
Na debiucie zespół pozostaje wierny post-metalowym wzorcom. Dodatkowo muzyka uległa utwardzeniu, nabrała studyjnej sterylności niczym chirurgiczny skalpel. Pieprznięcie gitar w Higgs Boson powala nawet w prostych słuchawkach. Skóra w bębnach zdaje się być napięta do granic wytrzymałości. Rozdział strumieni na kanał lewy i prawy daleki jest od schematyczności. Wszystko podporządkowane jest nawałnicom wylewającym się z każdego utworu. It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light zaczyna się przyjemnie ujadającą gitarką - kończy trzęsieniem ziemi. Usypiająco działa Tragedy Of Joseph Merrick. Dźwięki naśladując jakieś bonjo czy mandolinę świdrują uszy. Pozornie. To tylko wstęp do sonicznej apokalipsy. Marszawo-doomowy rytm dopełnia wizji zagłady z kosmosu. Shall We? - pytają kokieteryjnie muzycy. Czy możemy dokonać najazdu na waszą małą biedną planetkę i wybudzić uśpione potwory?
Fani Caspiana będą wniebowzięci. Oto pojawili się ludzie młodzi, zdolni, kipiący od pomysłów, głośni, gitarowi, bezkompromisowi i mający głęboko gdzieś blichtr oficjalnego rynku muzycznego. Warszawiacy proponują 45 minut czystego jazgotu działającego jak glukoza w kroplówce. Choć przyznam się, ciężko mi przyzwyczaić się do dopieszczonych wersji studyjnych utworów znanych z dema. Instrumenty w końcówce Sleepmonster zdawały się wyrwać spod kontroli muzyków i żyć własnym życiem. Tu mamy matematyczną precyzję, kontrolowane szaleństwo. A może to tylko efekt mego mizernego sprzętu grającego? Gdyż instrukcja obsługi tej płyty to ODTWARZAĆ GŁOŚNO! [avatar]
Strona zespołu: www.myspace.com/tidesfromnebula
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz