8 grudnia 2009

Nathalie And The Loners: Go, Dare (Ampersand, 2009)

Natalię Fiedorczuk znamy dobrze z zespołu Orchid, z którym pełnowymiarowy debiut zaliczyła w tym roku. W oczekiwaniu na jej kolejne rockowe objawienie – tym razem w roli wokalistki reaktywowanych Happy Pills – otrzymujemy zupełnie odmienny album solowy. Go, Dare to intymne, skromne piosenki, najpierw zarejestrowane w domowych warunkach, teraz na potrzeby tego wydawnictwa nagrane ponownie z wydatną pomocą Piotra Maciejewskiego, który doświadczenie w sklejaniu ścieżek zdobył samodzielnie nagrywając i produkując piosenki swojego projektu – Drivealone. Jak wypadło to spotkanie dwojga samotników?

Płytę otwiera hammondowska partia syntezatora, jakby żywcem wyjęta z lat 70. Potem spokojny głos Natalii. I brudne, jazgotliwe solo gitary Maciejewskiego. Te dźwięki sygnalizują, że Go, Dare nie będzie płytą pop – a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu. Bo już następny kawałek, For Love, to całkiem melodyjna, przebojowa piosenka, kojarząca się z dokonaniami Reginy Spektor. Szkoda, że perkusja brzmi tu jakby była zrobiona z tekturowych pudeł - co nadaje jej nieco zbyt podziemnego charakteru - bo piosenka ma spory potencjał radiowy. Na szczęście na Go, Dare nie chodzi o przeboje, tylko o klimat i osobiste emocje. Im głębiej zapuszczamy się w las, tym mroczniej się robi. Po banalnym tekstowo Poster Guy pojawiają się takie cudeńka, jak niesiony niepokojącym rytmem basu Mouth’s Craddle, zachwycające czystością Dancing (pozdrowienia dla Julii Marcell), delikatne gitarowe Thoughs czy wreszcie porażający podskórnym niepokojem utwór Sheet Music (posłuchajcie tej kosmicznej gitary w finale). O ile w pierwszej części płyty dominuje klasyczne instrumentarium - pianino i gitara akustyczna oraz elektryczna, to w końcówce do głosu dochodzi technika cyfrowa. Odpowiedzialny za programowanie Maciejewski umiejętnie wprowadził w ascetyczne aranże Natalii odrobinę syntetycznego rytmu i trzeszczących dźwięków minimalistycznej elektroniki. Kapitalnie wypada to połączenie w zakończonym gitarową kakofonią V.O.D. Właśnie czegoś takiego brakowało mi na debiutanckiej płycie Drivealone. W Sunday prosty bit zgrabnie uzupełnia krystalicznie czysta gitara akustyczna, a w It So So po klasycznym fortepianowym wstępie kompozycja przechodzi w miękkie disco – aż do prześlicznego wyciszenia.

Teksty są o smutku i samotności. When I am dancing/ Some of my friends are thinking of suicide/ And mutilating their hands/ Noone dances at the living room/ My heart is on fire and my soul is in bloom (Dancing). Bywają trochę zmanierowane, jak w Pretty Sad (I look so pretty when I am sad), ale miewają też swoje wzloty, jak w For Love (na stronie artystki ta piosenka nazywa się Fuckorlove): Now you dress up really slowly/ With your sights so far above/ And your eyes forming a question/ Was it (FUCK) or making love? Generalnie można je podsumować cytatem z Sunday: Yes, I would feel better/ I would feel better/ Never meeting you again/ I would feel better. Też się czasem tak czuję.

Go, Dare najlepiej słucha mi się w słuchawkach. Wtedy nic nas nie dzieli: mnie, muzyki i Natalii Fiedorczuk. [m]

It Is So:



Strona artystki:
http://www.myspace.com/nathalieandtheloners

7 grudnia 2009

The Phantoms: Kowalski EP (wyd. własne, 2009)

Miejsce akcji: Warszawa. Czas: 2009 rok, któregośtam września. Wtedy to właśnie trzech chłopaków ujawniło swoją czteroutworową EP-kę. Niestety temu wydarzeniu nie towarzyszyły zmiany na słońcu ani żadne zaburzenia w układzie biegunów magnetycznych. Pewnie wtedy jak zwykle obudziłem się człapiąc ciężko do łazienki. Śniadanie smakowało jak zwykle. Reszta dnia również minęła przewidywalnie. Nic nie zapowiadało końca świata. A szkoda, gdyż łobuzy z The Phantoms swoją muzyką potrafią obudzić trupa w świeżym grobie.

Warszawiacy grają coś co można sklasyfikować jako połączenie surf rocka z rockabilly i rockiem garażowym. Jest głośno, jest bezczelnie, jest brudno i jest obleśnie. Anonimowy Grzegorz na wokalu to nasza inkarnacja Lemmy’ego Kilmistera z Motorhead (Lemmy żyje i ma się dobrze, ale kto tam go wie, co topi w szklaneczce whisky). Pięścią w oczy dostajemy już w pierwszym kawałku - tytułowym Kowalskim. Hardy riff na początku krzyczy „za chwilę rozpęta się piekło”. Po czym na pierwszy plan wchodzi Grzegorz ze swoim przepitym, zachrypniętym głosem. Chłopak ma w dupie grzeczne nuty, jakieś oktawy czy inne bzdety. To muzyka wyrosła na uciapanych od smaru rękach oraz ryku rur wydechowych potężnych motocykli. Wtóruje mu sekcja rytmiczna. Legus i Sztj walą mechanicznie w swoje instrumenty, generując toporne, proste riffy. Dla takich kawałków wymyślono 230 V. Energia zmieszana o odżywczym brudem leje się z głośników. Amerykańskie korzenie jeszcze bardziej słyszalne są w Brand New Tatoo za sprawą ustnej harmonijki. W mgnieniu oka przenosimy się do Tennessee i uczestniczymy z zjeździe harleyowców. Rozedrgane dźwięki gitar w Crazy Like A Wasp generują klimat przydrożnej knajpki oświetlonej czerwonym neonem. She has no limits/ She’s crazy as a wasp. Coś mi się wydaje, że muzycy są pod wrażeniem Salmy Hayek w obrazie Od zmierzchu do świtu. I ten opętańczy wrzask w finale... Kończący EP-kę Brother Jay sunie z gracją traktoru C-60. Grzegorz walczy ze zdartym gardłem, ale nie ma przeproś! Trzeba wytrzymać trzy minuty prostego, soczystego riffu i klimatu dusznej mordowni.

Przesadziłem z tym końcem świata. Płytka nie jest aż tak wspaniała jak to wynika z tekstu. Ale pierwsze spotkanie z muzyką The Phantoms jest powalające. To był silny cios w żołądek; płuca paliły ogniem, a usta zatkały się od kurzu. Przed kolejnym podejściem wiedziałem jak się bronić. Obecnie, mimo braku elementu zaskoczenia, wciąż jestem pełen uznania dla trójki bezczelnych gości z Warszawy. Mają diabła pod ogonem i skutecznie infekują uszy nieświadomych niczego frajerów, którzy odważą się zapuścić majspejsowego playerka. [avatar]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/thephantomspoland

6 grudnia 2009

Pornohagen: Grzeszyć i się cieszyć (wyd. własne, 2009)

Strasznie są płodni; już się pogubiłem, które to wydawnictwo. Zdaje się, że drugie długogrające, a było jeszcze sporo EP-ek. Można by powiedzieć, że ilość zwykle nie idzie w parze z jakością. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo Grzeszyć i się cieszyć jest pierwszą płytą łodzian, która prawie mi się podoba. Prawie jako całość, bo pojedyncze utwory są naprawdę niezłe. Jedno się nie zmieniło i raczej nigdy nie zmieni: nie ma szans na polubienie wokalu Pawła Strzelca. Jest taki wkurzający! Ale to jest rock’n’roll, w dodatku rock’n’roll, który wprawia w stan lekkiego podkurwienia, więc taki wokal jest na miejscu. I tak, napiszę to: szacun dla zespołu za konsekwencję, za olewanie trendów, łatwej sławy, za własną drogę. Są bezkompromisowi i niezależni. Płacą za to swoją cenę, to prawda - żadna wytwórnia nie chce ich wydawać.

Grzeszyć i się cieszyć to pochwała hedonizmu i rokendrolowego stylu życia. Alkohol, dragi, szybki seks, imprezy do rana – wszystko tu jest. Picie na umór i nie ma przyszłości. Może i szczeniackie, ale chyba każdy z nas przez to przechodził. Jedni z tego wyrośli, inni przypłacili to życiem. Nie żebym życzył tego chłopakom z Pornohagen. Nie ma jutra/ Każdy to wie/ Nie ma żadnych świętości/ Oprócz boga radości/ Zwiększamy ciśnienie krwi/ Mamy na to sposoby/ Wiemy jak to się robi/ Żeby czar do rana trwał/ By utrzymał się błogi stan (Amfetamina). Postawa skrajnie defetystyczna, wycofanie się w głąb wąskiego środowiska – to postawy reprezentowane przez młodego człowieka z piosenek Pornohagen. Unikanie wszelkiej odpowiedzialności, strach przed związkiem i stabilizacją – tylko tyle pozostało po opiewanych na wcześniejszych płytach kontaktach damsko-męskich. Stąd pewnie ta rada dla współbraci: Nie obiecuj/ Nic nie musisz/ Gdy zostaniesz/ Wpieprzysz się po uszy (Hydronajt).

Muzycznie mamy do czynienia z prostym rock’n’rollem granym na dwie gitary i sekcję. Zero klawiszy, żadnych tanecznych rytmów. Jest za to sporo bezczelnych melodii i punkowego hałasowania. Niektóre motywy potrafią zaczepić się w głowie na dłużej. Parę rzeczy mi się podoba, choćby dynamiczne Tańczę, konam, urozmaicone rytmicznie Grzeszyć i się cieszyć, intensywny refren i backing vocals w Kpinach, czysta adrenalina riffów w Królu życia, wreszcie ciekawszy sposób śpiewania Strzelca w Papierosach. Słychać szczerość i pasję w tym graniu. Szkoda tylko, że brzmi to tak kiepsko. Mimo iż było jakieś studio na drodze między salką prób a tłocznią, to jednak było to słabe studio. Tak mało oryginalna muzyka, aby zaistnieć, wymaga sporo pracy nad brzmieniem, czegoś, co by ją wyróżniło z masy podobnych dźwięków. Może na następnej płycie? Bo zespół już zapowiada kolejne wydawnictwa: najpierw EP-kę, potem album długogrający. Oni po prostu nie mogą żyć bez grzechu. [m]




Strona zespołu:
http://www.pornohagen.pl

1 grudnia 2009

Kolorofon: Kpt. Skała (Myszka Records/ Mystic, 2009)

Nareszcie! Sześć lat po Echoes The Rapture i cztery lata po Always Never Again Supersystemu mamy wreszcie pierwszą polską płytę dancepunkową. Trochę to trwało, ale nie oszukujmy się, kto miał to zrobić jeśli nie autorzy genialnych Zapałek? Chłopaki z Kolorofonu długo rzeźbili swój debiut, ale jest i – niech to diabli – warto było poczekać! Kpt. Skała to dziesięć kompozycji, z których dziewięć będzie absolutnie niezbędne do życia każdemu, kto choć raz ich posłucha. A dziesiątą z czystym sumieniem można anihilować, wykonując na płycie głęboką rysę cyrklem lub innym ostrym narzędziem.

Wydawać by się mogło, że gatunek, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, jest już na wymarciu, a jego nieliczni przedstawiciele zdychają gdzieś w kąciku nie wzbudzając zainteresowania organizacji ekologicznych. Giganci albo się rozpadli, albo zaczęli grać disco. A tu proszę, jak Feniks z popiołów, odradza się dance punk na ziemi polskiej, silniejszy, bo wzmocniony domieszkami innych stylów i subgatunków.

Śmielej – ta zachęta była potrzebna wszystkim. Zespołowi, że warto grać taką wychodzącą z mody muzykę, słuchaczom, że wyeksploatowany niemiłosiernie gatunek ciągle może zaoferować świeże i ekscytujące wrażenia. Długie, transowe intro, monotonny wokal, nakładające się na siebie partie gitary i syntezatorów, wreszcie potężne riffowe pierdyknięcie – zapowiadają, że będzie się działo dużo ciekawych rzeczy. Czy krowi dzwonek jest na miejscu? Tak jest, gotów do akcji! Numer pierwszy płynnie przechodzi w nieśmiertelne Zapałki. To dokładnie ta sama wersja znana już od półtora roku, minimalnie podrasowana w nowym miksie. I ciągle wymiata! Ten bas, ten rytm! Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej, bo Dobrze, że jesteś to najlepszy sposób na niebanalne wyznanie miłości wybrance/wybrankowi. Numer gitarowy, jazgoczący jakby czas cofnął się do epoki kultowej różowej kasety Starych Singers, a jednocześnie zupełnie współczesny za sprawą delikatnego wokalu i rozkosznych handclapsów. Słuchamy:




Dajcie mi chwilę, muszę odetchnąć głęboko, bo ci goście postawili mój świat na głowie (na niecałe cztery minuty, ale zawsze) następnym kawałkiem – Funktime. Zgodnie z tytułem, jest rytm, któremu nikt się nie oprze. Genialne nowojorskie zwrotki zderzają się z frenetycznymi londyńskimi refrenami. Odjechałem. Fairytale to żarcik z fanów ponurych post-joydivisionowskich epigonów. Grobowy głos Piotra Mazurka, nachalnie taneczny rytm i rzężąca gitara dają niezłego kopa. Szkoda, że nie poszli na całość i nie zmasakrowali końcówki tak naprawdę i do szczętu. Mam wrażenie, że stać ich na to. Za to w ramach tzw. puszczania oka, w epilogu zapodają zadzierzystą solóweczkę, której nie powstydziliby się Mitch&Mitch. Łobuz to również dobrze znany numer – i na płycie wypada bardzo solidnie, nasączony elektroniką, z fruwającymi stylowymi klawiszami. Chciałbym jest chyba najdziwniejszym nagraniem w zestawie (pomijając to ostatnie do usunięcia). Mamy tu mocny bit, agresywny wokal, dużo hałaśliwej, hip-hopowej syntetyki, a do tego potężną sekcję dętą! Robi to naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza finał z szalejącymi dęciakami. Nowy Orlean kłania się breakbeatowi – takie mamy zwariowane czasy.

Bomba atomowa. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tej piosenki? Jeśli tak, to w skrócie: charcząca gitara na wstępie, śliczniutki popowy motyw w środku z wokalami a la Mysłowice, połamane dźwięki w końcówce i kontrolowane sprzężenie na finał. Ładne, słodkie, niepokorne. Taki pop dla dewiantów (którymi wszyscy tu jesteśmy). Sensownie zamyka płytę znowu klasycznie taneczna Ściera, z bardzo fajnym refrenem, klaskaniem i kawałkiem wokalnym, który strasznie mi się kojarzy ze Ścianką.

Szkoda, że z numerem dziesiątym jest ten kuriozalny Kapitan Skała, utrzymany w dansingowym, pseudojazzowym klimacie. Takie rzeczy to niech sobie gra Maleńczuk, a nie taki zespół jak Kolorofon!

O tekstach się nie wypowiadam, bo raz, że wokale są bardzo schowane i czasem po prostu trudno zrozumieć, co śpiewa Mazurek, a dwa, że są na tak wysokim poziomie abstrakcji, że każdy zinterpretuje je inaczej. Bywają całkiem zabawne, ale dociec o co w nich chodzi będzie trudno.

Dali radę? Dali. Płyta mogłaby brzmieć trochę lepiej, ale i tak dostarczyła mi mnóstwo frajdy. Dobrej zabawy i wam. [m]

Żeby podtrzymać szampański nastrój Funktime:




Strona zespołu:
http://www.myspace.com/kolorofon

30 listopada 2009

Zerova: Hello Tree (FDM, 2009)

Casus labelu FDM wywołał spory oddźwięk w Internecie. To powstałe w 2008 roku wydawnictwo za cel wzięło sobie promocję muzyki alternatywnej w Polsce. Kontrakty zostały podpisane, nagrania ruszyły z kopyta. Po czym pojawiły się komplikacje. Problemem stało się znalezienie odpowiedniego dystrybutora, dzięki któremu płyty mogły się znaleźć na półkach sklepowych. Wyprodukowane egzemplarze zalegały w magazynach, premiery krążków systematycznie odkładano, a muzycy nie dysponowali prawami do sprzedaży albumów własnym sumptem. W końcu wydawnictwo zdecydowało się na desperacki ruch. W ramach protestu przeciwko panującym mechanizmom rynkowym postanowiło rozdać płyty za darmo. Od 23 listopada w posiadanie płyt mógł wejść każdy, kto wypełnił formularz zamówienia na stronie wydawnictwa. Jedyne koszty to opłata za przesyłkę pocztową - 4 zł. Krążek Zerovy obok płyt Popo i New Century Classics jest właśnie tym, którego dotyczy owa specyficzna promocja.

Historię zespołu pewnie już wszyscy znają. W skrócie: decyzja o powstaniu zespołu zakiełkowała niedługo po koncercie Múm, w którym to uczestniczyli muzycy. Zaczęli nietypowo jak na polskie standardy - ich debiut I Think We’ve Lost ukazał się w barwach szkockiej wytwórni Herb Recordings. W Polsce niedługo później wydali EP-kę We All Hum Sometimes (Acoustic Apples). Wydawnictwo dość zaskakujące, gdyż opierało się głównie na akustycznych dźwiękach gitar, z elektroniką ograniczoną do minimum.

Podobno muzycy komponują z zamkniętymi oczami. Dzięki temu mogą przenieść się na nieskażone cywilizacją tereny kresowych rubieży. Wczuć się w rytm natury, poczuć tętno przyrody i dać się porwać urokowi miejsc, które powoli odchodzą w zapomnienie. Mimo, że muzyka Zerovy w większości oparta jest na laptopowej elektronice, to idealnie oddaje bajkowy klimat fantastycznych krain pełnych nostalgii, uroku i zapomnienia. Sam zamykam oczy i widzę hasające po łąkach elfy, pijące źródlaną wodę jednorożce czy rozbrykane centaury. Ekipie z Białegostoku w popisowy sposób za pomocą trzasków i łagodnych bitów udaje się uchwycić delikatną i ulotną atmosferę Nibylandii.

Na Hello Tree muzycy otwierają oczy. Pierwsze sekundy nie są miłe. Znajdują się w nieznanym sobie miejscu, są przestraszeni i skołowani. Gdzie jesteśmy? Jak się tu znaleźliśmy? Taki jest otwierający album Error. Mroczny, duszny, klaustrofobiczny. Pełen niepokoju. Dźwięki elektroniki przypominają odgłosy konsoli statków kosmicznych ze starych filmów sci-fi. Dzięki temu mam wrażenie, że omawiane wydawnictwo to opowieść nawiązująca do klasycznych dzieł ekologicznej fantastyki naukowej. Dla przykładu Słowo las znaczy świat Ursuli LeGuin. Tytułowe drzewo to miejsce zmagań dwóch opozycyjnych przejawów natury ludzkiej. Chęci do niszczenia i dążenia do harmonii z naturą.

Cieszę się jak głupi mogąc śledzić tę historię. Czuję się jednym z jej bohaterów. Po początkowym zagubieniu odkrywam wspaniałość przyrody zrodzonej pod obcym słońcem (Savage The Circle). Napotykam tytułowe Drzewo, strażnika i mądrość całej planety (Hello Tree!). Za sprawą Planety ponownie robi się niespokojnie. Ktoś zły chce zrównać z ziemią te wszystkie cuda kierując się chęcią zysku: I’ll pinch you skin and pull your tooth/ And then I’m gonna break your leg/ I’ll drain your blood and plug your ears/ This is my plan to make you mad. Na szczęście wszystko dobrze się kończy w postaci prześlicznych Pavement i Foll’a. Jednak i ta podróż dobiega końca. Czas na pożegnanie (Ending Now Ending).

Oczywiście to moja prywatna interpretacja płyty. Teksty są introwertyczne i wskazują raczej na osobiste, subtelne relacje dwojga osób. Nie zmienia to faktu, że Zerova czaruje melancholijnym, pełnym tęsknoty klimatem. Rozśpiewała się Maja Chmurkowska. Jej głos niesie ze sobą cały ładunek emocji. Proszę sobie przypomnieć kobiece wokale w twórczości Massive Attack. Osobowość Mai to ta sama glina. Wtóruje jej Paweł Dudziński. Uczucie wiatru i przestrzeni to głównie jego zasługa. Dobrym tego przykładem jest High Speed 80, w którym każdy z głosów ma do opowiedzenia swoją historię, uzupełniając się komplementarnie.

Moje ulubione kawałki? Na pewno Krater z niespotykanym hałasem pod koniec. Oczywiście Savage The Circle z charakterystycznym dla zespołu dźwiękiem akordeonu (dlaczego jest go tak mało?). Króciutki Inremission #1 przypominający akustyczne wydanie grupy. Notwistowa Planeta z jakże wstrząsającym tekstem. Czy Tatula River z podskórnym rozedrganiem. Dobre wrażenie psuje jedynie tytułowe Hello Tree! z dość plastikowym motywem przewodnim oraz zbyt rozlazłe Ending Now Ending.

Płyta została nagrana by leczyć skołatane nerwy. Bez recepty. Nie trzeba czytać ulotki. Przedawkowanie nie grozi; skutków ubocznych brak. [avatar]

Tatula River:



Strona zespołu:
http://www.myspace.com/zerovaband

Saluminesia: Sprzedając pamięć (2.47 Records, 2009)

Niech was nie zwiodą słodkie buzie chłopców z zespołu Saluminesia. Nie są tacy młodzi, na jakich wyglądają. Jednak patrząc na ich dotychczasowe dokonania, trzeba im przyznać jedno: są na pewno przedsiębiorczy. Pochodzą z Sopotu, powstali w 2004 roku. I od tego momentu wiodło im się całkiem nieźle. Nawet nie wspominając o promowaniu ich przez radiową Trójkę, samo pojawienie się w 2008 w opolskich Debiutach to duża sprawa. Ale teraz mamy rok 2009 i oto otrzymujemy debiutancki krążek zespołu o wdzięcznej nazwie Sprzedając pamięć. A zespół to kwartet złożony z Remigiusza Augystyniaka odpowiedzialnego za wokal, Antoniego Budzińskiego (gitara), Grzegorza Kropacza (bas) oraz Janka Budzińskiego (perkusja).

Nawet dla takiego laika radiowo-telewizyjnego jak ja Miłość jest utworem zapadającym w pamięć. Nie przez jakoś super chwytliwą melodię, lecz z powodu częstotliwości pojawiania się jej w mediach. Co więcej, na płycie jest to pierwszy w kolejności utwór. Czyli co, reszta to tylko odcinanie kuponów od jednego przeboju? Nie do końca, jednak mamy tu do czynienia z muzyką jednorodną stylistycznie. Wiem, że to porównanie pojawia się w każdym tekście o zespole, lecz naprawdę nie da się o tym nie wspomnieć. Wyobraźcie sobie mieszankę Myslovitz i Wilków, z trochę bardziej łagodną wersją Much i warstwą tekstową rodem z Happysad. Wychodzi właśnie Saluminesia. Jedenaście grzecznych piosenek dla młodych indie-panien. Bo są to teksty o miłości głównie, czy też o szeroko rozumianych relacjach damsko-męskich. Dużym plusem jest na pewno fakt, że grupa skupiła się na śpiewaniu w języku polskim, co jak sami wiemy, nie jest ostatnio popularne. Z drugiej strony, wyszły z tego niezłe cuda. Moją osobistą perełką jest fragment utworu Herbata z cytryną: Nieuleczalnie przenikam przez ściany/ Wybieram te ładne, wytapetowane/ By z Tobą pić herbatę z cytryną. To jeszcze nic. Dalszy ciąg brzmi: Nie widzę nic, nie słyszę nic/Ii czekam na chwilę, gdy będziesz blisko/ Jak wtedy, gdy padał śnieg. W tym miejscu możemy dzięki skojarzeniu zanucić sobie „klasyka”: Prawie do nieba wzięłaś mnie/ A wtedy padał śnieg. Jeżeli to jest wielka poezja, to przepraszam, ja tego nie łapię.

Bądźmy jednak poważni. Sprzedając pamięć to płyta, która zawiera duży potencjał przebojowości. Umieszczone zostały na niej zgrabne, dobrze wyprodukowane numery, które bez problemu wpadają w ucho. Weźmy na przykład Nie mówmy. Można pokiwać sobie głową do tej melodii, gitary ładnie brzmią w tle, pojawiają się standardowe momenty wyciszenia. I tak w sumie można by opisać każdy utwór. Nie wiem, czy fakt, że materiał został dobrze skrojony, może być zarzutem. Jednak brak mi na tej płycie czegoś, co przykułoby moją uwagę na troszkę dłużej, jakiegoś pazura, nerwowego pulsu. Bo niby wszystko brzmi ładnie i zgrabnie, lecz w sumie wychodzi trochę nijako. A dodając do tego dość banalną warstwę tekstową i specyficzną manierę wokalisty, nie wszyscy będą chcieli wrócić do tej płyty.

Pozytywnym aspektem jest to, że zespołowi udało się pokazać innym grupom, że jak się chce, to można przebić się do głównego nurtu i szerokiego rynku. Pytanie, za jaką cenę, pozostawmy otwarte. [spacecowboy]

Nie mówmy:



Strona zespołu:
www.saluminesia.pl

27 listopada 2009

Indigo Tree: Lullabies Of Love And Death (Ampersand, 2009)

Indigo Tree jest w modzie. Gdzie nie klikniesz, tam wyskakuje recenzja albo wywiadzik. Ludzie, odbieracie nam robotę! Co spowodowało, że ludność cywilna, zwykle kompletnie niezorientowana w temacie brodatych gości z gitarami tak się zainteresowała podwrocławskim duetem? Czyżbyśmy byli świadkami masowych nawróceń na dobrą muzykę? Jeśli tak jest w istocie, to stanę w pierwszym szeregu i zaśpiewam alleluja.

Moda czy przebudzenie, wszystko jedno. Płyta duetu Peve Lety (coś jakby przestawione Pete Levy) i Filipa Zawady jest tak skromna i tak urocza, że aż nie zasługuje na taki rozgłos. Nie zrozumcie mnie źle, podoba mi się bardzo, ale to ten rodzaj muzyki do hołubienia i ukrywania przed innymi. Ci dwaj goście to nie jest materiał na gwiazdorów. Nie chciałbym, żeby grała ich Zetka, żeby występowali w telewizji śniadaniowej, a Gala zrobiła fotoreportaż z ich próby w garażu (uporządkowanego wcześniej przez stylistów). To jest muzyka do grania w małych klubach, do słuchania w samotności. Nie chce mi się czytać kolejnego tekstu stworzonego metodą kopiuj-wklej (Peve Lety – bard gitarowy). Dobrze, że jestem spóźniony, przynajmniej nie znajdę tej recenzji na Allegro.

Wszyscy już wyeksploatowali porównania do Animal Collective i Neila Younga (kurde, a tak chciałem nawiązać do Neila Younga). No więc nie będzie żadnego szpanowania nazwiskami. Napiszę tylko, że miło się słucha tych ballad o miłości i śmierci. Chociaż chłopaki są zbyt młodzi, by mieć na ten temat coś do powiedzenia, więc teksty zostawię w spokoju. I tak śpiewają po angielsku, a kogo tak naprawdę obchodzi, o czym są teksty po angielsku? Płyta ma swój klimat. Niby łagodny i ulotny, a jednak chwilami mroczny i klaustrofobiczny. Mimo że pozbawione perkusji, piosenki mają puls znacznie bardziej wyrazisty niż kompozycje np. Twilite. Wokal Lety’ego, niby rozmarzony, potrafi wznieść się w rejony tłumionej histerii. Jest tu jakieś podprogowe napięcie, jednak nigdy nie osiąga stanu wywołującego u słuchacza dyskomfort. Niby się relaksujemy, ale ciągle pozostajemy czujni, podświadomie wietrząc w ładnych melodiach ukrytą w cieniu grozę.

Dobre momenty. Sporo ich. Więc te naprawdę dobre momenty. Burnt Sugar z cudownie niepokojącą atmosferą i zakończeniem zagranym na sprzęgającej gitarze. Blue My Eyes – zjawiskowa melodia wyzwolona z przesterowanych wzmacniaczy w tak uroczo niedzisiejszy sposób. Ptasi wokal 45-sekundowego Car Wheel. Ballada brzmiąca jak nagrana w przedpokoju – Halfway. Prosty klawiszowy motyw i stukanie pałeczkami w Dark Are The Days. Leniwe brzdąkanie gitary w House Of Evil. Wreszcie zamykająca płytę klasyczna songwriterska kompozycja I Love You Baby Sweet.

To tak osobista i delikatna płyta, że powinna natychmiast zniknąć z wszystkich mediów masowego rażenia. Niech się zajmują aferami i katastrofami. A Kołysanki niech każde z nas przeżywa samodzielnie. [m]

I Love You Baby Sweet:







Strona zespołu:
http://www.myspace.com/indigotree

25 listopada 2009

Dick4Dick: Summer Remains (Mystic, 2009)

Właśnie odkryłem, że pisząc nazwę zespołu można przez przypadek zastąpić czwórkę symbolem dolara. I tak jakby mnie olśniło. Parafrazując Grzegorza Ciechowskiego: ta płyta jest nagrana dla pieniędzy. Normalnie numerologia i kod da Vinci w jednym! Ale poważnie: Summer Remains sprawia wrażenie odcinania kuponów po znakomitym Grey Albumie. Płyty napisanej na szybko i w pośpiechu zarejestrowanej. W dodatku muzycy zapomnieli, że to tylko wersje demo przed ostatecznym nagraniem.

Czepiam się już na wstępie, ponieważ nowa propozycja Dików pod pozorem wakacyjnej lekkości ukrywa mocno okrojony budżet. Gdzie jej do rozmachu rozbuchanej stylistycznie rock-opery sprzed roku. Jest jak biedny kuzyn w przykrótkich gaciach, który podwinął nogawki i udaje, że tak się teraz nosi.

Żeby nie było, że tylko krytykuję. Summer Remains zawiera kilka naprawdę fajnych piosenek, w dodatku kilka z nich jest zaśpiewanych po polsku, w dodatku polskie teksty są całkiem dowcipne i sympatyczne. Odwrót od narcyzmu i opiewania swojej męskości na rzecz zjawisk przyrodniczych stanowi miłą odmianę w monotematycznej twórczości zespołu złożonego z samych samców alfa. Druga sprawa to programowe złagodzenie brzmienia. Bo choć otwierająca płytę Burza zaczyna się od hardrockowego riffu i perkusyjnej kanonady, to zaraz po nich wycisza się i koi odgłosami natury. W nowych kompozycjach gitara jest obecna, ale pełni znacznie mniejszą rolę od klawiszy. Dominuje klimat hipisowski (a więc Diki nie wygrzebali się jeszcze z lat 70., ciekawe ile zajmie im dotarcie do cold wave), lekka psychodelka, krautrock. Aranże są bardzo skromne, ascetyczne wręcz, sprawiają wrażenie roboczych szkiców; stąd moja uwaga o wersjach demo na początku tekstu. Dziury starają się łatać efektami klawiszowymi i pogłosami na wokalach. Ta świadomość powoduje, że trudno w pełni cieszyć się nawet tymi bardziej udanymi piosenkami.

Tak się składa, że polskie teksty otrzymały również najfajniejsze melodie. Trudno oprzeć się przebojowości Hollywood ze zmyślną frazą Fabrykę snów spowija bluszcz/ Fabrykę marzeń rozmył blur, zadziornie wyśpiewanemu Maratończykowi, dyskotekowo bujającej Prognozie, czy najbardziej rozbudowanej kompozycyjnie Balladzie o bohaterze, który traci swoje superzdolności. Z kawałków anglojęzycznych z przyjemnością wracam do Lost My Way, w którym zespół przemyca odrobinę gitarowego zgiełku – przy czym kompozycja bardzo wyraźnie sprawia wrażenie niedokończonej, do warczącego przesterowanym basem Run Run Run czy fajnie przybrudzonego Girls Against Period. Albumowi jako całości brakuje jednak jakiejś iskry szaleństwa, a kolejne obok Burzy instrumentale (Wakacje w Hadynowie – ponad 3 minuty na jednym patencie, Paź królowej) wydają się być klasycznymi zapełniaczami.

Summer Remains trzyma poziom, ale w porównaniu z Grey Album wypada dość blado. Chłopaki wysoko zawiesili sobie poprzeczkę i ten wyśrubowany wynik będzie teraz trudno poprawić. Miejmy nadzieję, że to tylko chwilowy spadek formy. Trzeba się zregenerować, zażywać dużo kąpieli i spacerów, a za rok wrócić z płytą, która znowu porządnie namiesza.[m]

Run Run Run:





Strona zespołu: http://www.myspace.com/dick4dick

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni