykorzystuje słabość Niemców do elektroniki, nazywając Polskę Mekką oldskulowych, inspirowanych latami 80. domowych elektroników. Czy takie działania spowodują, że firmy zza Odry zaczną poszukiwać w Polsce inspirujących artystów? Nie chcę się zagalopować, ale... pomarzyć przecież można.

7 P.M. to 14 piosenek zaśpiewanych po polsku i angielsku, a w większości w obu tych językach jednocześnie. Zosia ze swobodą przechodzi z polskiego na angielski i odwrotnie. Co ciekawe, nic przy tym nie tracąc na atrakcyjności i melodyjności wokali. Ta płyta pełna jest wkręcającego popu. Wokal Zośki momentami ociera się o styl z list przebojów, ale w oprawie surowych, ascetycznych wręcz bitów, nabiera zupełnie innego charakteru. Do określenia „pop” dodaje jakże cieszący moje uszy przedrostek „alt”. Najbardziej znamienny przykład: Nie musisz się bać. Zosia śpiewa tu jak czarnoskóra niunia z topu amerykańskiego r’n’b, po prostu wdzięcząca się foka – ale prosty, wyjątkowo skromny podkład nadaje kompozycji szlachetności. Kiedy pomyślę, co zrobiliby z tej piosenki obwieszeni złotem producenci ze Stanów, zbiera mi się na wymioty. Urok tych piosenek tkwi właśnie w skromności środków domowego lo-fi. Jest czego posłuchać. Obok nurtu czysto popowego, reprezentowanego przez Ostatni dzień lata, Nam, Star Out Of Blue (w którym gościnnie na perkusji i jednopalcym pianinie zagrał Łukasz Lach z L.Stadt) czy Very Loud, mamy też ujmujące dziewczęcym wdziękiem półakustyczno-, półelektroniczne ballady jak Easy One More Time (zauroczy was od pierwszego usłyszenia, zobaczycie), Lubię ten sen i Good Life, i wreszcie utwory, w których jest trochę mniej melodii (ale tylko trochę), a więcej eksperymentowania i zabaw z rytmem (Ma-pa, Move Your Eyes, czy kapitalny Waiting).

Tekstowo mamy do czynienia z krótkimi, lakonicznymi obserwacjami życia emocjonalnego. Przekaz jest ograniczony do minimum, a środki dozowane bardzo oszczędnie, co dobrze komponuje się z formą muzyczną. Nie ma tu zbyt wielu błyskotliwych metafor czy karkołomnych zabaw słowem. Proste, ale miłe i przystępne. Pod wieloma względami plasuje Sonięmiki obok innej wokalistki bawiącej się komputerem i gitarą akustyczną – Karotki.

Na koniec zła wiadomość. Płyty nie kupicie w Polsce. Można spróbować przez iTunes lub wysyłkowo. To wada kontraktu z małą zagraniczną wytwórnią. Ale czy Berlin jest tak daleko? Aha, pamiętacie numer Wiem nie z 5 części naszej blogowej składanki? Nie ma go na 7 P.M., więc to jakby taki exclusive się zrobił. Jeśli jeszcze go nie macie, odsyłam do działu Składanki, gdzie można go sobie pobrać. [m]

Easy One More Time:





Bonus track – kto zgadnie, jaki jest tytuł tej piosenki i który zespół jest jej autorem? W nagrodę... nie ma nagrody. To znaczy jest – satysfakcja :p



Strona artystki: http://www.myspace.com/soniamiki

20 listopada 2009

AlterNative Tour: Pogodno + L.Stadt + Sorry Boys - Rzeszów, Klub Pod Palmą, 11.11.2009

Jak to fajnie być incognito! Gdyż odnoszę wrażenie, że każdy koncert, na który się wybiorę, będzie frekwencyjną porażką. Miałbym zakaz wstępu do klubów. Nie inaczej było tym razem. Czas był ku temu odpowiedni - święto, rocznica odzyskania niepodległości. Pogoda taka, że albo przespać cały dzień, albo ruszyć tyłek. Koncert w ramach AlterNative Tour był przyzwoicie nagłośniony, więc argument o braku reklamy odpada. Cena za trzy zespoły przyzwoita (25 zł w dniu koncertu). Studencki Klub Pod Palmą ma wyrobioną renomę - stosunkowo często się tam coś dzieje. Sala koncertowa duża, wygodne sofy, sowicie zaopatrzony barek, pizza, papierosów brak. Dlaczego więc przyszło góra 50 osób? Dzień wcześniej na tej samej scenie produkował się Ocean i Lipali. Podobno frekwencja nie była również rewelacyjna, ale nazwisko Tomka Lipnickiego zrobiło swoje i przyciągnęło o wiele większą publikę. Również szefowie klubu spodziewali się przybycia większej liczby osób, gdyż pod podestem ustawiono okropne żelazne barierki (znane z imprez plenerowych). Nie wiem czego oczekiwali? Histerycznych reakcji, jak na Beatlesach? Pogujących punków? Wtargnięć na scenę, by wykonać samozwańcze karaoke? W każdym razie owe bramki skutecznie obdarły koncert z atmosfery. Rzucone byle jak żelastwo stwarzało niepotrzebny dystans między publicznością a występującymi zespołami. I po co to wszystko?

Według rozpiski koncert miał się zacząć o 19.00. Wcześnie. Pół godziny później na scenie pojawiła się Izabela Komoszyńska wraz z kolegami, by nastroić instrumenty. Ojejku, ależ to biedne dziewczę! W wełnianym workowatym swetrze wyglądała na strasznie zabiedzoną. Natychmiast skojarzenia popłynęły w stronę Kasi Nosowskiej u progu kariery. Ta sama nieśmiałość, obawa przed występem... Stroili się dość długo, w międzyczasie po scenie dreptali muzycy z Pogodna. Pobrzdąkali, ustawili pogłosy i... znikli. Minęło jedno piwo, potem drugie, w głowie zakiełkowała myśl, że może koncert zostanie odwołany z powodu niskiej frekwencji. Na szczęście nie - półtorej godziny po planowanym rozpoczęciu na podest weszli muzycy Sorry Boys.

Jeden rzut oka na Izę i przyczyna sporego opóźnienia wyjaśniła się w ułamku sekundy. Kazać kobiecie zrobić w 10 minut pełny makijaż i przywdziać sceniczny strój zakrwawa na zbrodnię! Zahukana dziewczynka przeistoczyła się w Marlenę Dietrich. Brokatowa suknia, czarne boa wokół szyi, mocny makijaż, zimne oczy i zgrabne nogi automatycznie skupiły na wokalistce wzrok zgromadzonych osób. Zagrali krótko, co nie dziwi. Mają w końcu w repertuarze zaledwie kilka kawałków. Publiczność, łącznie ze mną, zareagowała żywiej na Chance, jako tym najbardziej znanym. Choć takie Borderline czy Jesus również wypadły przekonująco. Duża w tym zasługa Izy. Jej dłonie cały czas pozostawały w ruchu głaszcząc, miziając i obejmując wyimaginowane kształty. W którymś momencie zespół podzielił się informacją o styczniowej premierze debiutanckiej płyty. By rozbudzić apetyt zaserwował nieznany mi kawałek o tytule bodajże River. Mocna, energetyczna rzecz pozwalająca stwierdzić, że grupę nie interesują wyłącznie usypianki w stylu Winter. Grupa szybko zwinęła się ze sceny. Publiczności nie poruszyła. Pewnie dla wielu było to pierwsze spotkanie z Sorry Boys, więc nawet nie można było sobie pośpiewać. Cóż, czekamy na więcej przebojów.




Chwilę później na scenę weszły ciacha z Łodzi. Towarzyszył temu jeszcze nieśmiały entuzjazm przybyłych dziewczyn. Do tej pory nie wiedziałem że mają dwóch pałkerów. Nie wiem czego się spodziewałem po tym koncercie. Lubię debiut L.Stadt, ale zmarznięty nie miałem zbytniej ochoty na ciepłe, lekko zaprawione blusem kompozycje łodzian. I tu muszę wywalić z siebie emocje - L.Stadt rozpierdolił budę! Chłopaki zaprezentowali wszystko to, co powinno znaleźć się na soczystym koncercie rockowym. I znów w centrum uwagi pozostał frontman Łukasz Lach. Muszę przyznać, że kawał chłopa wyrósł z dawnego gitarzysty L.O.27. Facet wręcz ociekał seksem. Pierwszy kawałek był głośny, choć jeszcze zachowawczy, ale następnym Porterowskim Ain’t Got The Music chłopaki kupili wszystkich. Zagrali go z pazurem, drapieżnie i władowali w niego skondensowanego tanecznego powera. Okazało się, że Łukasz ma całkiem całkiem mocne gardziołko. Potrafi wznieść się w stany okołofalsetowe, wydać z siebie różne onomatopeiczne dźwięki bądź wydrzeć się niczym rasowy krzykacz. I ten sposób trzymania gitary. Taki kowbojski… falliczny wręcz:) Chyba tym mogę tłumaczyć dziewczęce piski w odpowiedzi na każde słowo wokalisty. Kurcze, żaden z kawałków nie przypominał swego albumowego pierwowzoru. Tu wszystko było głośniej, bardziej zadziornie, chuligańsko i rockowo. W Velvet słyszałem Jima Morrisona. Gore hipnotyzował. Stop przerodził się w pełne furii napierdalanie po garach. Świeży Death of A Surfer Girl również pomknął z prędkością megatonowej torpedy. Muszę koniecznie wspomnieć o chłopaku z afro na głowie przy kotłach. Istny cud, malina. Niczym robot walił w te swoje bębny miażdżąc publikę zabójczym rytmem. Dali dranie słuszny wycisk. Nie tylko mi się podobało, gdyż publiczność bez problemu wymusiła bis. Londyn oraz Superstar, który zabrzmiał niesamowicie autoironicznie wywołując przyjemny uśmiech na twarzy. Był jeszcze jeden nowy kawałek. Usłyszałem jego tytuł jako Mars Attack, ale chyba szło to zupełnie inaczej :) Ciężko żegnało się z L.Stadt, oj ciężko. Zasłużone brawa godne żywiołowego składu koncertowego. Z miejsca niecierpliwie wyczekuję drugiej płyty, mając nadzieję, że znajdzie się na niej więcej energii.



Chwilę później pojawił się Hrabia Dracula. Ekhm, znaczy Jacek Szymkiewicz. Wysoki, chudy, blady, nieogolony, z szalikiem owiniętym wokół szyi, w prostej marynarce i puszką Redbulla, z którą nie rozstał się do końca koncertu. Za nim zaczęli brzdąkać koledzy. Po kilku minutach Budyń zapowiedział solówkę. Ta skończyła się... orgazmem klawiszowca! Tak to jest już z Pogodnem. To zupełnie szalony, nieprzewidywalny zespół. Grali co chcieli i jak chcieli. Zupełnie nie reagowali na nieśmiałe nawoływania o Panią w obuwniczym. I dobrze. Tylko raz posłuchali publiczności. Z tłumu poleciało hasło, że za wolno i za cicho. Kilka naprędce wymienionych uwag i z głośników poszło coś, czego nie jestem w stanie zweryfikować. Jak na mój gust brzmiało to jak Behemoth zarażony świńską grypą. Żałuję jedynie tego, że z racji nagłośnienia prawie w ogóle nie było słychać absurdalnych tekstów. Problem z koncertem był taki, że niewielka publika zupełnie nie dała się ponieść szalonym pomysłom muzyków. Ba, w pewnym momencie miałem wrażenie, że zespół grał dla siebie, mając głeboko gdzieś zgromadzonych pod sceną ludzi. Jakieś plumkania na klawiszach oraz rozimprowizowane podchody sprawiały wrażenie bałaganu i niedbałości. Sytuacji nie poprawiło zaserwowanie paru hitów. Do drzwi zaczęli zmierzać pierwsi zniecierpliwieni. Nagromadzona po poprzednikach para zaczęła wyraźnie stygnąć. Mimo dozy potężnego hałasu percepcja pozostałych nawet nie próbowała ogarniać finezji artystów. W pewnym momencie sam poczułem się zniechęcony płynącą ze sceny kakofonią. Koniec setu był wyczuwalny. Bisów nie było. Sekundę później ochroniarze zwinęli barierki, a na podeście zaczęło się pośpieszne pakowanie sprzętu.

Chyba muszę się wybrać na Kult. Brakuje mi zapachu przepoconych koszulek i krzyku zdartych gardeł :) [avatar]

19 listopada 2009

18 listopada 2009

Łąki Łan: Łąkiłanda (EMI, 2009)

Ok, wiem że krążek miał premierę ponad pół roku temu. Każdy zainteresowany zna go na pamięć i nic nowego się z tej recenzji nie dowie. Czemu tak późno? Chyba musiał trafić w odpowiedni czas. Znam go od dłuższego czasu, ale ciągle przesuwałem w dół kolejki, wzbraniając się przed zanurzeniem w absurdalną wyobraźnię zwariowanych warszawiaków. Dopiero w duecie z płytą Napszykłat Łąkiłanda nabrała mocy by walczyć o bardziej skrupulatne zainteresowanie.

Jak twierdzą sami muzycy, Łąki Łan grają łąki funk. Przez mgłę pamiętam z dzieciństwa czechosłowackie dobranocki w rodzaju Żwirka i Muchomorka, gdzie często rzępoliły na liściach traw różne stawonogi. Łąki Łan to ta sama bajka. Sekstet przebrany za różnorakie owady, o dość oryginalnych pseudonimach (vide Zając Cokictokloc, Niesforny Bonk) dzierży swoje instrumentarium bynajmniej nie po to by usypiać - wręcz przeciwnie. Jego celem jest wycisnąć ze słuchacza siódme poty.

Oh, yeah! Miłośnicy rasowego funku będą zaspokojeni. Chłopaki wiedzą co to tłusty beat, roztańczony bas i porywająca linia melodyczna. Rozpoczynająca wydawnictwo Propaganda jest mordercza. Proszę na parkiecie spróbować dotrzymać kroku zabójczemu rytmowi. To rzecz dla świerszczy i zielonych żabek na swych zgrabnych nóżkach. Oczywiście szalejący bas to nie wszystko. W końcu łąka to typowa wieloowadzistość. Mieszanina kultur i odwłoków. Znajdzie się miejsce na oldschoolowe disco (Galeon), przepity blues (Wygon), a nawet house (Aprokof). Love przynosi kawałek solidnego brytyjskiego baunsu, a Wielki Edek brzmi jak schizofreniczne Raz, Dwa, Trzy. Nie muszę wspominać, że częstym gościem na płycie jest Barry White (Bzyk) i Fun Lovin’ Criminals. Szkoda tylko, że im głębiej w płytę tym mniej groteski na rzecz typowo klubowej elektroniki. W Selawi bywalcy dyskotek mogą się zatracić, mnie niestety to nie rusza. Podobnie jak wieńczący płytę dwugłos Dizajer/ Place Now. W wolniejszym wydaniu Łąkowcy trochę smucą gubiąc swój charakterystyczny humor.

Propaganda:



Zwariowanej muzyce dorównuje równie pokręcona warstwa słowna. Próbowałem doszukiwać się sensu w tekstach. W większości nadaremnie. Chłopaków bardziej podnieca zabawa słowem, niecodzienne skojarzenia oraz niebanalna rytmika zdań. Bardzo dobrze oddaje to przykład z singlowego Big Baton: Ty co nie lubisz trawy/ Who you wanna be?/ Ty co nie lubisz traw/ Pif paf, pif paf. Bez sensu, prawda? A brzmi to z jajem, skutecznie zmuszając nogi do obłąkańczych pląsów. W tym szaleństwie jest metoda. Warszawskiej ekipie udaje się w widowiskowy sposób oddać klimat mikroskopijnego świata, w którym mieszkańcy wiodą beztroski żywot niczym Smerfy. Plus brawa za inteligentną żonglerkę stylami, rubaszny humor i puszczanie oka do słuchacza.

Kopie ta Łąkiłanda. Nie do słuchania w winampie. Ciężko usiedzieć. [avatar]




Strona zespołu: http://www.myspace.com/lakilan

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni