15 marca 2009

pAMBUK: pAMBUK (Psychosound Records, 2009)

Są zespoły, które - choć mają dobry repertuar i pomysł na swoją muzykę - ciągle mają pod górkę. Krakowski Pambuk jest jednym z nich. W 2007 roku wszystko wydawało się proste, latem została nagrana debiutancka płyta i rozpoczęły się poszukiwania wydawcy. I tu zaczęły się schody. Nikt nie chciał przygarnąć Pambuka, chociaż właściwie wszystko było zrobione, tylko tłoczyć płyty i drukować okładki. Chłopaki zniknęli na dlugi rok i nagle odezwali się na początku 2009. Jest płyta! Znalazł się wydawca, materiał zremasterowano i wreszcie można wypowiedzieć zaklęcie: przybył nam kolejny mocny debiut.

Dla tych, którzy znają już twórczość Pambuka (pisałem o nich w Obserwatorze dawno temu), płyta nie będzie zaskoczeniem. Większość materiału to właśnie te stare piosenki, nieco przerobione, trochę przybrudzone. Zespół zdecydował się na chropawe brzmienie przesterowanych gitar splecionych z mrocznymi, doorsowymi klawiszami. Do tego wokal Mateusza Bobka często bywa przybrudzony, a nawet zniekształcony komputerowym efektem.

Rozpoczyna Ghost – chyba najbardziej rozpoznawalny numer Pambuka. Charakterystyczna pętla basu, świdrujący uszy dźwięk klawiszy i nisko nastrojone gitary. Plus tekst uderzający poetyckim instynktem łowienia ciekawych fraz: Oto dzień nadchodzi/ W korzystnych warunkach świetlnych. Numer dwa – Lato zeszłego roku - to nieoczekiwanie jeden z moich ulubionych fragmentów płyty. Czaruje bajkowym głosem zaproszonej do śpiewania w dwóch piosenkach Asi Kuncewicz, delikatnym motywem gitary (czy mi się wydaje, czy te zawijasy nie pobrzmiewają czasem Pearl Jamem?). Bardzo przemyślana kompozycja, wciągająca zwłaszcza rozwinięciem następującym po drugiej minucie. Tekst poetycko niejasny, intryguje mnie zwłaszcza to zdanie: Otworzą usta/ A ich równe zęby/ Błysną zmiennym prądem. W Portugalii pojawiają się nuty shoegaze’owego zgiełku, Cztery domy zbudowano na fajnych kontrastach natężenia dźwięku. Plus głos Asi dobiegający jakby z dna akwarium, plus świetne solo na trąbce Lohanna Ratajczyka. Gwiazdy zachodu to mój numer jeden w repertuarze zespołu odkąd usłyszałem tę piosenkę, czyli od jesieni 2007. To taki Pambuk, jaki mi odpowiada najbardziej. Wyrazista, zwarta kompozycja z gęstą fakturą gitar i klawiszy, mocnym rytmem i hałaśliwym finałem. Więcej takich przebojów, panowie! W 1982 trudno nie zauważyć fascynacji twórczością Świetlików. Mateusz wypada tu jak młodszy kolega Świetlickiego. Kompozycja porywa kapitalnymi refrenami bez słów, ekstatycznym jazgotem gitar, do których w końcówce dołącza dramatycznie krzycząca trąbka. Świetny pomysł, przypomina się płyta Happy Hollow, na której zespół Cursive połączył ostre gitarowe granie z miażdżącym uderzeniem instrumentów dętych amerykańskiego big bandu.

To już prawie koniec. W Velvet chłopaki zaskakują sięgnięciem po zupełnie inne środki wyrazu. Pojawiają się skrzypce, syntezator imitujący harfę, a instrumentalna kompozycja brzmi jak ścieżka dźwiękowa do nieistniejącego filmu. Ładne. Scarlett przytłacza ciężkim klimatem potęgowanym przez wywołujący stan niepewności tekst (Do mnie mów/ Gdy prowadzę nie przestawaj/ Nie chcę usnąć/ Nie chcę nas zabić). Płytę zamyka dziwny Nikt nie woła. Dziwny, bo głos Mateusza został przetworzony przez jakiś komputerowy efekt i przypomina popsuty syntezator mowy. Utwór trochę zbyt długi i monotonny, slychać, że w końcówce płyty chłopcy chcieli trochę poszaleć, stąd te klawiszowo-gitarowe tripy.


Płyty słucha się bardzo dobrze. Może brakuje trochę dynamiki, mogłoby to brzmieć mocniej, nowocześniej (bębny), ale i tak cieszę się, że Pambuk wreszcie ma płytę, że wreszcie ma z czym „wyjść do ludzi”. (Przy okazji, wzruszyłem się oglądając jakże oldskulową książeczkę z wydrukowanymi wszystkimi tekstami – precz z tekturą digipacków!). Mam nadzieję, że na kolejną płytę nie trzeba będzie już tak długo czekać! [m]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/pambuk

13 marca 2009

Ostatki 2008 cz.2: Freak Of Nature, Materac, Pornohagen, Woody Alien

Freak of Nature: Fabryka Zła (Mu-sick Production)

To chyba najodważniejsza płyta minionego roku. Zupełnie różna od ciepło przyjętego Neurotic States. Debiut znakomicie wpisywał się w ówczesne modne trendy. Był duszny, neurotyczny, pełen pasji, emocji i gitarowego zgiełku. Fabryka Zła jest niemodna. Wodewilowy klimat, kabaretowe akcenty, orientalizmy oraz chórki kojarzące się z międzywojenną bohemą warszawską próbują wtopić się w rockowe granie. W efekcie wyszła mieszanka, która w zwrotce potrafi zjednać słuchacza, a w refrenie odrzucić. Ta swoista przepychanka może być intrygująca, niestety większość kompozycji kuleje z braku zapamiętywalnych melodii. Chciałoby się więcej rzeczy na miarę Być jak Albert Fish. Chłopaki poszukują i nie boją się za sobą zostawić dotychczasowych dokonań. To dobrze. Może albumem nr 3 wywołają spore zamieszanie?

Strona zespołu: www.fon.art.pl


Materac: Andersen Dobranoc (aka) Bajki Andersena (4Ever)


To chyba wiedzą już wszyscy - Materac tworzą dwaj muzycy Kombajnu Do Zbierania Kur Do Wioskach, wokalista i gitarzysta. Celem powstania formacji miało być poszukiwanie nowych form wyrazu, ekspresji, dźwięków. Jednak nie ma co się oszukiwać - Materac brzmi jak Kombajn (część utworów to szkice prac macierzystej grupy). Wokalista Marcin Zagański dalej raczy nas metaforyczno-abstrakcyjnymi tekstami, wciąż jest gitarowo i psychodelicznie. Płyta została podzielona na dwie części: Białą i Czarną (jak dla mnie czarny w tym przypadku znaczy księżycowy, wcale nie depresyjny). Muzycznie różnice są niewielkie, przy czym ciekawsze utwory, jak dla mnie, znajdują się po czarnej stronie ze szczególnym wskazaniem na www.overcome.pl. Zwolennicy przyjmą to wydawnictwo z otwartymi ramionami, przeciwnicy dostaną kolejną garść argumentów przeciw. Pozostali - nie zaszkodzi przesłuchać:)

Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=333344789



Pornohagen: DżinsCzerńRóż (wyd. własne)

Ufff... gdy słuchałem ostatniej EP-ki Tańczę, konam myślałem, że zespół dorwała paskudna choroba rodem z Wysp pod nazwą „tak naprawdę to jesteśmy zespołem pop”. Innymi słowy - wygładzono brzmienie, by przy piosenkach można było potańczyć oraz by miło słuchało się w radiu. Dlatego do długogrającego debiutu podszedłem z obawą. I mile się rozczarowałem. Chłopakom nie można odmówić przebojowości. Singiel goni singiel. I co najważniejsze - zamiast pitu-pitu jest mnóstwo młodzieńczej energii, łobuziakowania, darcia gęby i niezłego rockowego pazura. Nóżka przyjemnie tupie, buzia się śmieje słysząc blurowskie chórki i ujmująco-gówniarskie „na-na-na-nana”. Elektroniczne wtręty producent z wdziękiem wtopił w tło, dzięki temu wydawnictwo pełne jest miłych smaczków. Muzycznie debiut Pornohagen lokuje się na tej samej półce co Arctic Monkeys. To doskonała płyta na nieoficjalną część studniówki czy imprezę korytarzową w akademiku mocno zakrapianą piwem. Poprawie uległy teksty - stężenie banału systematycznie się zmiejsza. Choć chłopięcy głos wokalisty sprawia, że ciężko gościa traktować poważnie. Z drugiej strony tekst Brzydkiej dziewczyny powinien znać każdy, kto ma problemy z samoakceptacją. Pocieszna to płyta. Tak, do dobre słowo.

Strona zespołu: http://www.pornohagen.pl


Woody Alien: Pee and Poo In My Favorite Loo!! (Gustaff)


Na okładce tej płyty powinna być nalepka z napisem „Ministerstwo Sportu i Kultury Fizycznej poleca”. Woody Alien to duet. Marcin Piekoszewski (znany z Plum) sobie śpiewa i szarpie struny gitary basowej. Wspomaga go na perkusji Daniel Szwed. I tyle. Tylko, że... chciałbym na własne oczy zabaczyć łapy tych gości, gdyż to, co wyprawiają z instrumentami, to istna rzeźnia. Brud, agresja, noise. Matematyczno-grindcorowe walenie po garach. Ciężar basu nokautujący Korna na śniadanie. Totalnie antypiosenkowe utwory. Gdyby muzycy z Shellac zeszłego lata dostali kredyt we frankach, zapewne dziś nagraliby podobny album. Tak wygląda nieokiełznana myzyka, nieskrępowana żadnymi ograniczeniami. Przyznam się, jestem za stary na tak potężną dawkę hałasu, by dostawać spazmów do końca płyty. Jednak zadziwiająco często wracając z pracy, nakarmiony paroma godzinami muzyki z ogólnopolskich stacji radiowych, włączam sobie w playerze Face It. Parę minut rozkosznego rzępolenia wywołuje jakże potrzebne katharsis.

Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewprofile&friendID=85172872

Recenzował [avatar]

12 marca 2009

If summer ends 4 już 20 marca!


Zapowiada się postrockowa, ale i hałaśliwa noc w chorzowskim MDK.


Wystąpią:

- Perspecto, NCC, 3moonboys, Keira Is You - Polska
- Sienna - Norwegia/Japonia
- Dorena - Szwecja


Bilety: 20 zł

10 marca 2009

Ostatki 2008: Bauagan Mistrzów, Columbus Duo, Lesers Bend, Skinny Patrini

Ubiegły rok obfitował w dobre wydawnictwa, ale czas wreszcie zamknąć ten okres, tym bardziej, że coraz szerszym strumieniem napływają albumy A.D. 2009 i to im trzeba poświęcić całą uwagę. Dziś więc krótko i zwięźle o kilku płytach z roku zero osiem, których nie należy przegapić. Jeśli jeszcze ich nie znacie, sprawdźcie koniecznie.

Bauagan Mistrzów: Plac zabaw (Universal)

Nie słucham hip-hopu, coś mnie od niego odrzuca, wysypką obsypuje i zgagę wywołuje. Ale Bauagan Mistrzów to inna bajka. Jest nawijka na dwa głosy (żeński i męski), ale przekaz pozytywny, dużo humoru, językowe wygibasy – coś jak Afro Kolektyw, tylkomniej przegięty. Zero ponuractwa i blokerskiego badziewia. Jednak to, co mnie najbardziej przekonało do Placu zabaw, to pomysł na muzykę. Muzykę wykonywaną na żywych instrumentach: perkusji, kontrabasie, różnego rodzaju dęciakach, oraz analogowych syntezatorach. Brzmi to powalająco plastycznie, a energia sekcji rytmicznej dosłownie wgniata w podłogę. Mimo improwizacyjnych naleciałości, piosenki są zwarte i przemyślane. Pięknie bujają i dają dużo, dużo radochy.

Sprawdźcie tę rewelacyjnie wykonaną stronę: http://www.bauagan.com/


Columbus Duo: Storm (Dead Sailor)

Coś dla miłośników kontemplacji, którzy nie boją się hałasu. Bracia Swoboda zaczynali kilkanaście lat temu jako noise’owy Thing. Ślady przeszłości są słyszalne na tej nowej płycie, którą jednak można śmiało zaliczyć do nurtu postrockowego. Mamy tu długie, oszczędnie dozujące napięcie kompozycje niesione elektronicznym buczeniem i trzaskami oraz niepokojącymi partiami gitary, która czasem atakuje zgiełkiem. Tajemniczym podkładom towarzyszą melorecytacje w języku francuskim. Mimo pewnej ascetyczności, wręcz chorobliwej hermetyczności, spod palców braci czasem wymyka się zaskakująco chwytliwa melodia, która zapada w pamięć wyjątkowo mocno. Do słuchania w skupieniu.

Strona zespołu: http://deadsailor.net/artists/columbus_duo.html



Lesers Bend: Lesers Bend (Biuro Literackie)

Z niezrozumiałych dla mnie względów ta kapitalna płyta została zupełnie niezauważona. Dla mnie było ogromnym zaskoczeniem, że zespół związany z wydawnictwem poetyckim brzmi tak... niepoetycko. Oczywiście teksty Łukasza Jarosza to wiersze, ale tak naprawdę stanowią tylko tło dla dźwięków, które kojarzą się z inteligentnym amerykańskim hard core’em (Fugazi?), shoegaze’em, momentami nawet z dream popem spod znaku 4 AD! Kompozycje zadziwiają złożonością, eksperymentami brzmieniowymi (podczas sesji używano np. różnych zestawów perkusyjnych), nakładającymi się na siebie partiami gitar i klawiszy, tworzących gęstą i pełną niuansów strukturę. W tych nieopatrzonych tytułami utworach dzieje się tyle, że każdemu można by poświęcić spory akapit. Na płycie znajduje się jedna z najbardziej magicznych piosenek ubiegłego roku. Nie wierzycie? Dowód poniżej.




Strona zespołu: http://profile.myspace.com/index.cfm?fuseaction=user.viewProfile&friendID=144860840


Skinny Patrini: Duty Free (Open Sources)

Goldfrapp, Peaches, IAMX – to tak na pierwszy rzut ucha główne źródło inspiracji tego duetu. Jest elektronicznie, brudno, hałaśliwie, wulgarnie i prowokująco, czasem nawet z odcieniem perwersji. Skinni Patrini mają wyrazisty image, czym wyróżniają się spośród większości polskich wykonawców, mają też pomysł na swoją muzykę. Anka Patrini posiada niezły, mocny głos, który raz jest jadowicie słodki, raz ostry i raniący jak drut kolczasty. Towarzyszący jej Michał Skórka wytwarza dźwięki taneczne, ale bynajmniej nie pokorne i lekkostrawne. Choć z czasem doskwiera brak głębi, muzyka daje solidnego kopa i świetnie sprawdza się na parkiecie.

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/skinnypatrinielectroduo

Recenzował [m]

8 marca 2009

Twilite: Bits&Pieces (Electriceye, 2009)

Czy można nagrać płytę na dwie gitary akustyczne i dwa głosy, która nie wywołuje uczucia znużenia i powtarzalności? Pawłowi Milewskiemu i Rafałowi Bawirszowi z duetu Twilite prawie się udało. Prawie, to nie znaczy, że płytowy debiut polskich dublińczyków zawodzi. Przeciwnie, to porcja wysmakowanego i wciągającego akustycznego grania. Do ideału czegoś zabrakło, ale jak na debiutantów i tak jest bardzo dobrze.

Muzycy zdawali sobie chyba sprawę, że zbyt duża dawka tak ubogich brzmieniowo utworów mogłaby słuchacza zmęczyć, dlatego na albumie zamieścili tylko dziewięć piosenek. To było dobre posunięcie, choć i tak podczas słuchania całości dopada lekkie zobojętnienie. Niemniej jest tu kilka prawdziwych perełek, dla których warto z Bits&Pieces zawrzeć bliższą znajomość. Najpiękniejszą z nich jest zdecydowanie Disobey. Skromna aranżacja zwrotek rozwija się w przepiękne dwugłosowe refreny. To jak wgryzanie się w egzotyczny owoc: najpierw czujesz tylko lekką cierpkość, potem w ustach rozlewa się cudowny smak. Jedyną wadą, zresztą nie tylko tego nagrania, jest zbyt długie zakończenie. Twilite mają problem z kończeniem (bez podtekstów!), czasem nie potrafią się zdecydować na to, kiedy przestać grać. Tak jest chociażby w Messengerze, który ciągnie się przez długie 6.40, co jest już sporą przesadą. Na szczęście muzycy potrafią też w krótkiej i zwięzłej formie zawrzeć wszystko, co potrzeba: zmysłowe partie wokalne, intymny nastrój i prosty, ale sympatyczny pomysł na urozmaicenie melodii (How Can You Sleep). Muzyka Twilite to głównie ballady, ale panowie potrafią też pokazać pazur, jak w finale Take What You Want, w którym mocniej uderzają w struny gitar, czy Don’t, który ewoluuje w kierunku rytmiczno-hipnotycznym (w obu oszczędne partie perkusji dograł Bartek Kapsa).

Na świecie takich płyt wychodzą rocznie całe tony, jednak w Polsce póki co muzyka akustyczna nie ma zbyt wielu przedstawicieli. Tym bardziej warto zaopatrzyć się w Bits&Pieces, bo to płyta z klasą, dostarczająca kilku naprawdę przyjemnych i wzruszających piosenek. [m]


Strona zespołu: http://www.myspace.com/twilitemusic


Twilite: Disobey

5 marca 2009

Akustyczna ekstaza

Muzyka akustyczna - kojarzy się ze smutnym facecikiem brzdąkającym smętnie na gitarze typu pudło? Nic bardziej mylnego. Muzyka akustyczna ma różne oblicza, o czym postaram się was przekonać w krótkim przeglądzie krajowych szlagierów.

Słowo się rzekło, na początek będzie hitowo, a to za sprawą drugiego w kategorii "debestof" numeru z debiutanckiej płyty Kawałka Kulki (po Kolegi tacie, się rozumie). Panie i panowie: Cola Lego, czyli wybuchowa mieszanka energetycznych riffów gitary akustycznej i zawadiackich skrzypiec.




Pozostajemy w klimacie - niech będzie - indie-folku. Piosenka swawolna, roztańczona, no i rzecz jasna w całości akustyczna. W roli głównej kończyny dolne i górne oraz struny skrrzypiec szarpane paluchami. Julia Marcell Side Effects Of Growing Up.





Teraz będzie wolniej, ale za to bardzo sajko. W sumie klasyka, w sumie numer raczej rzadki. Bisajd z singla Elephant nieistniejącego już zespołu Homosapiens. Słodka muppetowa wersja. Misie mają dziwne sny. Oczywiście full acoustic.




Przysnęli? Ok, to was rozrusza. Friki zrobią riki-tiki, a potem zatańczą country&western. Są bardziej spaghetti od wszystkich polskich zespołów country i noszą perfekcyjne pekaesy. Mitch&Mitch She's Mine.




A to nagranie, które zdewastowało mnie już przy pierwszym przesłuchaniu. I za każdym razem kiedy słyszę to "fucking solo" moja szczęka ląduje z hukiem na podłodze. Po prostu niemożliwe, żeby w tym kraju ktoś tak grał. A jednak. Von Zeit Przystanie (na początku jest może i trochę sennie, ale jak daje w finale!)




Uff, odpocznijmy. Będzie łagodnie i przytulnie. Gitara akustyczno, smyk, klawisze pianina trącane jednym palcem. To muszą być Kings Of Caramel i ich My Hight.



Pora kończyć, a zakończymy dynamicznie, hip-hopowo wręcz. Bo Bauagan Mistrzów to tacy hip-hopowcy, tylko trochę nietypowi. Wszystko grają na żywych, akustycznych instrumentach. Posłuchajcie tej nieco orientalnej, bardzo rytmicznej muzy. Bez nawijki, tylko puls i melodia. Fajne, co? Bauagan Mistrzów Wyobraźnia.



Skompilował i zaaplikował [m]

4 marca 2009

George Dorn Screams: O'Malley's Bar (Ampersand, 2009)

Gdyby ktoś pod koniec ubiegłego roku zapytał mnie o rozczarowania 2008 bez zastanowienia na pierwszym miejscu umieściłbym przypadek George Dorn Screams. Według wpisu na majspejsowym blogu w czerwcu miała mieć premierę EP-ka George Dorn meets Girth McGarth - owoc odpoczynku i próba nabrania dystansu od dotychczasowej działalności grupy. Jak wiemy, wydawnictwo nigdy nie ujrzało światła dziennego, a zespół poświęcił się pracy nad nowym albumem pod opieką uznanego światowego producenta Johna Congletona. I nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie proste zdanie, która kłuło w oczy przy każdorazowym wejściu na strone myspace. We're searching a new label. Poszukujemy nowego wydawcy. Informacja ta wisiała ładnych parę miesiecy. Stąd moje rozczarowanie. Przecież to zespół, którego debiut zajmuje czołowe miejsce w zestawieniu najlepszych płyt pierwszej dekady nowego wieku! Firmy fonograficzne powinny walczyć o możliwość pracy z ludźmi, którzy dali Polsce Snow Lovers Are Dancing! Czy w tym kraju jest aż tak źle, że uwadze wytwórni umyka materiał, który w innych krajach byłby przyczyną sporego zamieszania? Czy ludzie tam pracujący żyją w na tyle zamkniętych światach by nie widzieć sporego zapotrzebowania na taką muzykę? Za duże ryzyko, wysoki czynnik niepewności, niska stopa zwrotu? Absurd?

Jednak udało się. Kontrakt został podpisany z Ampersand Records (satelitą iSound Labels), nakładem której w lutym ukazała się długo wyczekiwana płyta O'Malley's Bar.

Liczyłem na powtórkę debiutu. Spodziewałem się ciepłych, szarpiących duszę kompozycji. Tęskiłem do załamującego się głosu Magdy Pawlisz. A dostałem zabawkę, którą z początku nie umiałem się bawić. Jurek Dorn na debiucie był zagubionym człowiekiem, o wielkiej wrażliwości, spoglądającym na świat szerokimi, lekko zdziwionymi oczami. Na O'Malley's Bar dojrzał. Wyrósł z lekka gamoniowatego charakteru, już nie pakuje się w sytuacje, w których gubi spodnie. Często w jego głosie słychać gniew i furię. Jednak w głębi serca wciąż jest dobrym człowiekiem - doświadczenie życiowe uczyniło go po prostu lekko zgorzkniałym....

John Congleton ostatnio święci tryumfy jako producent popowej muzyki. The Roots, Erykah Badu, R.Kelly - za współpracę z nimi zdobył nagrodę Grammy. Z drugiej strony możemy cieszyć się nagraniami Modest Mouse czy Explosion In The Sky, w których również maczał palce. Dżordżom przedstawił opcję "nie ma zmiłuj się". Żadnych popowych naleciałości, wygładzania brzmień na potrzeby stacji radiowych. Jesteście młodymi, ambitnymi ludźmi i bez zahamowań utrwalcie na taśmie co w was siedzi. W efekcie powstała hałaśliwa i przecudnie gitarowa płyta.

Pierwsze sekundy otwierającego płytę Circles to potężne uderzenie w struny, jakiego nie uświadczyliśmy na debiucie. Chwilę później muzyka łagodnieje ustępując delikatnemu głosowi wokalistki. I tak sobie płynie przez resztę utworu wprawiając w lekko melancholijny nastrój, mimo że w tle gitary potrafią ostro zadrapać. Z łagodniejszej strony zespół pokazuje się wiele razy. Waterproof zaczyna się sielankowo, marzycielsko wręcz, by w niezauważony sposób przejść w kapitalne, huraganowe rozwinięcie. W Over pani Magda śpiewa w sposób najbardziej przypominający Snow Lovers..., konstruując charakterystyczne linie melodyczne. Trochę szkoda, że jej głos nie kojarzy mi się już tak z Beth Gibbons - obecnie jej wokale są bardziej zdecydowane, konkretne, często bliskie melorecytacji.

Nad całą płytą unosi się duch niepokoju połączony z wybuchami nieposkromionej furii. Doskonałym przykładem jest siedmiominutowy Clumsy Dance. Ściana schizoidalnego hałasu, neurotyczna praca perkusji, chore przenikanie się gitar. Wykrzyczane Fire jest jak amok szaleńca ulegającego samodestrukcji. W samych superlatywach można pisać o najlepszym na płycie Hangover Tune. Niesamowicie twarda, punktująca perksusja, kłująca gitara i ten prowadzący do zguby rytm. Można się zatracić. Mimo że całość nie przynosi ukojenia, wręcz przeciwnie - to obietnica zagłady. W Messages From A Drunken Broom pojawia się ciekawostka - męski wokal. Utwór jest właściwie wizytówką grupy, zawiera w skondensowanej postaci obecne poszukiwania zespołu. Ciepło miesza się z chłodem, delikatne muzyczne pejzaże z charkoczącymi przesterami, spokój z nadpobudliwością.

Brakuje w opowieściach z baru O'Malleya piosenek zapamiętywalnych, rzeczy na miarę 69 Moles. Najbliżej do "przeboju" ma Cul-Du-Sac (który zresztą został wybrany singlem) z charakterystycznym riffem i pełną pasji końcówką. Jednak to zbyt równa płyta, sprawiająca wrażenie nierozerwalnej całości i ciężko wykroić z niej coś, co by istniało samoistnie. Boję się również, że na koncertach nowe propozycje polegną, znudzą ze względu na sporą monotonię kolejnych utworów. Mimo wszystko stwierdzenie Congletona, że "to najlepszy europejski zespół, z jakim kiedykolwiek pracowałem" jest dalekie od kurtuazji. W swojej działce są oni - potem długo, długo nic.

Proszę tylko o adres do knajpki O'Malleya - z chęcią wypiłbym tam parę szklaneczek szkockiej, byle tylko mieć możliwość spotkania G.D. osobiście:) [avatar]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/georgedornscreams

2 marca 2009

Komety i MKL razem w trasie

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni