1 kwietnia 2009

Festiwal We Are From Poland – nie możesz tego przegapić!

Mamy dla was wielką, wielką niespodziankę. Nad tym projektem pracowaliśmy długie miesiące w ścisłej tajemnicy (bo gdyby nie wyszło, wiadomo, wstyd).

Panie i panowie, ogłaszamy wszem i wobec, że 11 lipca 2009 (sobota) odbędzie się pierwszy Festiwal We Are From Poland, na którym zobaczycie i posłuchacie całą kupę młodych obiecujących polskich kapel. Szykuje się też kilka prawdziwie elektryzujących wydarzeń, o których za chwilę.

Impreza odbędzie się w Gliwicach na lotnisku aeroklubu. Początek koncertów o 12 w południe, jednak część lotniska wydzielona na pole namiotowe będzie otwarta już w piątek od godz. 18. Lotnisko ma dogodną lokalizację – co prawda leży na obrzeżach miasta, ale jest dobrze skomunikowane z centrum Gliwic, a w ostateczności można tam dojść nawet na własnych nogach (jakieś pół godziny piechotą spod dworca PKP).

Widzicie ten wąski biały budynek? Tam stanie scena.

Koncerty odbędą się dzięki wsparciu miasta Gliwice, które przeznaczyło fundusze na organizację sceny i opłaty za wynajem lotniska oraz firmę ochraniającą festiwal. Bilet na wszystkie koncerty kosztować będzie prawdopodobnie 20 zł (może to być minimalnie więcej, ale na pewno nie drożej niż 30 zł) plus 10 zł za pole namiotowe (niezależnie od tego czy będzie to jedna czy dwie noce). Na terenie festiwalu będą działały punkty żywieniowe i z piwem (tak jest!), a także stoiska dystrybutorów płyt oraz jedno wspólne stoisko z wydawnictwami artystów bez kontraktów płytowych (będzie można nabyć m.in. EP-ki dostępne tylko na koncertach, wydawane własnym sumptem). Dodatkowo w okolicy znajduje się supermarket.

A teraz chyba najważniejsze: kto wystąpi?

Oto lista dużej części wykonawców (może jeszcze ulec zmianie):

Gwiazdy:

-tres.b
-Happy Pills po reaktywacji z nowym i starym materiałem
-Jacek Lachowicz z zespołem
-Kawałek Kulki
-supergrupa złożona z: Jacka Lachowicza, Misi Furtak (tres.b), Grzegorza Nawrockiego (Kobiety) i Magdy Turłaj (Kawałek Kulki)
-Braty z Rakemna – powracają z nową płytą, którą zagrają podczas swojego koncertu!

Gwiazdy in spe (potwierdzeni artyści):

-Reverox
-pAMBUK
-Don’t Be A Poor Person
-Betty Be.
-Sklepy Społem
-Amuse Me
-Kamp!
-Charles Darwin is Dead
-Dagadana

Lista nie jest jeszcze zamknięta, mogą dojść kolejni wykonawcy. Dodajmy, że wszyscy artyści występują za symboliczną „stówę” i przyjeżdżają do Gliwic po to, by się dobrze bawić, a nie odegrać parę utworów i zmykać do domu. Możemy się więc spodziewać długich koncertów i różnych nieprzewidzianych kolaboracji.

Happy Pills - powracają po latach, zagrają na WAFP Festiwal

Scena będzie jedna, ale za to grająca bez przerwy. Nie będzie potrzeby łażenia z jednego końca lotniska na drugi, wystarczy siąść na trawie i słuchać (oglądać). Kolejność występów jest jeszcze dogrywana, na pewno jednak nie będzie podziału na lepszych i gorszych: gwiazdy będą występować na zmianę z zespołami mniej znanymi.

I jak, zadowoleni? :)

No to przeczytajcie jeszcze rozmowę z organizatorem festiwalu, Arkiem Ziębą, dyrektorem wykonawczym festiwalu, na temat kulisów tego wydarzenia.

- Kolejny festiwal muzyczny? Nie za dużo tego dobrego? Na co to, po co to komu?

-Ale o co chodzi, przecież sam maczałeś w tym palce!

- To była taka mała prowokacja. Chciałem, żebyś uspokoił moje sumienie, że choć mamy w Polsce parę festiwali, to jest miejsce na jeszcze jeden.

- Dla mnie to oczywiste. Rynek muzyczny w kraju – ten, który nas interesuje – rozwija się w dwóch przestrzeniach: wirtualnej, czyli w Internecie, i w występach na żywo. Obie te przestrzenie wzajemnie się uzupełniają i inspirują. Naturalnym zjawiskiem jest rozwijanie inicjatywy internetowej w rzeczywistości koncertowej. Krótko mówiąc, wasz blog musiał prędzej czy później zmaterializować się w „realu”. Naturalną formą dla takiej materializacji jest festiwal muzyczny, na który można zaprosić znanych z bloga i składanki wykonawców.

- To nie jest odpowiedź na pytanie, na co komu kolejny festiwal.

- Może usatysfakcjonuje cię taka odpowiedź: festiwal WAFP jest konsekwentną realizacją pomysłu na blog, czyli nagłaśniania młodych, dobrych polskich zespołów. Oczywiście wiele festiwali realizuje ten pomysł, i na Open’erze, i Offie, czy w Jarocinie występuje mnóstwo polskich wykonawców – i bardzo dobrze. Jednak te duże imprezy przyciągają fanów głównie zagranicznymi gwiazdami, próbują wstrzelić się z najmodniejszymi, najgłośniejszymi obecnie wykonawcami. My stawiamy sprawę jasno – to jest święto polskiej muzyki. Nie chodzi o jakiś przerysowany patriotyzm, przemawiają też za tym względy praktyczne. Ściągnięcie zagranicznej gwiazdy to duże koszty. Nie mamy takich pieniędzy i nawet nie rozważaliśmy takiej opcji. Mamy niezłe kontakty z polskimi zespołami, które zgodziły się zagrać właściwie za friko. Trudno byłoby ściągać zespół z np. Islandii czy USA i prosić, żeby artyści sami zapłacili za samolot, pobyt w Polsce itd. Działamy trochę punkowo, staramy się jak najwięcej rzeczy załatwić bezkosztowo albo przy minimalnym budżecie.

- Dlaczego Gliwice?

- Proste: obaj jesteśmy z Gliwic i obaj mieszkamy niedaleko lotniska (ha, ha).

- Z tym, że ty masz swoje biurko w urzędzie miasta.

- To na pewno był jeden z naszych atutów. Dzięki temu udało się dotrzeć do właściwych ludzi w ratuszu, zdobyć zgodę na organizację imprezy, a nawet dofinansowanie na sprawy organizacyjne – bardzo ważne i bardzo trudne dla ludzi, którzy nie mają doświadczenia w branży koncertowej. Na szczęście udało się przekonać decydentów, że festiwal ma sens. Myślę, że swoją rolę odegrał konflikt w Mysłowicach i przepychanki przy organizacji tegorocznego Offa. Miasta zainteresowały się działalnością festiwalową, odkryły, że to jest dla nich niezła promocja, że warto wykorzystać modę na wakacyjne festiwale. Offa chciały przejąć Katowice i Chorzów. Postanowiliśmy skorzystać z tego zamieszania i wyjść z propozycją festiwalu promującego polską muzykę niezależną. Dość istotne dla powodzenia rozmów były pozytywne opinie dziennikarzy muzycznych z lokalnych mediów, którzy zwracali uwagę, że blog to profesjonalny serwis, który zakorzenił się już w polskim internecie i dla wielu osób interesujących się muzyką niemainstreamową jest ważnym i wiarygodnym źródłem wiedzy o tym, co się dzieje na alternatywnym rynku.

- Jak oceniasz zestaw artystów, którzy wystąpią na festiwalu?

- O to chyba ja powinienem zapytać ciebie. Obiektywnie rzecz biorąc, ale i w moim prywatnym odczuciu, największą rewelacją jest powrót Bratów z Rakemna z nowym materiałem. To na pewno będzie świetny koncert, wierzę też w płytę, która wyjdzie prawdopodobnie jesienią. Ciekawostką jest występ „supergrupy” powołanej dość spontanicznie na ten jeden koncert, a złożonej z Jacka Lachowicza, Misi Furtak, Grzegorza Nawrockiego i Magdy Turłaj. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co oni zagrają, ale na pewno będziemy się dobrze bawić. Do tego powracający po długiej przerwie Happy Pills... Zestaw jest bardzo mocny. Pojawi się sporo młodych kapel, kilka z nich wystąpi po raz pierwszy przed tak dużą publicznością. Ciekawie może wypaść konfrontacja elektropopowego Kamp! z takim klasycznie rockowym Reveroxem.

- Sprawy lokalizacyjno-organizacyjne...

- Lotnisko aeroklubu jest fajnym miejscem. Z dala od zgiełku centrum, ale jednocześnie na tyle blisko miasta, że można swobodnie dostać się do sklepu, czy po prostu obejrzeć Gliwice (do czego zachęcam przyjezdnych). Scena zostanie postawiona na betonowej płycie, ale cała reszta lotniska pokryta jest trawą, więc myślę, że będzie atmosfera piknikowa. Pole namiotowe, jedzenie i picie, sanitariaty – wszystko będzie dobrze przygotowane.

- Ilu widzów spodziewasz się na festiwalu?

- Szacuję tę liczbę na ok. 5 tysięcy. Myślę, że taką publiczność jesteśmy w stanie zgromadzić i będzie to liczba optymalna. Oczywiście lotnisko pomieści i trzy razy tyle ludzi, dlatego możecie spokojnie przyjeżdżać!

- Nowa świecka tradycja: coroczny WAFP Festiwal?

- Byłoby fajnie, nie sądzisz?

- Sądzę. W takim razie widzimy się w lipcu na lotnisku.

- Ale pamiętaj, że musimy jeszcze obgadać kwestię występu Kultu...

Rozmowę przeprowadził [m].

PS. Z tym Kultem to był żart :)

29 marca 2009

New Century Classics: Heart With Four Rooms EP (wyd. własne, 2009)

Zrobiło się zamieszanie. Kto był bardziej obeznany w najnowszych dokonaniach zespołu z zapartym tchem oczekiwał na Natural Process – pierwsze długogrające wydawnictwo New Century Classics nagrane dla FDM Records. Premiera miała być tuż-tuż, w pierwszych tygodniach nowego roku. Zamiast tego światło dzienne ujrzała EP-ka Heart With Four Rooms. Zespół na majspejsowym blogu wyjaśnia, że premiera z przyczyn od nich niezależnych musiała się opóźnić (FDM dało ciała? Czy oznacza to również, że dłużej poczekamy na płyty Popo i Zerovy?). Trasa koncertowa została zabukowana, podczas niej miano promować nowe wydawnictwo, a tu lipa... Wyjściem z tej sytuacji było szybkie skomponowanie i wydanie własnym sumptem omawianej dziś EP-ki. Warto dodać, że są to całkowicie nowe kompozycje, powstałe niezależnie od tych, które znajdą się na pełnowymiarowym albumie.

Ten wielonarodowy skład (choć dla mnie i tak zostaną krakusami) kontynuuje drogę obraną na poprzedniej EP-ce. W skrócie: mamy do czynienia z platynowo-irydowym wzorcem mogwaiowego post-rocka. A więc gitarowe pejzaże, elegancka praca perkusji, oniryczne organy Rhodesa. Artyści tworzą muzykę, przy której chce się stanąć na szczycie Tarnicy, rozwinąć skrzydła i polecieć. Ku wolności, ku przestrzeni, byle wyzwolić się z korzeni grawitacji i wygrzać twarz w ciepłym słońcu. Taki jest otwierający Room One. Spokojny, lekko patetyczny, pełen gracji. Na sprawdzonych patentach oparto Room Three. Delikatna elektronika towarzyszy rozedrganej gitarze stopniowo przechodzącej w typową dla tej stylistyki ścianę dźwięku. Najpiękniejszy w zestawie Room Two zawiera motywy, które stają się znakiem rozpoznawczym zespołu - partie wiolonczeli. A utwór z miejsca awansuje do najwybitniejszych dokonań tej młodej kapel. Ostatni kawałek Room Four jest zmienionym nie do poznania - przez remiks zespołu Zerova - utworem pierwszym. Cóż, nasi mistrzowie laptopowej elektroniki tak naznaczyli kompozycję swoim piętnem, że równie dobrze mogło to być ich regularne nagranie.

Jestem nieczuły na ewentualne głosy, że w post-rocku w takiej formie powiedziano już wszystko i każde kolejne zespoliki przybijają jedynie gwóźdź do trumny gatunku. Wcale nie czuję się komfortowo ze świadomością, że aby zobaczyć takie formacje na żywo trzeba czekać kilka lat na jedyny w Polsce koncert gwiazdy światowego formatu i akceptować reguły festiwalowe. Fajnie, że w naszym kraju są zespoły pokroju NCC czy California Stories Uncovered (chłopaki, żyjecie???), które można spotkać w dusznych klubach na kilkadziesiąt czy kilkaset osób w niedalekim mieście, na wyciągnięcie ręki. Ta muzyka kapitalnie brzmi w takim "przyjacielskim" gronie!

Cztery kardiologiczne pokoje do doskonały aperitif przed głównym daniem. Do którego, mam nadzieję, bliżej niż dalej. [avatar]


Strona zespołu: www.myspace.com/newcenturyclassics

28 marca 2009

Kumka Olik: Jedynka (Universal, 2009)

Grrr, swędzi mnie moja niezal-skóra, kiedy mam pisać o debiucie tego zespołu. Reprezentują oni wszystko to, czego nienawidzi prawdziwy indie-bloger: podpisali kontrakt z dużą wytwórnią, mają profesjonalny klip i stylistę, który radzi im jak się ubrać i jakie pozy przybierać na zdjęciach, wystąpili w Opolu oraz w TVP, można na nich głosować esemesem, a ich piosenka podoba się nawet „wykształconym słuchaczom Trójki”. Do tego ich strona myspace zaczyna się tak: „Booking... management... prasa...”. Jezu, sztab ludzi zatrudnionych po to, by zrobić z tych smarkaczy gwiazdy.

Wyrzućmy jednak uprzedzenia przez okno i skoncentrujmy się na najważniejszym, czyli muzyce. Kumka Olik to tacy polscy Arctic Monkeys (wiem, że nienawidzicie, kiedy zaczyna się recenzję od „to tacy polscy...”; trudno). Są młodzi – bardzo młodzi – bezczelni, hałaśliwi. Grają rokendrola, więc wszystko to jest na właściwym miejscu. I grają go całkiem porządnie, z wykopem, żywiołowo. Płyta jest krótka i zawiera sporo chwytliwych melodii. Do tego zaśpiewana, czasem wykrzyczana, po polsku. Póki co wszystko gra i furczy. Schody zaczynają się wtedy, kiedy człowiek wsłucha się w tę płytę, przejdzie do porządku dziennego nad fajnością brzmienia i zauważy, że na Jedynce tak naprawdę nie ma czego słuchać, a styl Kumka Olik opiera się na bardziej lub mniej zakamuflowanych „inspiracjach” (zwykle mniej). Takie Grzeczne dziewczynki czy Się nie dowiesz to kalki z Cool Kids Of Death, a Bardziej postaraj się na kilometr zalatuje plagiatem skądinąd kapitalnego numeru The Hives Hate to Say I Told You So (dowód pod recenzją). Zerżnięte wszystko: riff, wokal, nawet charakterystyczne brzmienie perkusji. Na szczęście Universal ma dobrych prawników, więc naszym chłopcom z Mogilna krzywda raczej się nie stanie. Luz, w końcu żyjemy w takich czasach, że wszystko się twórcy miesza w głowie, tak że trudno stwierdzić, która myśl jest moja, a która cudza.


Podobają mi się na tej płycie dwie piosenki, włączają mi się czasem w głowie. A są to: Koduję, w którym to numerze pobrzmiewa jakieś niejasne wspomnienie Piosenki młodych wioślarzy Kultu (i tu rzeczywiście możemy mówić o szlachetnie pojętej inspiracji – tylko czy KO znają historię polskiego rocka na tyle, by mówić o świadomym nawiązaniu?), oraz Miasto was nie lubi – ot, taki bezpretensjonalny rockowo-taneczny numer z ładnie pracującymi gitarami i basem. Czasem podoba mi się też Korkociągnik (też mi się kojarzy, ale nie chcę już ciągnąć tego wątku, bo dygresja byłaby bardzo obszerna i obejmowała co najmniej trzy zespoły). Ten kawałek pokazuje elastyczność grupy i otwartość na zabawy z brzmieniem. W ogóle to BRZMIENIE (wiem, jak bardzo nie lubicie tego słowa) robi całą płytę. Nie sposób nie pochwalić realizatora dźwięku i producenta, spisali się bardzo dobrze. Muzyka jest miło przybrudzona, a jednocześnie doskonale klarowna i nieodparcie dynamiczna. Brawo.

Aha, są też jeszcze teksty. Jak na mój gust większość z nich to taki misz-masz pisany na kolanie: bez ładu i składu (i składni). Oraz sensu. Sporo błędów językowych, jak choćby te koszmarne zdania: Muszę biec, szarpać się, oczekiwań druczku sprostać; Dzisiaj nie ponosi mnie odpowiedzialność – nie sądzę, żeby był to świadomy zabieg, raczej niedbalstwo i brak językowej sprawności (książek się nie czytało, co?). Nie będę się tego jakoś specjalnie czepiać, w końcu po takiej muzyce nikt nie oczekuje poezji wysokich lotów. Wokalista braki tekstowe nadrabia ekspresją i arogancją prawdziwego rokendrolowca – i to jest w porządku.

Jedynka ani nie powala na kolana, ani nie żenuje. Jest to dobry produkt dla młodzieży, stanowiący interesującą alternatywę dla gówna krajowej produkcji lejącego się z radia i telewizora. Wolę, żeby młodzi słuchali Kumka Olik niż chłamu, którego nazw przez szacunek dla czytelników nie będę wymieniać. Zobaczymy, czy zespół pójdzie drogą wspomnianych Arctic Monkeys i na drugiej płycie pokaże się z dojrzalszej, a przede wszystkim bardziej oryginalnej strony. Wierzę, że tak będzie. [m]

Strona zespołu: http://www.myspace.com/kumkaolik

Co wam się bardziej podoba?


Kumka Olik...



…czy The Hives?



Ja stawiam jednak na The Hives.

25 marca 2009

Nowytwór: Endorfina (wyd. własne, 2009)

Pod hasłem Nowytwór kryje się kolejny home-made projekt. Mózgiem "czteroosobowej kapeli z jednym członkiem" jest Łukasz Jarosik. Jak sam podaje, to nie jest jego pierwsze wcielenie muzyczne, w przeszłości dał się poznać jako autor paru innych solowych projektów. Nasuwa się więc pytanie: skoro nie mamy do czynienia z debiutem, a dzieło jest dostępne na last.fm - jak można nazwać się Nowytwór? Da się wymyśleć coś bardziej obciachowego? Kojarzy się brzydko z nowotworem (co nie ma żadnego związku z prezentowaną muzyką). Ewentualnie autor sam nie ceni zbyt wysoko swojej twórczości i upchnął ją pod byle jaką nazwą. Zresztą, mniejsza o to.

Na zdjęciach na myspace Łukasz pozuje z różnymi instrumentami. Słuchając płyty trudno mi ocenić, ile dźwięków wygenerował komputer, a ile własnych ścieżek wprasował w software muzyk (po prostu się nie znam). Efektem jest 13 instrumentalnych kawałków, mniej lub bardziej zróżnicowanych. Największą wadą albumu jest płaska perkusja. Brzmi plastikowo (automat?) i okropnie spłyca utwory. Ogólnie całość jest bardzo wygładzona. Gitara elektryczna gra, ale nie kopie. Efekty elektroniczne zróżnicowane, umiejętnie zastosowane, ale nic ponad to. Jedynie dźwięki gitary akustycznej gdzieniegdzie spulchniają kompozycje. Dokonania Łukasza przypominają mi debiut Ratatat, jednak mimo zróżnicowania pomysłów brakuje muzyce finezji. Oczywiście są lepsze momenty. Króciutkie 05 to sympatyczny akustyk z ciekawym pogłosem. 09 przywołuje plemienne skojarzenia, a w 08 odzywa się znane z post-rockowych produkcji rzężenie. Głębszy bas i laptopową elektronikę słychać w 11 kawałku.

Endorfina wydaje się zaledwie wprawką muzyka, szkicownikiem. Utwory są silnie naznaczone piętnem procesora komputerowego. Już wiem, gdzie jest miejsce dla takiej twórczości. W radiowej Trójce są audycje, w których po kilkunastu minutach wchodzi muzyczny przerywnik i redaktorzy czekają na głosy telefoniczne słuchaczy. Jako dźwiękowe tło w takim przypadku Endorfina doskonale spełniłaby swoją rolę. Nie angażuje uwagi, nie odrzuca banałem i płynie sobie przez eter, i płynie... [avatar]

Strona artysty:
http://www.myspace.com/nowytwor

24 marca 2009

Helicobacter: Helicobacter EP (wyd. własne, 2009)

Gdyński zespół pojawił się już w Obserwatorze rok temu. Wydawało się, że grupa z 11-letnim stażem wreszcie złapała wiatr w żagle. Przyzwoite demo, wyróżnienia na znaczących festiwalach, zainteresowanie ze strony radiowej Trójki... Rok później wciąż nie mogą pochwalić się długogrającym debiutem; na pocieszenie dostajemy klasyczną czwórkę.

Helicobacter to zespół gitarowy. Blisko im do wyspiarskiego grania, ale jeszcze bliżej do klimatów mysłowickich. To nie zarzut. Ekipa Artura Rojka na podobnych patentach ugruntowała swoją solidną markę. Dla gdynian to jedynie punkt wyjścia. W omawianych kawałkach czuć szkołę made by Interpol. Nie, nie - nie grają jak nowojorczycy. Mam na myśli bardziej pewną filozofię grania, charakterystyczne pasaże akordowe i wzajemne przenikanie się gitar. Przy czym muzyka jest pełna światła, świeżego oddechu; brak spodziewanego zaduchu mimo niewesołych tekstów (Przez życie). Czasem chłopaki pozwolą sobie na masywniejsze dźwięki. Tytułowy Helicobacter przyjemnie szarpie obniżonym basem, towarzyszy mu całkiem zadziorny riff. Ukłon w stronę Placebo? Czemu nie?!

Fajnie, że śpiewają po polsku. I fajnie, że teksty doskonale brzmią po polsku. Nie mam wrażenia sztuczności i toporności. Może dlatego, że wokalista Kuba Krzyśków śpiewa nieco zmęczonym głosem? Albo dlatego, że posiada ujmujący ciepły, zachrypnięty głos? Pisze teksty, które nie odrzucają? Zdarza mu się popełnić rymy częstochowskie - wynagrodzeniem są znajome dla większości sytuacje (I nie mówcie do mnie kolorami/ Bo poruszam się nocami/ I chodzę spać za późno). Druga strona kabla to nietypowy liryk miłosny. Dobieranie spodni to mało romantyczny sposób okazywania uczucia, ale czy w spełnionym związku nie o to chodzi?

Szkoda mi zespołu. Są za "starzy medialnie", by w błyskotliwy sposób wypłynąć na powierzchnię. Już za późno na parkietowe wymiatacze, chyba także nie zależy im na hiper-przebojowści. Z muzyki Helicobactera wyziera dojrzałość i solidność. Czyli całkowite minięcie się z oczekiwaniami młodzieży. Ta oczekuje hymnów pokoleniowych, buntu i prawd objawionych. Pokolenie trzydziestoparolatków nie ma czasu na nowinki. Dodatkowo będzie utyskiwać, że wszystko to już było przerabiane setki razy. Nie chciałbym, aby kapela uzyskała status "zespołu szanowanego, ale nie słuchanego". Helicobacter gra solidnie, tworzy porządne, siarczyste kompozycje, ale brakuje mu przeboju z prawdziwego zdarzenia, któryby zostawił ślad w głowach słuchaczy na dłużej. Zespół mający najnormalniejszego w świecie pecha? Obym się mylił. Zbyt fajna muzyka, by tak sobie przepadła. [avatar]

P.S. Kapitalna okładka! Ktoś wie, gdzie jest to miejsce?

Strona zespołu: http://www.myspace.com/helicobacterpl

22 marca 2009

Obserwator: Nude Ants

O zespole póki co wiem tylko tyle, że jest z „Poland, Holandia” – nie powiem, Myspace czasem mnie potrafi zaskoczyć :) Mniejsza o aktualne miejsce zamieszkania, ważne, że te Nagie Mrówki mają coś do powiedzenia, a ich muzyka jest całkiem oryginalna i intrygująca. Na uwagę zwraca dobrze wykoncypowane, niemal organiczne połączenie brzmień elektroniczno-elektrycznych z akustycznymi. Plus dziwne, zagadkowe teksty i spora ekspresja wokalna kolegi za mikrofonem.

Na majspejsie znajdziecie kilka piosenek, spośród których pierwsza do zapamiętania to Kocur. Dynamiczne zwrotki i słodkie, niemal soulowe refreny. Do tego trochę przyjaznych bitów, ciepłe dźwięki rhodesa i ekspresyjnie podająca rytm gitara akustyczna. Tekst sprawia trochę kłopotu: najpierw jest coś o obcym kocie w łóżku, natomiast w refrenie słyszymy słowa Zestarzeć się godnie, by nie karmić się wstydem/ Stojąc tuż przed Bogiem. Jakieś pomysły na interpretację? Prawdziwym hitem jest Sato Mato, z tym zasysającym rytmem, wokalem trochę pod Kodyma i refrenem nawiązującym do Kiev Office (czyżby nowy nurt w polskiej alternatywie?). Świetne połączenie electro i czadowych wokali – dzieje się całkiem sporo! A jeszcze więcej wyprawia się w nieźle pojechanym rytmicznie Traff. Gęstwina poplątanych „mechanicznych” odgłosów tworzy unikalną całość. Wątek kontynuują Wywrotki – pochłaniając wszechogarniającą siłą rytmu i katarynkowych klawiszy wywołujących lekko surrealistyczny klimat: Wywróć mnie na lewą stronę/ Śmiało!/ Bo właśnie dzięki tobie/ Na nowo się urodzę. Na zakończenie proponuję urokliwy akustyczny temat Libel. Tomku Siemianowski – wielkie brawa za wokal! Po tej piosence czuję się odprężony i zrelaksowany.

Z opisanych utworów demo wyłania się zespół dojrzały i z pomysłem na swoją muzykę. Założę się, że paru czytelnikom wpadną w ucho i na długo zostaną w pamięci. [m]


21 marca 2009

20 marca 2009

Bajzel: Miłośnij (Biodro Records, 2009)

Bajzel powraca z drugą płytą i sprawia mi nią wielką niespodziankę: bardzo przyjemną niespodziankę. A nawet kilka. Po pierwsze: śpiewa po polsku! I to wszystko, udowadniając, że nieobca jest mu zabawa słowami i ich znaczeniami. Po drugie: płyta jest o wiele lepsza muzycznie, bardziej urozmaicona, poszczególne piosenki zapadają w pamięć – w porównaniu z debiutem, na który złożyły się utwory bardzo do siebie podobne, jest przebojowo i kolorowo. Po trzecie wreszcie: utwory są bardziej przemyślane, często składają się z kontrastujących ze sobą elementów. Wszystko też lepiej brzmi: dynamicznie i rokendrolowo, a podkłady nie nużą monotonią.

Bajzel ciągle brzmi jak Perry Farrell, kiedy wysila struny głosowe w numerach bardziej żywiołowych. Tym razem odkrywa też inne swoje oblicze – powiedzmy, że balladowe. W tych spokojniejszych momentach kojarzy się z Budyniem (Jackiem Szymkiewiczem z Pogodno). No właśnie, te wolniejsze kawałki to prawdziwe perełki. Bardzo mile mnie zaskoczyły te fragmenty płyty, kiedy Bajzel śpiewa sobie leniwie przy akompaniamencie gitary akustycznej lub surfowo pobrzmiewającej elektrycznej (genialny Nie znikaj, oniryczny, przepiękny Sen o tobie, piosenka tytułowa z wyciszonym wstępem). Osobne zdanie lub dwa na temat Żalu, czyli fantastycznego duetu z Misią Furtak (frontmanki międzynarodowego tres.b). Już od pewnego czasu jestem jej fanem, a gościnny udział u Bajzla mogę podsumować tylko tak: Misia, śpiewaj jak najwięcej po polsku, bo chce się tego słuchać na okrągło! Żal to zresztą fajny przykład lirycznej, miękkiej strony tej płyty, która opowiada o miłości i rozstaniach. O tym jednak za chwilę.

Bajzel nie byłby sobą, gdyby nie przygrzał porządnie na swojej zadziornej gitarze. Najbardziej przebojowy jest utwór Wsioryba – porywający, wesoły, ze świetnym riffem i refrenami, którym trudno się oprzeć. Bajzel lubi się powygłupiać, mrugnąć okiem w kierunku słuchacza, i tak w Szparagach wybijają się „góralskie” wokalizy, a Maniana to pastisz muzyki latynoskiej z odpowiednim fiestowym rytmem, napieprzającymi gitarami i komicznymi „meksykańskimi” wokalami. Szaleństwo! A to przecież jeszcze nie wszystko. W Wypluj mnie mamy konkretny gitarowy czad oparty na nowofalowym rytmie, w Nie znikaj pojawia się klasyczny grunge’owy motyw gitary i basu, a to dość długie nagranie kończy niesamowita jazgotliwa kawalkada nakładanych na siebie motywów, kojarzących się np. z Sonic Youth. A w Miłośnij w ziemię wgniata ciężki riff, który znienacka przechodzi w bezkompromisową punkową nawalankę.

Tekstowo jest również bardzo fajnie. Bajzel często bawi się słówkami wykorzystując ich podobne brzmienie, nawet jeśli nie ma to większego sensu (Pomorze – pomoże). Jest trochę o zakochaniu, trochę o zrywaniu. Może i nie są to słowa wyrafinowane, ale podobają mi się: Nie znikaj kochany świecie mój/ Piosenkę tę składam do twych stóp. Albo: Jesteś niczym/ Płonąca Puszcza Białowieska/ Jesteś wspomnieniem, z którym czas najwyższy skończyć. Czy jeszcze ostrzej: Koszmarny śnie nie dołuj mnie/ Wypluj mnie wypluj mnie/ Przeklęty śnie nie wkurwiaj mnie/ Bo coś tu się stanie. Czy wreszcie rozbrajające: Muszę zmienić mój metabolizm/ Bo ta maniana mnie w mordę boli.

Po prostu: płyta jest świetna. Świeża i zabawna. Energetyczna i zamyślona. Dla mnie bomba. [m]


Strona artysty: www.myspace.com/bajzel

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni