31 października 2009

Ci ludzie są nienormalni, chcą płacić za mp3!

Bo jak inaczej podsumować wyniki naszej ostatniej ankiety? Padło w niej pytanie o to, ile (i czy w ogóle) jesteście skłonni wydać waszych ciężko zarobionych peelenów na płytę rodzimego artysty w wersji mp3. I oto wyniki, być może dla niektórych mocno zaskakujące. Otóż 79% ankietowanych odpowiedziało, że chce płacić za muzykę. 79%! Jak to się ma to powszechnej opinii, że Polacy tylko by kradli i kradli, bo mają to we krwi, bo po co płacić za coś, co można mieć za darmo? Swoją niechęć do kupowania płyt w takiej postaci wyraziło zaledwie 21%. Co jest grane??!

Pod jednym z postów padł zarzut, że ankieta dała niemiarodajne wyniki, bo na bloga zaglądają osoby należące do sterylnego, zamkniętego środowiska. No to co w takim razie, chcielibyście, żeby pytać o to emerytów w poczekalni u lekarza? Ludzi na ulicy? W galerii handlowej? Bezdomnych pod mostem? Pytamy tych, którzy się interesują muzyką, bo to jest potencjalny klient - nie staruszek, który odbiera swoją rentę od listonosza na wsi. To nie jest temat na badania statystyczne dla całej populacji.

Wnioski: najwięcej osób jest gotowych zapłacić za płytę mp3 do 10 zł. Ale jest całkiem sporo hojniejszych fanów, skłonnych wysupłać z kieszeni do 15 zł. Stop. Teraz, co zrobić z tą wiedzą?

A może małe wytwórnie, netlabele, sami artyści powinni się skrzyknąć i wspólnie stworzyć internetową platformę sprzedaży muzyki? W takim serwisie byłyby dostępne (pofantazjuję sobie, a co) trzy rodzaje wydań: najtańsze – w mp3, droższe – w formacie bezstratnym (FLAC) i najdroższe – tradycyjne CD w pudełku, wysyłane pocztą. Jeśli towar będzie dobry, pojawią się klienci – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Dobry towar, czyli mp3 w porządnym bitrejcie (nie, 128 kb/s to nie jest porządny bitrejt, tego nikt normalny nie kupi), z pełną zawartością książeczki w postaci obrazków lub pdf. Poza tym – odpowiednia obsługa płatności – przelew online i po akceptacji natychmiastowa możliwość downloadu. Odradzam płatności SMS-owe, które są wygodne dla klienta, ale kompletnie nieopłacalne dla sprzedawcy (pośrednicy zabierają ponad 50% ceny SMS-a). Plus: możliwość odsłuchania całej płyty w streamingu przed zakupem, jak to jest np. na megatotal.pl. Dobrze by było również umożliwić sprzedaż pojedynczych utworów za rozsądną cenę.

Może jestem idealistą, może wierzę w cuda na kiju, ale wydaje mi się, że taka platforma (spółdzielnia?) twórców niezależnych ma szansę odnieść sukces. Artyści przestaną być zależni od widzimisię sklepów typu empik czy merlin, które zamawiają tylko płyty mocno reklamowane, będą mieli pełną kontrolę nad sprzedażą swojej muzyki. Nie da się? A może się da, tylko trzeba się wziąć do roboty i zacząć myśleć perspektywicznie? Czego życzę nam wszystkim, dziękując za udział w głosowaniu i ewentualne komentarze pod wpisem. [m]

30 października 2009

Popo: Go Upstream (FDM Records, 2009)

Jest! Jest! Jest! Ileż można mamić demówkami, EP-kami i singlami? Jak długo można wystawiać słuchaczy na cierpliwość ciągle przekładaną premierą płyty? Wiem, były problemy z jej wydaniem. To już jednak przeszłość - za pośrednictwem strony zespołu można nabyć dość gruby digipack z czarnym krążkiem w środku.

Kluczem do odbioru płyty jest okładka. Spośród gwiezdnego pyłu w majestatyczny sposób wyłania się pryzmatyczny monolit. Skojarzenia z Dark Side Of The Moon jest najbardziej na miejscu. Nie oznacza to bynajmniej, że członkowie zespołu na debiutanckim wydawnictwie cofnęli się do psychodelicznych czasów lat 60. Wręcz przeciwnie - na płycie znajdziemy konglomerat dzisiejszych nowinek i trendów. Jednak podobnie jak Pink Floyd, bydgoszczanie starają się malować dźwiękami obrazy wypełniając je kosmiczną energią.

Do rzeczy. Wydawnictwo zaczyna się... post-rockowym intrem! Chyba pierwszy raz zdarza mi się, że włączam funkcję repeat, by jeszcze raz posłuchać tej dwuipółminutowej perełki. To żywa ilustracja okładki. Niczym w Kosmicznej Odysei jesteśmy świadkiem objawienia tajemniczego artefaktu na niebie. Patos i tajemnica podana w filmowy sposób. Ale nie czas na kontemplację, gdyż pod numerem dwa czai się bodajże najlepsza rzecz na płycie. Take The Train. Zaczyna się flipperowym bitem perkusji i rave’owym tłem. Kosmos nadciąga wraz z wejściem wokalisty. Prosty zabieg - głos został podzielony na dwie ścieżki: jasną wysoką i tą ciemną, niższą. W efekcie powstał uroczy melancholijny song, nieco niepokojący, o potężnym ładunku przebojowości. Dopiero po kilku przesłuchaniach zorientowałem się, że w tym kawałku nie ma ani grama gitar! Całość to zgrabne połączenie miękkiej elektroniki z bujającym rytmem.

Niestety, dotychczasową błogość burzy The Purpose Of The Day. Mimo funkującej gitary, rozedrganego basu i odpowiednio połamanej perkusji utwór jest rozmymłany, a refren nieprzyjemnie przypomina kiczowaty okres Bee Gees. Sytuacji nie ratują cięte akordy pod koniec. Na szczęście to jedyna wtopa. Im dalej, tym przyjemniej. Znany wcześniej Overdue Love w sterylnej produkcji wciąż błyszczy. I uwypukla ciekawą barwę głosy wokalisty. Stop Talking to kapitalna zwrotka. Szkoda tylko, że chłopaki skiepścili refren. Bulgoczące dźwięki rodem z Przybyszów z Matplanety są zbyt inwazyjne i odbierają cały urok wytworzony paręnaście sekund wcześniej.

Zmianę nieco sennego nastroju przynosi We Are Rockin’. Kochacie Tigercity? Będziecie ubóstwiać ten kawałek. Soczysty electropop skłania do parkietowych pląsów i weekendowego szaleństwa. Ejtisowe fluidy spisują się doskonale, przefiltrowane przez współczesną wrażliwość. Tej jesieni nie będzie depresji, proszę uwierzyć na słowo. Potwierdza to tytułowy Go Upstream. Choć właściwie powinien się nazywać właśnie We Are Rockin’. To rock’n’rollowa petarda, przekonująca, że w kraju na Wisłą mogą powstawać piosenki, które rozruszają alternatywne dzieciaki w każdym cywilizowanym państwie.

Popo nie ustaje w poszukiwaniach i twórczych kolażach. Kolejny przykład: Get Away. Początek to wściekłe wyrzucanie słów obite motywem rodem z Prodigy. Jest fajnie. A gęba jeszcze bardziej się uśmiecha, gdy rzecz przechodzi do gitarowego popisu za pomocą prostego popowego przystopowania. Magnetic Hall zachwalać nie muszę. Dobrze znany z singla pazur wciąż wierci, drapie i dostarcza eskapistycznych przyjemności.

Hm... widzę, że zrobiła się nudna wyliczanka każdego kawałka. Ale nie, muszę jeszcze wspomnieć o jedynym polskojęzycznym (no prawie) w zestawie Pokoju. Czemu tak mało? Popo w wydaniu polskim radzi sobie równie dobrze. A że to kolejny highlight płyty - to zupełnie inna sprawa. I fajnie, że na wydawnictwie znalazł się mój ulubiony wcześniejszy kawałek - Run. Nie sposób się oprzeć magii tej ballady pełnej pasji, emocji i chorego krzyku.

Za zakończenie chłopaki powtórzyli Intro - jako Outro. Tym razem dodano wokalizę. Dzięki temu chcę utonąć w mgławicach zajadając się różowym pyłem. Jednak to nie koniec. Po paru minutach ciszy jest ukryty bonus. Również po polsku, choć to tylko miniatura; zaledwie głos i fortepian. I już koniec. W tym czasie niepostrzeżenie minęła godzina.

Płytą Go Upstream Popo udowadnia, że dyskusje na temat czy Polska jest dwa lata czy dwa dni za muzyczną Europą powoli stają się z deka czerstwe. Na krajowej scenie pojawia się zespół, który w popisowy sposób zbiera co dojrzalsze owoce z chartów alternatywnych list przebojów i wyciska z nich gęsty sok. Są potknięcia, są rzeczy nietrafione, ale w ogólnym rozrachunku mamy do czynienia z jedną z najbardziej miodnych płyt roku. Stąd moje prawie że ekstatyczne uniesienie. [avatar]

Take The Train:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/musicpopo

28 października 2009

California Stories Uncovered: Confabulations (Kuka Records, 2009)

Zapewne nie jest to już dla nikogo niespodzianką, że CSU przestał być „typowym zespołem grającym post rocka”, ponieważ zatrudnił wokalistę. To zmieniło nieco charakter grupy, pojawiły się inne określenia jego muzyki, ale... tak naprawdę to ciągle ten sam obszar poszukiwań, to ciągle ten sam dobrze znany post rock, ewentualnie shoegaze. Postawmy sprawę od początku jasno i wyraźnie: CSU w swojej nowej konfiguracji nie odkrywa żadnych nowych lądów. Confabulations nie jest płytą przełomową, nowatorską czy awangardową. Jest dobrze przemyślanym, zręcznie przygotowanym konglomeratem cudzych pomysłów. Mając tę świadomość możemy bez fałszywych złudzeń co do rzekomej genialności, ale też bez niepotrzebnych uprzedzeń podejść do tego solidnego – a momentami wręcz budującego – materiału.

Płyta liczy tylko dziewięć utworów, więc mogę każdemu z nich poświęcić kilka słów bez obawy, że odpłyniecie podczas tej wyliczanki. Rzecz zaczyna się kapitalnie. Powiem nawet dość rozrzutnie: to najlepsze otwarcie polskiej płyty w tym roku. Honey Flavored jest jak Hitchcockowskie trzęsienie ziemi. To kawał czystego surowego mięsa oderwanego od kości. Potężny bas i perkusja tworzą hipnotyzującą bazę, na której piętrzą się gęste – z każdą chwilą coraz gęstsze – struktury kakofonicznych gitar. Do tego głos Pawła Plotta, który choć w innych piosenkach bywa irytujący, tu brzmi znakomicie. Odpowiednio paranoicznie i krzykliwie. Kompozycja oparta jest właściwie na jednym powtarzanym w pętli motywie, a mimo to przez te ponad sześć i pół minuty nie mam wrażenia ani jednej zmarnowanej chwili. Właśnie tak powinny się zaczynać wszystkie płyty!

Kolejne utwory umiejętnie podsycają wywołane openerem emocje, jednocześnie nieco tonując rozgorączkowanie. Meadow płynie na syntetycznym bicie i dalekich, nierealnych wokalizach. Z każdym przesłuchaniem odkrywam urodę prostego tematu gitary, który w końcówce napełnia prawdziwym wzruszeniem. Jest dobrze, jest pięknie. Xna zaczyna się w stylu charakterystycznym dla wielu zespołów shoegaze’owych. Wyłaniający się z ciszy, narastający szum gitar przechodzi w ścianę przesterowanego dźwięku. Serce koi miękkie, głębokie wejście basu. Zniewala czystość i delikatność klawisza oraz późniejsze pasaże gitar. Dobrze spisuje się tu również wokalista. Jego maniera jeszcze nie przeszkadza, a kiedy śpiewa fragment My arms or a rope/ Arms or a rope around her neck/ Stay here, I say, Stay hare czuję ciarki na plecach. The Moth brzmi zupełnie jakby pochodził z sesji do Ágætis byrjun Sigur Ros. Kompozycja rozwija się bardzo powoli, by w kulminacji odfrunąć w kosmos za sprawą świdrujących gitar. W Mr. Ambulance nie mogę oprzeć się wrażeniu, że słucham Steve’a Baysa z Hot Hot Heat na gościnnych występach. Nie wiem czy to miał być komplement, czy zarzut. W każdym razie piosenka nie porywa, brakuje jej pomysłu na przełamanie monotonii. I gdyby nie to fajne Runnin’, runnin’, runnin, I’ll go runnin’ byłoby po prostu nudno. Footsteps to na pewno najbardziej wyróżniający się utwór. Taneczny rytm i desperacki klimat – to taki przebój „inaczej”, który jednak nie zaskoczy fanów osłuchanych z Editorsami. Red to z kolei czysty Mogwai. Od samego początku wiadomo, co się wydarzy, wiadomo, że będzie bajkowy wyciszony środek i ściana hałasu w finale. Miło, ale wtórnie. Small Bodies – Big Impact zaciekawia. Zaczyna się zawadiackim akordem i takimż wokalem. Już mam wrażenie, że za chwilę wejdzie perka i zacznie się szybka rokendrolowa jazda, ale nie – wszystko nagle ucicha i przez kolejne dwie minuty gdzieś w tle płynie łagodny gitarowy ambient. Fajny pomysł.

Zawodzi natomiast końcówka. Zamiast wielkiego wybuchu, zapowiadanego przecież przez Honey Flavored, rozbrzmiewa przeciętny Performance Review, który jest właściwie powtórką z patetycznych kompozycji ...Trail Of Dead, tylko pozbawioną efektownej kulminacji. Szkocki motyw gitary nie wystarczy. Ale chwileczkę, to jeszcze nie wszystko. Jeszcze kilka minut ciszy i coś ukrytego po niej. Niestety, nie ma tam żadnej niespodziewanej perełki, na którą warto czekać. Ot zwykła zabawa odtwarzanym od tyłu kawałkiem ostatniego utworu.

Warto wspomnieć o oprawie plastycznej albumu. Wykorzystano w niej obrazy Małgorzaty Skrzetuskiej i choć nie bardzo łapię związek portretu z okładki z zawartością muzyczną, to wraz z rozkładanym „plakatem” dołączonym do pudełka wygląda to wszystko bardzo efektownie.

Podsumowując: do połowy Confabulations to płyta świetna, choć nie zaskakująca niczym nowym. Pod koniec robi się nudnawo, jakby chłopakom zabrakło pomysłów i siły, by sprostać rosnącym z minuty na minutę oczekiwaniom. Wszystko brzmi świetnie, soczyście i mocno, bez zarzutu. Nie jest dziejowo, ale na pewno warto mieć.[m]

Xna:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/californiastoriesuncovered

25 października 2009

AXMusique: AXMusique EP (Brennnessel, 2009)

Dobra passa polskiego electro trwa za sprawą netlabelu Brennnessel. Po znakomitych małych płytach Kamp! i roztańczonym longpleju Michella Phunka, katalog artystów powiększa się o duet AXMusique. Niech was nie zwiedzie drętwa nazwa – panowie z Łodzi dostarczają piekielnie energetycznej, porywającej dawki tanecznych bitów, okraszonych niezłymi wokalami.

AXMusique to twórcy świadomi i bezkompromisowi. Wiedzą, co chcą osiągnąć: trans, hipnoza, ekstaza niekończącego się tańca. Ich kompozycje są długie, z wyjątkiem jednej zbliżają się, a nawet przekraczają długość siedmiu minut. Od początku do końca trzymają w uścisku zdecydowanego rytmu, targanego buczącymi basami i drażniącymi motywami syntezatorów. Do tego należy dodać melodyjne linie wokalne i... trudno się oderwać. Za uszy szarpie już otwierający EP-kę STS, choć wcale nie jest to najlepszy numer w zestawie. Jeszcze mocniej kopie Lane, rozpoczynający się od irytującego „popsutego” bitu, który po chwili nabiera mocarnej głębi i zanurza się w pierwotnym rytmie. Dużo w tej kompozycji brudu, cybernetycznego punka, który jednak trzymany w ryzach nie pozwala słuchaczowi pogrążyć się w chaosie. Zaskakuje łagodnie poprowadzony refren, miękki, żartobliwie mrugający z ejtisowego danceflooru. Mój ulubiony kawałek znajduje się na pozycji trzeciej. Tore Nade przynosi naprawdę kapitalne melodie niesione srogim i oszczędnym bitem. Rewelacyjne wokale sprawiają, że trudno się od tego utworu uwolnić. Na zakończenie Faith – mocny dyskotekowy rytm i sporo breakbeatowych ekscesów (rewelacyjne przejście w okolicy 2,30!).

"Czwórka" AXMusique to kilkadziesiąt minut tanecznej zabawy bez obciachu. Za jedyną wadę można uznać pewną monotonię – refreny często umieszczono na tej samej bazie co zwrotki, przez co całość nieco się zlewa. Ale kiedy już puścisz się w tan, takie niuanse przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko rytm i odurzająca melodia. Polecam.[m]

PS. EP-ka jak zwykle do pobrania ze strony wydawcy.

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/axmusique

22 października 2009

[Felieton] Trójka żebrze nieprofesjonalnie. Wapno kontra pokolenie nic

Ostatnio dwie sprawy zaprzątają mi myśli, te związane z szeroko pojętą muzyką vel kulturą. Pierwsza z nich szczególnie drażniąca.

Trójko, kocham cię jak Irlandię…

…ale nie dam ci pieniędzy, tak jak nie daję pieniędzy żebrakowi na ulicy. Bo wiadomo, co z nimi zrobi. Przepije z kolegami. Na pewno nie pomogą mu zejść z ulicy, to fakt udowodniony przez mądrzejszych ode mnie. O co chodzi? O akcję „Trójkowy znak jakości”, w ramach której dziennikarze Trójki, wspierani przez znane postacie polskiej kultury zachęcają do wspierania finansowo ukochanego radia. Ale zaraz, finansowo? Jak oni to mówią?

„Zapraszam na stronę www.przyjacieletrojki.org.pl, gdzie znajduje się numer konta”.

O co tu kurde chodzi? „Znajduje się numer konta”. No i? Znaczy jako inteligentny słuchacz Trójki mam się domyślić, że skoro jest numer konta, to wiecie, no, eeee, sugerujemy, że możecie z tego numeru skorzystać i coś tam nam wysłać, jakieś 5 zł albo 10, co łaska, emm, troszkę jesteśmy zażenowani, ale wiecie, no, to tak niezręcznie prosić o kasę, ale wiecie co robić, nie? Drodzy dziennikarze Trójki, kto wam wyciął jaja? Nie macie odwagi powiedzieć wprost: prosimy o pieniądze? Wesprzyjcie nas finansowo? Przez gardło nie chce przejść? Żebranie to nie jest robota dla każdego.


To nie jedyny powód, dlaczego nie wesprę Trójki finansowo. Drugi to taki, że ta akcja nie ma żadnego sensu. Raz, że radio dostało pozwolenie na zbiórkę publiczną tylko przez określony czas – do 10 grudnia 2009. Załóżmy, że uzbierają kilkaset tysięcy, może nawet milion. I co? Wydadzą te pieniądze na ileś-tam audycji. Pieniądze wkrótce znikną, akcja się zakończy. Czy to coś zmieni? Nawet gdyby Trójka uzyskała zgodę na zbiórkę permanentną, to chyba nie liczy na to, że milion ludzi będzie co miesiąc wpłacać na konto stowarzyszenia po 10 zł. Od tego jest przecież abonament, który nie został zlikwidowany.

Głupio się czuję słuchając tych spotów w Trójce. Że niby jestem taki nieczuły. Bo trzeba wspierać upadającą polską kulturę. To takie… żałosne. Żałosne skomlenie o pieniądze zakamuflowane przez godną postawę dżentelmenów, którzy o pieniądzach nie rozmawiają. Naprawdę nie ma innego sposobu na utrzymanie radia przy życiu? A może trzeba po prostu przystosować firmę do nowych warunków ekonomicznych? Kultura już od dawna rządzi się prawami rynku. Łudzenie się, że można utrzymywać radio dzięki datkom słuchaczy to mrzonka.

Wapno nie rozumie, że czasy się zmieniły

Kolejna sprawa, która działa mi już na nerwy. Agorowska prasa prowadzi obecnie zmasowaną kampanię mającą na celu „zrobić coś” z piractwem internetowym. Trwają debaty, rysowanie vlepek, przerzucanie się argumentami, no i oczywiście możemy się zapoznać z opinią najbardziej zainteresowanych, czyli artystów.

Opinię Kazika S. już wszyscy znamy. Mój ulubiony zapychacz mózgowy, czyli Metro, przepytał też innych twórców. Z ich wypowiedzi klaruje się wyraźny podział na wapno vel beton i młode pokolenie vel generację nic. Wapno, czyli Kazimierz, Muniek, Owsiak stoi murem za restrykcjami wobec piratów. Otwarcie nazywają ich złodziejami, a ssanie z sieci porównują do wyrywania torebek staruszkom lub rozbijania szyb w samochodach w celu zawłaszczenia mienia. Ci panowie mentalnie nie wygrzebali się jeszcze z kultu płyty kompaktowej i nie zamierzają zrozumieć tego, co dzieje się w kulturze i jej dystrybucji w obecnych czasach. Żaden argument do nich nie przemówi, to walenie głową w ścianę – po prostu poglądowy beton.

Dr. Satan. Ten zły.

Po drugiej stronie są młodsi twórcy, którzy dzięki Internetowi i funkcji download zyskali uznanie, a nawet uwielbienie. Tak się składa, że są to zwykle artyści niezależni, o których często piszemy na blogu. Ciekawy zbieg okoliczności, prawda? Oni nie są już tak jednostronni, jak pokolenie martyrologii ’80. Nie zgadzają się oczywiście na pozbawianie ich zysków poprzez całkowitą wolność ściągania. Ale tacy artyści jak Dick4Dick, Gaba Kulka czy nawet Behemoth (ave sejten!) rozumieją, że Internet to dla nich raczej szansa, niż zagrożenie. Pozwalają zapoznać się ze swoją twórczością, czasem dają coś za darmo. Nie boją się panicznie, że zostaną okradzeni. Nie chcą wsadzać młodych ludzi do paki za ściągnięcie płyty, bo wiedzą, że w przyszłości te młodziaki będą zarabiać pieniądze i wydadzą je na CD, na DVD, na koncert. Rozumieją też, że płyta w postaci plastikowego krążka powoli zaczyna pełnić rolę tylko i wyłącznie fetyszu, a młodzi coraz wyraźniej manifestują, że mają głęboko w dupie piękne pudełeczka i książeczki na kredowym papierze – chcą piosenek i chcą z nimi robić co im się podoba.

Morał? Dyskusja będzie trwać i trwać. Bonzowie z wytwórni i „wielcy” artyści będą lobbować za wzmocnieniem restrykcji wobec piratów. Ministrowie pewnie ich posłuchają, bo to przecież pokolenie wychowane na Kulcie i T.Love. Oni nie czytają blogów i nie podejrzewają nawet, że WIĘKSZOŚĆ ludzi chce płacić za muzykę w Internecie. Zerknijcie tylko na wyniki trwającej właśnie ankiety. Kiedy ją podsumujemy, grupy decydujące o kształtowaniu rynku muzycznego będą miały gotowe rozwiązanie podane na tacy. Czy z niego skorzystają? Kto pierwszy to zrobi, ten przetrwa. A reszta do piachu. Bez żalu. [m]

21 października 2009

Obserwator: The Malkontents

To ponarzekajmy. Indie-rock, new garage revival, dance punk pokryły się kilkoma metrami ziemi grzecznie spoczywając w dębowej trumnie. The Strokes, The Libertines oraz Franz Ferdinand powiedzieli wszystko w tym temacie. Poza nielicznymi wyjątkami wyrastające niczym grzyby po deszczu zespoliki to tylko zgraja marnych epigonów próbujących płynąć na fali mody. Liczą się trampki, grzywki i ciuchy z H&M. Miałkie kompozycje, wielkie ego, medialna arogancja muzyków przekładają się na wtórność kompozycji. Prawdziwą wiochą zalatuje nazwa grupy zaczynająca się od The i kończąca na -s. Ze świecą szukać oryginalności i świeżości. W gówniarzach nie ma emocji, jedynie pozerka. Trzeba być ślepym, by nie zauważyć, że pod koniec 2009 roku słucha się czegoś innego i obecne trendy wręcz wyśmiewają gitarową rockerkę.

A ja na przekór kolejny raz dam wyraz swemu skorodowanemu gustowi i napiszę parę ciepłych słów o młodym zespole wyklutym gdzieś na niewidzialnej linii łączącej Gliwice z Będzinem. The Malkontents to klasyczny przykład „nowej rockowej rewolucji” o wyraźnych brytyjskich korzeniach. Gdyż co odkrywczego można powiedzieć o muzyce Malkontentów? Granie leży niedaleko półki z napisem Oasis, wokalista przyzwoicie sobie radzi z brytyjskim angielskim, tworzy rajcujące linie melodyczne, gdy sytuacja tego wymaga - rozedrze się jak należy. Pozostali muzycy również dobrze wiedzą, że ich twórczość ma przede wszystkim bawić - stąd bardzo duży ładunek przebojowych chwytów zachęcających do parkietowych szaleństw.

Jeśli wziąć pod lupę poszczególne kawałki, sprawa wygląda jeszcze lepiej. Let The Rock Play zaczyna od pełnego werwy riffu, by w gładki sposób przejść do śpiewnej zwrotki w towarzystwie sfuzzowanej gitary. Refren aż prosi się o kontakt z publicznością na koncercie. Wyobraźmy sobie jak cała sala krzyczy Let! The! Rock! Play! Na Words Of Goodbye pocisk przebojowości jest jeszcze większy. Gdyby kawałek miał należytą promocję, nieźle namieszałby w studenckich rozgłośniach radiowych. Time Fuse SuperXiu mógłby poczuć się realnie zagrożony. Całkiem przyjemnie sobie radzi również My Faith Is Slowly Fading. Gównie dzięki drugiej części, gdzie wokalista Cezary Nowak przejmująco śpiewa Don’t you loose my love. Jedynie Bracing Song nie przypadł mi do gustu. Jak dla mnie to takie pitu-pitu jakich wiele, typowy zapychacz. Na muzzo.pl można jeszcze usłyszeć cover Teardrop Massive Attack. Jako żart spisuje się doskonale, jednak stylem odstaje od autorskich kompozycji.

I co z tego, że taki indie-rock najlepsze lata ma za sobą? Dobre piosenki w połączeniu z charyzmą muzyków zawsze mogą liczyć na podatny grunt. A The Malkontents smęcenie mają tylko w nazwie. Póki co - serwują nam lekkostrawną energetyczno-muzyczną witaminę C. [avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/themalkontents

20 października 2009

Łąki Łan i Sensorry na wspólnym hardkorowym koncercie w Fabryce Drutu, GL, U.Silesia

Obserwator: Tin Pan Alley

Tin Pan Alley to młody polski zespół, w którego skład wchodzą Mateusz Jagielski; Robert Majewski, oraz ukrywający się za pseudonimami Twix i TMWWTH. Pochodzą z Torunia i Bydgoszczy, a swoją muzykę określają jako powerpop. Co to oznacza? To, że możemy spodziewać się głośnego, gitarowego grania, dość poszarpanego i nieoszlifowanego, choć z wyraźnie zaznaczoną linią melodyczną.

Do odsłuchania dostajemy trzy utwory. Pierwszy z nich, Mangrove Tunnel, to energetyczny, mocny kawałek, z ciekawie zaznaczonym refrenem. Można przyczepić się do wokalu, który jest dość mało charakterystyczny i zblazowany, na dodatek teksty śpiewane są w języku angielskim (a wszyscy wiemy, jak to jest z tym akcentem). Jednak warstwa instrumentalna – bardzo na plus. Zdecydowanie wyróżnia się utwór The City & Man, który osobiście przypomina mi wczesne dokonania grupy Muchy. Gdy zdołamy przebić się przez ścianę dźwięku, usłyszymy dość przyjemną melodię, z lekkim elektronicznym zacięciem. Co ciekawe, w środku utworu następuje przejście w spokojniejsze rejony, które po chwili ponownie zaczynają nabierać szybszego tempa. To dopiero nazywa się rozbudowane brzmienie. Na uspokojenie zostaje nam To The Following. Ballada, która sprawia wrażenie już mniej chaotycznej i mniej improwizowanej. Nawet wokalista wydaje się tu bardziej zaangażowany w to, co śpiewa. Jak słychać, panowie radzą sobie całkiem nieźle i ze spokojniejszymi dźwiękami.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że już coś takiego gdzieś się słyszało. Może to Muchy, może The Car Is On Fire albo inny zespół z rodzimego podwórka. Słychać, że w grupie tkwi całkiem spory potencjał – jeszcze nieoszlifowany. Jest to muzyka z pazurem, lecz w tym chaosie najróżniejszych dźwięków trudno nam dobić się do sedna sprawy. Z drugiej strony, gdyby zespół zdecydował się oczyścić brzmienie, mogłoby się okazać, że to już nie to samo. A tego zdecydowanie byśmy nie chcieli. [spacecowboy]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/tpa

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni