18 września 2008

Miloopa: Unicode (Rockers Publishing, 2008)

Unicode z pewnością nie będzie płytą roku nurtu electro. Zbyt wiele na niej klisz, za dużo rutyny, by olśnić i oczarować doświadczonego słuchacza. Doświadczony słuchacz zaczyna od wyliczania na palcach motywów i brzmień zaczerpniętych z innych płyt. To mocno przeszkadza, bo przecież Unicode to jednocześnie bardzo solidnie wyprodukowany kawał profesjonalnie zagranej muzyki. Muzyki z pogranicza drum’n’bassu, electro, trip-hopu i nu-jazzu.

Mój problem z Unicode zawiera się w dwóch słowach: Breakbeat Era. Płyta wydana prawie dziesięć lat temu, raczej zapomniana, choć z pewnością dorównująca dokonaniom Massive Attack czy Tricky’ego z drugiej połowy lat 90. Nad drugą płytą wrocławskiej Miloopy nieustannie unosi się duch Ronniego Size’a. Świadomie czy nie, Unicode dość mocno przypomina Ultra Obscene w warstwie brzmieniowej (specyficzne basy i połamany rytm perkusji), a także – choć w tym przypadku już rzadziej – wokali Natalii Lubrano. Oczywiście muzyka Miloopy jest zdecydowanie mniej radykalna. Jest propozycją nie do odrzucenia dla osób ceniących eleganckie kompozycje z głębokim „dołem” (który udźwignie ich drogi sprzęt audio nie zniekształcając dźwięku) i jazzowym smaczkiem dokładnie wycyzelowanych partii trąbki. Żeby nie było wątpliwości – nie posądzam Miloopy o zbytnią „inspirację” – być może nawet tamtej płyty nie słyszeli. Mój zarzut dotyczy raczej pewnych schematów, które np. w muzyce triphopowej były wykorzystywane już 15 lat temu. Wszystko jest okej, jeśli podchodzimy do Unicode z tą świadomością – gorzej gdy ktoś uważa, że ma do czynienia z czymś nowoczesnym i nowatorskim.

Wszystkie te rozważania nie dotyczą jednak samego zespołu, który stworzył całkiem sugestywną dawkę gęstej od basów klubowej muzyki. Prym wiedzie wokalistka, która ma ciekawą barwę głosu i posługuje się nienaganną angielszczyzną. Kompozycje, choć brzmiące bardzo technicznie, cyfrowo wręcz, najczęściej powstały przy użyciu żywych instrumentów, nawet tak nietypowych jak aborygeńskie didgeridoo, które wydaje dźwięki po prostu kosmiczne. Do tego precyzyjna gra sekcji i pojawiające się często-gęsto wstawki rapowane – to wszystko sprawia, że efekt może nie powala, ale na pewno powoduje lekkie ugięcie kolan. Tak jest w świetnym, agresywnym Boomerze i jeszcze lepszym Flashback (towarzyszące mu uczucie deja vu jest jednak dojmujące). Na płycie spotykamy też utwory o bardziej wyluzowanym klimacie. Na przykład pulsujący dubowo Shopping Mall Soldiers. Albo Spoken, który w drugiej części zabiera słuchacza na funkowo-roztańczoną dyskotekę. Atmosfera niepokoju, trochę przypominająca tę z Karmacoma Massive Attack, udziela się podczas słuchania About Love. Płytę zamykają dwa instrumentalne nagrania, które choć świetnie zagrane, przypominają pięknie opakowane nic. Co z tego, że w Fjordzie pojawia się śliczny temat wiolonczeli, skoro całe nagranie sprawia wrażenie niedokończonego, szkicu zaledwie. Kończąc płytę pozostawia uczucie niespełnienia i braku przysłowiowej kropki nad i.

Podsumowując moje przydługie wywody: Unicode to solidna płyta ze średniej półki. Przy pierwszym kontakcie robi duże wrażenie za sprawą doskonałej produkcji i znakomitych umiejętności muzyczno-wokalnych, jednak przy dłuższym odsłania niestety wyzierającą z utworów pustkę. Brak haczyka, który sprawi, że będzie się chciało wracać do tej muzyki jak najczęściej. [m]

Strona zespołu:
www.miloopa.com/

17 września 2008

Jesteśmy na Myspace!

Od pewnego czasu Don't Panic ma swoją faktorię na Dzikim Zachodzie majspejsa. Nie jest to miejsce, w którym będą powielane teksty z bloga, to raczej taka mała zajawka i przede wszystkim miejsce, gdzie można łatwo nawiązać z nami kontakt. Tak więc artyści - dodawajcie się do znajomych, wysyłajcie informacje o swoich nowych piosenkach i planowanych koncertach. Nasz majspejs jest dla Was!

Sprawdź: www.myspace.com/wearefrompoland

15 września 2008

Obserwator: Soniamiki

Wchodząc na stronę myspace widzimy fajny awatar artystki – cień dziewczynki z gitarą (szkoda tylko, że layout jest różowy). Od razu zaciekawia, w końcu w polskiej muzyce rozrywkowej jest ciągły deficyt grająco-śpiewających dziewczyn. Nie wiem, czego się spodziewałem puszczając pierwszy kawałek. Następczyni Edyty Bartosiewicz? Imitacji Sheryl Crow? Nieważne – trop okazał się całkowicie mylny.

Informacje o artystce są skąpe. Dziewczynka nazywa się (chyba) Zosia Mikucka i w zaprezentowanych utworach zagrała na wszystkich instrumentach sama. Przy czym echa gitary akustycznej można usłyszeć w kawałku MA PA oraz fragmentarycznie w Move Your Eyes. Podstawowym orężem artystki jest laptop i dźwięki z jego pomocą generowane. Dostajemy cztery ciepłe popowe utwory podlane gęsto elektroniką. Słychać domową produkcję (choć nagrania się bardzo dobrej jakości), arsenał zastosowanych środków nie jest wielki i czasem nie do końca trafiony. W MA PIE pojawia się w pewnej chwili szybszy beat pasujący ni w pięć ni w dziesięć do tempa piosenki.

Mniejsza o stronę muzyczną. Najważniejszy jest głos. Trochę szlifu, ogłady a doczekamy się kolejnej polskiej wokalistki obdarzonej ponadprzeciętną barwą. Dołożymy do tego lekkość układania zapamiętywanych melodii (to pop, ale z gatunku tego ambitniejszego). Tort ma zajawki na przebój, Wiem Nie można bez zgrzytów postawić obok tegorocznych electopopowych propozycji FlyKKiler, Loco Star i Oszibarack. Fajnie, że równie dobrze śpiewa po polsku, jak i po angielsku; nawet w obrębie jednej piosenki (Tort).

Pozwolę sobie na emocje: Szefowie klubów! Zaproście dziewczę na koncerty, niech nabierze wprawy i charakteru. Producenci! Wpuście ją do studia, niech zrealizuje swe wizje dysponując lepszym sprzętem. Wydawcy! Spójrzcie na nią :) [avatar]

Strona artystki: Myspace

Od [m]: Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że Sonięmiki słucha i poleca Karotka:)

12 września 2008

We Are From Poland Vol. 4 (Don't Panic Publishing, 2008)

Don't Panic We Are From Poland przedstawia czwartą odsłonę kompilacji We Are From Poland:

CD1:

1. Max Weber: We Don't Spy / Max Weber EP
2. Snowman: Lazy / Lazy LP / Zapowiedź debiutanckiej płyty
3. Plug&Play: Pogo Dancer / demo
4. Kolorofon: Zapałki / premaster / Zapowiedź debiutanckiej płyty
5. Anka Ujma: Oaken Boy / demo
6. Orchid: Wicked Game / demo / Cover jednej z najpiękniejszych piosenek świata - autorstwa Chrisa Isaaka
7. Kiev Office: Fallen In Love / demo
8. Stop Mi!: Kod kreskowy miłości /Kod kreskowy miłości EP
9. White Rabbit's Trip: Our Planet Is Alright/ Holes In The Sky EP
10. Amuse Me: Wash It Up/ mini-LP lub EP - tytuł jeszcze nieznany / Zapowiedź debiutanckiej płyty
11. Kyst: Cover Up / Tar EP
12. Kucz&Kulka: Sleep Walk / Sleep Walk LP / Zapowiedź wspólnego albumu Konrada Kucza (Futro) i Gabrieli Kulki



CD2:

13. Betty Be: Dziewczyna w cekinach / demo
14. Ziemianie: Loco / demo
15. Mass Kotki: Mój chłopak / Miau miau miau LP / Bonus track z ostatniej płyty duetu
16. Monday Rebels: Getaway Car / No Gifts For Free EP
17. The Washing Machine: Burn Your Broken Heart / Burn Your Broken Heart EP
18. BiFF: Jesienne drzewa / LP - tytuł jeszcze nieznany / Zapowiedź debiutanckiej płyty
19. Zakręt: Wszystkie złe słowa / Wszystkie złe słowa SP / Najnowszy singiel zespołu
20. Perspecto: Adrenalin / Unisono Dissonance EP
21. Sorry Boys: Chance / demo
22. More Than Three: Don't Ask Me To Smile Anymore / Octoberclock EP
23. Time To Express: Robot / LP - tytuł jeszcze nieznany / Zapowiedź debiutanckiej płyty
24. tres.b: I Shula / Scylla And Harybdis LP

Legenda: nazwa i tytuł / źródło utworu / uwagi
------------------------------

Pobierz/ Download

CD1: pobierz

CD2: pobierz

------------------------------

Waga: ~85 MB x 2. Booklet znajduje się w paczce nr 2

[Update 16 września]

Bonus track!


Zespół Stop Mi! już po premierze Vol. 4 nadesłał kolejną (trzecią już!) wersję swojej piosenki Kod kreskowy miłości. Wersja jest znacząco inna (pojawia się trochę nowych dźwięków, inaczej brzmi wokal, trochę poprawiono brzmienie sekcji), więc kto ma ochotę ją sprawdzić, niech skorzysta z linku poniżej. Utwór został opisany jako bonus track z numerem 25. Zapraszam do pobierania!


http://sharebee.com/62a08974



Nota prawna: Wszystkie utwory na kompilacji są legalne i zostały na niej zamieszczone za zgodą artystów. Utwory muzyczne oraz grafiki podlegają ochronie praw autorskich. Kompilacja może być rozpowszechniana wyłącznie za podaniem źródła, czyli adresu blogu. Sprzedaż kompilacji lub pojedynczych utworów zabroniona.

11 września 2008

Obserwator: Ziemianie

Panowie ustalili jak mają wyglądać, kupili w pobliskiej galerii handlowej uniformy, koleżanka zrobiła im kilka zdjęć i już. Mają zespół. To fragment „oficjalnej biografii” tria Ziemianie. Tak jak ona, ich muzyka ma charakter ironiczno-narcystyczny (i dlatego też postanowiłem zilustrować tekst właśnie tym zdjęciem, o wdzięcznym tytule Toi Toi boys). Od ciebie, czytelniku, zależy, czy usłyszysz w niej więcej ironii i zgrywy, czy też doskonałego samouwielbienia.

Dwie piosenki. Niedużo, ale wystarczyło, żeby zwrócić na Ziemian uwagę. Reprezentują praktycznie nieistniejący w Polsce (może z wyjątkiem Popo) nurt alternatywnego disco, wzorowany na Hot Chip czy MGMT. Wiadomo, o co chodzi: miękkie, męskie wokale (nie w sensie: samcze), dużo tanecznej elektroniki, odrobina rockowych riffów, a całość wpuszczona w mięsisty parkietowy bit. Posłuchajcie świetnego, roztańczonego utworu Białe mydełka (tytuł zapewne nieprzypadkowy, o tekstach za chwilę). Wyrazisty, wulgarny wręcz syntetyczny rytm, wysmakowane wstawki gitar, dopracowane harmonie wokalne (chórek! chórek!) i wreszcie dość agresywny elektroniczny finał, dający wyraźnie do zrozumienia, że Ziemianie nie są kolegami pana Stachurskiego. Numer dwa – Loco – nosi już bardziej rockowe znamiona. Opleciony gitarowymi riffami kołyszący rytm i bezwzględnie szarpiący za uszy, parkietowy refren, i znowu kapitalnie zaaranżowane wokale panów o ksywkach Tom i Chec. Trzeba przyznać, że te kompozycje, jak na muzykę lekką i przyjemną, są całkiem złożone i wcale nie tak oczywiste, jak by się mogło wydawać na pierwszy rzut ucha. Słychać, że zespół wie, jaki efekt chce osiągnąć (piosenki do tańca dla muzycznych erudytów?)

No i teksty. Fajna sprawa, bo po polsku i niegłupie. Bardzo za to ironiczne, wręcz zgryźliwe, współczesne, opisujące to, co wszyscy dobrze znamy. Tylko że tak niewielu autorów tekstów potrafi pisać o tym dobre piosenki. W Białych mydełkach mamy obrazek panienki rozpaczliwie poszukującej po dyskotekach tego jedynego. Krótkie znajomości na jedną noc, rozczarowanie i kolejny „ten jedyny”, i kolejna noc. Wczorajszy dzień nie skończył się/ Tak banalnie, żeby iść spać/ Wydaje się, że teraz wiesz/ Tak naturalnie/ Czy to ten/ Najpierw był dens/ Potem był test/ Nie myl seksu z miłością/ Pocałuj się! Loco opowiada o bliskiej nam wszystkim (z różnych względów) blogo-czato-sferze, w której rodzą się i giną bohaterowie wirtualnej rzeczywistości. Wiem, że będę cierpiał/ Świat nigdy o mnie nie usłyszy/ Pomimo to na majspejsie/ Mam wyjebane w kosmos zdjęcie – ilu z nas (muzyków, twórców wszelkiej maści, krytykantów, recenzentów) miewa takie myśli? Oglądam na youtubie film/ Youtube mnie lubi, jestem w nim. Tekst prowokacyjny, ale jakże prawdziwy (czyżby własne doświadczenia?).

Ziemianie to zespół zmyślnie łączący wpadającą w ucho melodię z inteligentną prowokacją i zdrową ironią tekstów. Na dyskoteki nie chodzę, ale więcej piosenek chętnie posłucham. [m]

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/ziemianie

The Washing Machine: Burn Your Broken Heart EP (wyd. własne, 2008)

Zespół pochodzący z Poddębic wydał niedawno oficjalnie pierwszą EP-kę, którą dołącza do grona kilku kapel grających miękką odmianę altrocka. Mam tu na myśli Vixo i Saluminesię, a spośród wykonawców po debiucie płytowym Renton i Out Of Tune. Osobiście stwierdziłem ten fakt z pewnym rozczarowaniem, gdyż dwa utwory, które znałem wcześniej (Wilson był na We Are From Poland Vol.2), sugerowały, że zespół interesuje muzyka melodyjna, owszem, ale niepozbawiona zadziorności i surowej energii.

Tymczasem trzy piosenki z Burn Your Broken Heart brzmią bardzo gładko, popowo. Nie znaczy to, że są złe, wręcz przeciwne, dwie z nich to murowane przeboje. Numer tytułowy czaruje połączeniem melancholii i tanecznego rytmu. Zgrabnie poprowadzona linia wokalu natychmiast zaczepia się w głowie. Przestrzeni dodają subtelne, dreampopowe partie gitary płynące gdzieś w tle. Jest dobrze. Także You Don’t Know to chwytliwy numer – tym razem bardziej zadziorny, z ostrzejszą gitarą i stylowym mostkiem. Refren na miarę pierwszego miejsca listy przebojów niewielkiej rozgłośni. Szkoda tylko, że wokal taki mało charakterny. Najmniej udany jest utwór These Days. Niby wszystko jest w porządku, jest melodia, dobre wykonawstwo, ale kuleje mało wyrazisty refren. Co mi się jeszcze nie podoba w piosenkach TWM? Próby grania solówek, które wypadają – delikatnie mówiąc – przeciętnie. Bez żadnej straty można by z nich całkowicie zrezygnować. A co się podoba? Łatwość wyszukiwania melodii (czasem co prawda dość wtórnych), poprawna angielszczyzna wokalisty i staranne, dopracowane aranże. Na pytanie czy to wystarczy, aby polubić ten zespół, musicie odpowiedzieć sobie sami – najlepiej słuchając udostępnionej na majspejsie EP-ki.żmś

Strona zespołu:
http://www.myspace.com/washingband

9 września 2008

Budyń: Baset (Polskie Radio Szczecin, 2008)

Pierwsze wrażenia z odsłuchu płyty przynoszą rewelacje! Szalony Budyń zmężniał i wydoroślał. Płyty Pogodno to wybuchowa mieszanka stylów i konwencji. Utrzymane w duchu Franka Zappy skrzą się od pomysłów, żartu, pastiszu, psychodelii i łamaniu granic gatunkowych. Solowy debiut Budynia Kilof, mimo że powstał w większości na komputerze, również gryzł łobuzersko, dzięki surowości i pyskówkom i abstrakcyjnych tekstom Jacka Szymkiewicza (czyli Budynia właśnie). Na Basecie powiązań z przeszłością jest niewiele.

Wydawnictwo brzmi cudnie. Nagrane w studiu Maćka Cieślaka (Ścianka) czaruje selektywnym brzmieniem i soczystością. Budynia w sesji wsparli Sprawcy Rzepaku (na koncertach występują jako Budyń i Sprawcy Rzepaku), czyli puzonista/tubista Darek Sprawka oraz perkusistka Ola Rzepka. Swoje trzy grosze dodali także Jarek Kozłowski i Michał Biela. Tym razem nie ma zabawy gatunkami i totalnej hybrydyzacji stylów – artyści biorąc na tapetę dany temat, twórczo go poszerzają.

Typowo rock’n’rollowego szaleństwa jest niewiele. Billy oraz Tak i nie to rozbuchane, klasyczne czadziory, które w kontekście całej płyty robią jednak najmniejsze wrażenie. Na płycie dominuje melancholia. Na pierwszy plan wychodzą akustyczne dźwięki, gitarowe plumkania oraz jazzowe inklinacje (Budnowe). Czasami w postaci nieco obłędnego walczyka (Poli) bądź tanga (ph07). Przestrzeni co i rusz dodają wprawnie wprowadzone dźwięki akordeonu, harmonijki, trąbki i saksofonu (popis tego instrumentu odnajdziemy w Chciałem pomyśleć o kolejności). Bardzo fajnie wyszedł Inst, który brzmi niemal jak klubowo-lounge’owa kompozycja za sprawą nerwowej, zapętlonej linii kontrabasu. Nawet proste piosenki oparte na gitarze akustycznej mają wiele uroku (Owoce). Nie mam oporów, by większość utworów z tej płyty postawić obok dokonań artystów, którzy podobnie z powodzeniem łączą jazz z rockiem – Voo Voo, Raz Dwa Trzy. A saksofon przywołuje dalekie skojarzenia z dokonaniami Morphine.

Budyń na Basecie smęci, ale nie dziadzieje. Potrafi ugryźć i pokazać pazurki. Nie wiem czy to dzięki osobie pana Cieślaka - w Obrazku w akustyczne granie ze zgrzytem wchodzą sprzężenia i gitarowe kakofonie rodem z Sonic Youth. Charakterystyczną psychodelią cechuje się także Poli oraz ph07. Skrzypi i trzeszczy aż miło!

Szymkiewicz na płytach macierzystej grupy dał się poznać jako spec od abstrakcyjnych teksów, pełnych niecodziennych zestawień i sformułowań. Nie inaczej jest tym razem, chociaż w porównaniu do Kilofa teksty... są o czymś. Nie uświadczymy tu typowej Budyniowej tyrady słownej; teksty są pełne ciepła i liryzmu. Czy ktoś wcześniej powiedział subtelniej, czym są piosenki? Piosenki są też jak rośliny/ Mogą być jak kwiaty cięte albo jak drzewo/ Które zapuszcza korzenie w Twojej głowie. Co musi się kryć w umyśle artysty, który pisze tekst Dzisiaj/ Przez Ciebie pierwszy raz pomyślałem/ By kupić maść na porost włosów? Albo proszę, oryginalne wyznanie miłosne: Jesteś moją przed i po strażniczką słów/ Proszę nie rozglądaj się po sieci/ Kiedy czekasz. Nawet wulgarny i przaśny tekst Tak i nie zawiera trafne spostrzeżenia socjologiczne.

Ciekawą płytę zmajstrował Budyń. Na pierwszy rzut oka zaskakującą w kontekście dotychczasowej twórczości; z upływem czasu przekonujemy się, że tego można było się spodziewać po muzyku. Zwrot w kierunku przystępniejszych, bardziej refleksyjnych skrzących się pomysłami utworów, powoduje, że płyta wciąga z kolejnym przesłuchaniem. Choć pod koniec napięcie siada i doświadczyć można lekkiego znużenia. [avatar]

Strona artysty: http://www.myspace.com/budynsolo

8 września 2008

Nieustająca koncentracja - rozmowa z New York Crasnals

- Tego lata zagraliście na dwóch dużych festiwalach: na Open’erze w Gdyni i Offie w Mysłowicach. Czy możecie je porównać?

Michał (perkusja): – W Mysłowicach grało nam się lepiej. Nie wiem z czego to wynika, może z tego, że to był ten drugi występ na tak dużej imprezie, także pewnie dlatego, że na Open’erze graliśmy w nieoryginalnym składzie – mieliśmy zastępstwo na basie.

Jacek (gitara, głos): - Open’er był dla nas wielkim skokiem, z małych scen klubowych na wielką festiwalową. W Mysłowicach już wiedzieliśmy jak się technicznie przygotować do występu na dużej scenie, nie było takiego szoku.

Marcin (bas): - Na Offie była bardzo dobra organizacja jeśli chodzi o stronę techniczną, fachowców na scenie, którzy byli bardzo pomocni i uczynni. Pod względem brzmienia i przyjemności grania było świetnie.

- A publiczność? Ta „offowa” różniła się czymś od tej z Gdyni?

Michał: - Wydaje mi się, że na Offie publiczność jest bardziej zorientowana na muzykę alternatywną, gitarową, trudną. Na Open’erze było jednak więcej osób przypadkowych, które niekoniecznie przyjechały słuchać takiej muzyki, jaką my gramy.

Jacek: - Tutaj poziom występujących zespołów jest dość wyrównany, bardzo konkretny. Jeśli chodzi o znajomość naszej muzyki, wydaje mi się, że w Mysłowicach była bardziej żywiołowa reakcja. Na Open’erze graliśmy w atmosferze pikniku.

- Po występie na dużej scenie graliście w namiocie Myspace. To był dość dziwny koncert, w strugach deszczu, z publicznością, która schroniła się pod namiotem i otoczyła was ciasnym wianuszkiem.

Michał: - Ten koncert na pewno będziemy długo wspominać, tak samo pewnie jak te osoby, które się na niego załapały. Pierwszy raz graliśmy w takich warunkach, to było doświadczenie, które skojarzyło się nam z naszymi pierwszymi krokami: w małych klubach, z publicznością tuż obok zespołu. Taka zresztą była idea tej sceny, coś w rodzaju jam session. Gościnnie zagrał z nami Maciek Kozłowski z 10000 Szelek. Zagraliśmy kilka regularnych utworów, ale w nieco zmienionych wersjach, a w końcówce było trochę improwizowania.

Jacek: - Kilka osób, które widziały nas gdzie indziej, stwierdziło, że był to nasz najlepszy koncert.

Marcin: - Improwizowane było też samo rozstawienie się, szybko się zainstalowaliśmy, nie było żadnej próby dźwięku, od razu zagraliśmy grać – to było bardzo spontaniczne. Ja w pewnym momencie zacząłem się bać o Maćka, który stał z boku i kapało mu na pół pieca. Zastanawiałem się, czy ten koncert nie stanie się nagle dość wybuchowy, elektryzujący:)

- Wyjaśnijmy ostatecznie genezę nazwy New York Crasnals.

Jacek: - My sami jeszcze tej genezy nie wymyśliliśmy. Ta nazwa jest gierką słowną, według mnie nawiązuje do fali nowojorskich zespołów punkowo-nowofalowych. Mieliśmy już różne kaprysy, żeby ją zmienić, ale póki co została.

Michał: - Ja do tej pory jestem przeciwko tej nazwie.

Jacek: - Podoba mi się ten cały proces dopisywania ideologii do nazwy, która tak naprawdę nie ma nic poza formą.

Marcin: - Zabawa formą, trochę w stylu Franka Zappy, który miał bardzo dziwne tytuły utworów. To były takie zbitki słów, które fajnie brzmiały i wyglądały na okładce.

Michał: - Mogę zdradzić, że na nowej płycie tytuły utworów będą takimi absurdalnymi, ciekawymi zestawieniami formalnymi. Nie będą wchodzić w żadną relację z treścią utworów. Nie próbujemy tworzyć żadnej ideologii.

- Pomówmy o waszej debiutanckiej płycie. Dla wielu słuchaczy była sporym zaskoczeniem, ponieważ kojarzono was z „nowojorskim brzmieniem”, czytaj Interpol.

Jacek: - Zastanawiające jest to, że ludzie bardzo często zestawiają ze sobą inspirację i twórczość. To, że słuchamy, inspirujemy się Interpolem czy Joy Division, nie oznacza wcale, że gramy jak Interpol i Joy Division.

Michał: - Ale prawda jest też taka, że nasze początki nawiązywały do bardziej piosenkowych struktur i to mogło nasuwać skojarzenia z tymi zespołami. Choćby nasza pierwsza EP-ka, która była bardzo piosenkowa.

- Te dłuższe formy muzyczne, które dominują na Faces And Noises We Can Make to wynik starannego zaplanowania czy może improwizacji, spontanu podczas sesji?

Michał: - Do studia weszliśmy przygotowani do ostatniej nuty. Utwory były ograne, zaaranżowane, wymyślone od początku do końca przed rozpoczęciem sesji nagraniowej.

Marcin: - Chciałbym jeszcze nawiązać do inspiracji w naszej muzyce. Ktoś napisał o tej płycie, że nie słyszy na niej Interpolu, tylko raczej fascynację sceną chicagowską, zespołami mniej znanymi, jak Medications czy Karate.

Jacek: - Słuchamy bardzo różnej muzyki. Ja na przykład lubię scenę nowojorską, ale zupełnie inną od tego, z czym jest kojarzona. Chociażby Mice Parade czy zespoły z FatCat Records. To muzyka bardziej elektroniczna, echa post rocka – tak naprawdę nie wiem, jak to określić pod względem gatunkowym. Muzyka bardzo minimalistyczna.


- Ja jeszcze na chwilę wrócę do waszej płyty. Brzmi bardzo dojrzale, nie ma na niej zbędnego dźwięku. Na ile wynikło to z waszego doświadczenia, a na ile ktoś wam pomógł podczas nagrywania?

Jacek: - Materiał mieliśmy bardzo dobrze przygotowany, ponieważ istnieje już ponad trzy lata. W studiu spędziliśmy cztery dni, byliśmy świadomi tego, co chcemy osiągnąć.

Marcin: - Mieliśmy bardzo dobre warunki. Płytę rejestrował nasz dobry znajomy Marcin Prusiewicz z Green Studio, z którym współpracujemy od czasu naszych demówek, podczas nagrywania panowała luźna atmosfera - to wpłynęło na jakość efektu końcowego.

Jacek: - W studiu panowała miła atmosfera twórczego fermentu, ponieważ producent często dość emocjonalnie reagował na nasze nieakademickie podejście do niektórych dźwięków i brzmień.

- W utworze Shoes jest taki fragment w końcówce, kiedy zaczynacie grać – nazwijmy to po imieniu – taneczny motyw.

Jacek: - Mnie bardzo cieszy różnorodność w muzyce, tak zresztą wygląda moje życie; są momenty wesołe, po czym następuje załamanie. To zdaje się też przekładać na muzykę.

Michał: - Ten fragment, o którym mówisz, to taki nasz żarcik, funkcjonuje raczej na zasadzie cytatu niż kierunku, w którym chcielibyśmy pójść.

- Liczyłem na to, że na koncercie trochę ten motyw rozwiniecie.

Michał: - My rozumujemy trochę inaczej. Nie chodzi o to, żeby wprawić w trans jednorodnym rytmem, chcemy utrzymać słuchacza w nieustannej koncentracji, musi być cały czas czujny, gotowy na jakąś zmianę. Nie jesteśmy Mogwaiem!

Marcin: - Na naszych ulubionych płytach są utwory, które trwają osiem minut i jest w nich fragment, na który trzeba czekać sześć i pół minuty, i jest zagrany tylko raz – jeśli ten fragment wciągnie, chce się tego utworu słuchać kolejny raz.

- Wróćmy do muzyki, której słuchacie. Ulubieni artyści...

Michał: - Z nowszych zespołów The Rapture. Słucham głównie muzyki zza oceanu. Z dawnych czasów Talking Heads, Velvet Underground. Oprócz tego bardziej eksperymentalne dźwięki, typu Holy Fuck, Battles. Ale też np. francuski zespół Ulan Bator, który jest słabo znany w Polsce, zahaczający o post rocka, ale z zachowaniem wokali i pięknych melodii.

Jacek: - Four Tet i Fridge, Mice Parade, The Album Leaf. Lubię też jazz.

Marcin: - Michał wymienił kilka naszych wspólnych ulubionych zespołów. Dodam Trail Of Dead, At The Drive-In, Mars Volta, scena waszyngtońska, Shellac. I oczywiście klasyka, jak The Beatles, Miles Davies, King Crimson. No i Tool...

Jacek: - Nie można też pominąć ważnego wzoru do naśladowania, jakim jest dla nas Radiohead. Nie chodzi tu o samą muzykę, ale o sposób progresji, rozwoju zespołu, ciągłych poszukiwań, kreatywności.

- Słuchacie polskiej muzyki? Coś wam wpadło w ucho?

Michał: - Jest wiele zespołów, z którymi mamy kontakt i lubimy ich słuchać, jak choćby California Stories Uncovered, Hatifnats, Organizm, George Dorn Screams. Z Krakowa zespoły Tele i 10000 Szelek.

Marcin: - Plum, nasi dobrzy znajomi, Houdini i Kristen, którzy wznowili działalność koncertową.

Jacek: - Z zespołów, które pojawiły się na Offie wymienię Baabę, Pink Freud, Shofar.

- Jacek, studiujesz w Szwecji. To chyba nieco utrudnia działalność zespołu?

Jacek: - Jeżeli tylko znajduję czas i możliwości finansowe, staram się przyjeżdżać do Krakowa – dopóki są tanie połączenia lotnicze. Poza tym komponuję na miejscu w Szwecji i wysyłam materiał chłopakom przez Internet. Dochodziło już do takich skrajnych incydentów jak próby przez Skype’a.

- Czy jest szansa, że twoja znajomość tamtego rynku muzycznego przełoży się na trasę po Europie z jakimś szwedzkim zespołem i zaistnienie poza granicami Polski?

Jacek: - Jest plan, żeby zagrać koncert w Sztokholmie – nie wiem jeszcze kiedy i jak, ale wierzę, że się to uda. Zdradzę też, że mam zamiar stworzyć dwuosobowy projekt elektroniczno-akustyczny z udziałem zaprzyjaźnionego Szweda. Mam już gotowy materiał, jest to bardzo minimalistyczna muzyka.

- Nowy materiał NYC. Kiedy możemy się go spodziewać i czym będzie się różnił od tego, co już znamy?

Jacek: - Jest bardzo wiele pomysłów, nawet zbyt wiele. Mamy już ogólną koncepcję płyty. Będzie jeszcze mniej wokali i bardziej oszczędne użycie instrumentów w celu uzyskania jeszcze mocniejszego, bardziej wyrazistego efektu. Będzie też trochę elektroniki.

Michał: - Zrezygnujemy z przesterowanych gitar, uznaliśmy, że na pierwszej płycie było ich trochę za dużo.

Marcin: - Ja się nie zgadzam.

Jacek: - Zostanie zachowana koncepcja momentów piosenkowych ukrytych w bardziej skomplikowanych strukturach.

Pytał i fotografował w Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach – [m]

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni