
16 grudnia 2009
14 grudnia 2009
Spiral: Urban Fable (Ars Mundi, 2009)
Rzeszowski Spiral postanowił zadebiutować z rozmachem i nagrał koncept album. To dość śmiała i niekoniecznie rozważna decyzja w przypadku stawiających pierwsze kroki kapel. Nagranie spójnego albumu połączonego różnymi wątkami, dokładnie rozplanowanego i tworzącego logiczną całość wymaga sporych umiejętności i wiedzy o muzyce. Debiutanci zwykle bardziej „chcą” niż „potrafią”. To kwestia detali. Łatwo ulec przegadaniu, pozwolić sobie na niepotrzebny przepych motywów lub popaść w egzaltację. Historia pokazuje, że klasyczne koncept albumy są dziełami doświadczonych muzyków, mających na koncie wiele mniej bądź bardziej udanych dokonań. Podobnie jak w literaturze - debiutanci powinni zaczynać od pisania opowiadań. Czas na trylogie przyjdzie później.Co więc sobie wymyślili rzeszowianie? Według opisu na okładce Miejska legenda to zapis podróży trzech postaci: dziewczynki, golema i kota do przerażającego miejsca Miasta, które jest niczym rak bądź żywiąca się światłem larwa. Bohaterowie muszą dotrzeć do Katedry, tajemniczej budowli w centrum miasta. To wyścig z czasem – muszą zdążyć przed Gargulacami, które porwały brata dziewczynki w celach konsumpcyjnych. Opowieść utrzymana jest w popularnej ostatnio konwencji urban fantasy, gdzie czarodziejski świat wnika w codzienne, nowoczesne życie. A jak to wygląda w praktyce? Niespodziewanie dobrze!
Jasnym punktem zespołu jest Urszula Wójcik. Jej głos idealnie oddaje postać wspomnianej Dziewczynki. Ula dysponuje ciepłą, nieco orientalną, pełną gracji barwą. O czym słuchacz przekonuje już się w pierwszej minucie otwierającego album The City. Piękna wokaliza wprowadza w bajkowy klimat wydawnictwa. Czasem Ula pozwala sobie na przepuszczenie głosu przez filtr, by wcielić się w inną rolę (Golem And The Cat). Podoba mi się, że nie szarżuje, nie stara się chwalić swoimi możliwościami. W całości podporządkowuje się wyśpiewywanej opowieści. A tam jest przede wszystkim miejsce na strach, zagubienie i nadzieję. Proszę posłuchać Orange Tree - skomplikowane linie melodyczne, skakanie z c-dolnego do c-górnego, wydłużanie końcówek na wiele sekund. A jednak nie mam uczucia chwytania się tanich środków. To wszystko ma swoje uzasadnienie i czuć żelazną konsekwencję w konstrukcji utworu.
Obawiałem się, że muzycznym tłem opowieści będzie progressive rock z wszystkimi patentami opracowanymi przez Genesis, Dream Theatre, Satellite etc. To nie tak, że powoływanie się na wielkich poprzedników jest czymś nagannym - tylko że w przypadku konceptów to jak oglądanie kolejnej animacji z wytwórni Disneya. Ta sama kreska, podobne kolory, historię też już gdzieś widzieliśmy, tylko zamiast Królewny Śnieżki mamy Pocahontas. Jednak ambicje Spirala już na starcie sięgają głębiej.
Wspomniane The City jest dobrym drogowskazem do odbioru całości. Baśniowość to świat pełen dzwoneczków, delikatnych dźwięków gitary akustycznej, roześmianych dzieciaków, gwary pełnej życia i harmonii. Miasto jest złe i brudne, bulgoczące industrialem, hardymi riffami, przesterem i złowieszczą elektroniką. Kapitalne partie smyczkowe wyjątkowo nie dodają ciepła; zapowiadają jedynie kłopoty. I to zderzenie dwóch światów stanowi podwalinę wydawnictwa, na którym oparta jest większość kompozycji. Tu muszę przyklasnąć wyobraźni muzyków - ilość wpakowanych w opowieść pomysłów zasługuje na uznanie. Śliczne It’s Gone to delikatny dźwięk fortepianu, anielski wokal Uli i trip-hopowa elektronika. Umiarkowanie stosowane partie smyczkowe w Golem And The Cat nie wywołują skojarzeń z filharmonią; jest dla nich określone miejsce i czas. Początek Madhatter’s Tea wprawia z lekką konsternację. Wymieszano w nim... toolowy bas z post-rockową ścianą dźwięku! I nieważne, że chwilę dalej całość przechodzi w Porcupine Tree. Efekt zaskoczenia udał się wybornie. Through The Cellar Door jest arcyciekawą miniaturką pełną delayów i złowrogiej, mechanicznej perkusji. Szept Uli został wymieszany z trąbką, co stanowi doskonałe interludium do najlepszego w zestawie Orange Tree. Muzycy potrafią w udany sposób zestawić obok siebie folkowe plumkanie z agresywnymi gitarami nasączonymi elektroniką w stylu Linking Park (Cathedralworm part I). Kończący krążek White Feathers In The Sky dołącza jeszcze jedną cegiełkę do stosu nawiązań zawartych na Urban Fable - Queensryche.
Spiral porwał się z motyką na słońce i... wyszedł obronną ręką. Debiutancka płyta to intrygujący album zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej. To krótka rzecz, niewiele ponad 40 minut. A z pomysłów na niej zawartych dałoby się wykroić drugie tyle. To chyba najlepsza rekomendacja. [avatar]
Digital Whales:
Strona zespołu: http://www.myspace.com/spiralpl
12 grudnia 2009
Jacek Lachowicz: Pigs, Joys And Organs (Mystic, 2009)
Spotkałem się z opinią, że Pigs, Joys And Organs to najlepsza płyta Lachowicza i jedna z najlepszych tego roku. Hmm, zastanówmy się. Prawie się zgadzam. Jak zwykle jestem gdzieś pośrodku w wydawaniu opinii. Jedno jest pewne – to kawał dobrej alternatywy. Ups. Jest problem: pan Jacek nie lubi tego określenia. Ale zostawmy na chwilę Lachowicza i wejdźmy na Wikipedię EN, hasło "Beck Hansen". Napisali mu, że gra alternatywny rock. Beck Hansen, kolo, który nagrał już z milion płyt i puszczają go wszystkie telewizje. Więc na miejscu Jacka Lachowicza bym się nie upierał: to jest alternatywa, zwłaszcza w Polsce. Ale niech się artysta nie martwi: coraz więcej ludzi słucha takiej muzyki, wręcz to określenie ich przyciąga.W stosunku do ostatniej „śpiewanej” (było jeszcze instrumentalne Runo) płyty Lachowicza zmieniło się parę rzeczy. Pigs... są z wyjątkiem jednej piosenki w całości po angielsku. Szkoda, bo teksty po polsku były bardzo dobre. Jest to płyta prostsza muzycznie od Za morzami, mniej eksperymentująca z brzmieniami, ale też znacznie głośniejsza, bardziej wyrazista. I jeszcze coś: artysta zaczął trochę inaczej wykorzystywać swój głos. Potrafi go wysilić do krzyku, a czasem (nieco nienaturalnie) obniżyć.
Dominują kompozycje rytmiczne, zgiełkliwe, wręcz majestatyczne. Grind My Soul to przesterowana gitara jako baza, zniekształcony wokal, industrialne hałasy i potężny bit perkusji. W końcówce ciekawe przejście i przyśpieszenie – numer zmienia się w coś w rodzaju electro punka. Anticipate od pierwszych sekund atakuje pompatycznym, wręcz orkiestrowym tematem i elektronicznym rytmem. Lachowicz śpiewa w nim z prawdziwą pasją, desperacko. Jeszcze bardziej złowieszczo wypada Joy, w którym obniża głos aż do granicy jego wytrzymałości. Słychać ten wysiłek, ale on tam świetnie pasuje. A to powtarzane wielokrotnie Dance, dance, dance with me w otoczeniu dramatycznych organów wypada naprawdę przejmująco. W Dumb’n’Deaf uszy atakuje brutalna kanonada elektronicznej perkusji i toporny riff przetworzonej gitary, ale zgiełk równoważy wyciszony środek. Są też piosenki o mniejszym ciężarze gatunkowym (kojarzące się z nowoczesnym bluesem Gomeza Like A Pig, bardzo melodyjny i radiowy Pax), a także ballady, z których przecież Lachowicz słynie od zawsze. Beck Hansen nie został przywołany przypadkowo – To Be Strong ma klimat jego najlepszych piosenek o miłości. Płytę zamyka śliczny utwór All The People – trochę tu Becka, trochę Beatlesów. Wyróżnia się mroczna Bajka, która swoją psychodeliczną nostalgią odwołuje się do czasów Ścianki – kiedy jeszcze Lachowicz był jej członkiem. Słyszę tu też trochę starego poczciwego rocka progresywnego – klimaty King Crimson z przełomu lat 60. i 70.
Dobra płyta – krótka, konkretna, do połknięcia za jednym zamachem. [m]
Joy:
Strona artysty: http://www.myspace.com/jaceklachowicz
9 grudnia 2009
8 grudnia 2009
Nathalie And The Loners: Go, Dare (Ampersand, 2009)
Natalię Fiedorczuk znamy dobrze z zespołu Orchid, z którym pełnowymiarowy debiut zaliczyła w tym roku. W oczekiwaniu na jej kolejne rockowe objawienie – tym razem w roli wokalistki reaktywowanych Happy Pills – otrzymujemy zupełnie odmienny album solowy. Go, Dare to intymne, skromne piosenki, najpierw zarejestrowane w domowych warunkach, teraz na potrzeby tego wydawnictwa nagrane ponownie z wydatną pomocą Piotra Maciejewskiego, który doświadczenie w sklejaniu ścieżek zdobył samodzielnie nagrywając i produkując piosenki swojego projektu – Drivealone. Jak wypadło to spotkanie dwojga samotników?Płytę otwiera hammondowska partia syntezatora, jakby żywcem wyjęta z lat 70. Potem spokojny głos Natalii. I brudne, jazgotliwe solo gitary Maciejewskiego. Te dźwięki sygnalizują, że Go, Dare nie będzie płytą pop – a przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu. Bo już następny kawałek, For Love, to całkiem melodyjna, przebojowa piosenka, kojarząca się z dokonaniami Reginy Spektor. Szkoda, że perkusja brzmi tu jakby była zrobiona z tekturowych pudeł - co nadaje jej nieco zbyt podziemnego charakteru - bo piosenka ma spory potencjał radiowy. Na szczęście na Go, Dare nie chodzi o przeboje, tylko o klimat i osobiste emocje. Im głębiej zapuszczamy się w las, tym mroczniej się robi. Po banalnym tekstowo Poster Guy pojawiają się takie cudeńka, jak niesiony niepokojącym rytmem basu Mouth’s Craddle, zachwycające czystością Dancing (pozdrowienia dla Julii Marcell), delikatne gitarowe Thoughs czy wreszcie porażający podskórnym niepokojem utwór Sheet Music (posłuchajcie tej kosmicznej gitary w finale). O ile w pierwszej części płyty dominuje klasyczne instrumentarium - pianino i gitara akustyczna oraz elektryczna, to w końcówce do głosu dochodzi technika cyfrowa. Odpowiedzialny za programowanie Maciejewski umiejętnie wprowadził w ascetyczne aranże Natalii odrobinę syntetycznego rytmu i trzeszczących dźwięków minimalistycznej elektroniki. Kapitalnie wypada to połączenie w zakończonym gitarową kakofonią V.O.D. Właśnie czegoś takiego brakowało mi na debiutanckiej płycie Drivealone. W Sunday prosty bit zgrabnie uzupełnia krystalicznie czysta gitara akustyczna, a w It So So po klasycznym fortepianowym wstępie kompozycja przechodzi w miękkie disco – aż do prześlicznego wyciszenia.
Teksty są o smutku i samotności. When I am dancing/ Some of my friends are thinking of suicide/ And mutilating their hands/ Noone dances at the living room/ My heart is on fire and my soul is in bloom (Dancing). Bywają trochę zmanierowane, jak w Pretty Sad (I look so pretty when I am sad), ale miewają też swoje wzloty, jak w For Love (na stronie artystki ta piosenka nazywa się Fuckorlove): Now you dress up really slowly/ With your sights so far above/ And your eyes forming a question/ Was it (FUCK) or making love? Generalnie można je podsumować cytatem z Sunday: Yes, I would feel better/ I would feel better/ Never meeting you again/ I would feel better. Też się czasem tak czuję.
Go, Dare najlepiej słucha mi się w słuchawkach. Wtedy nic nas nie dzieli: mnie, muzyki i Natalii Fiedorczuk. [m]
It Is So:
Strona artystki: http://www.myspace.com/nathalieandtheloners
Autor:
we are from poland
Etykiety:
acoustic,
altpop,
electronic,
LP,
piano,
po angielsku
1 odpowiedzi
7 grudnia 2009
The Phantoms: Kowalski EP (wyd. własne, 2009)
Miejsce akcji: Warszawa. Czas: 2009 rok, któregośtam września. Wtedy to właśnie trzech chłopaków ujawniło swoją czteroutworową EP-kę. Niestety temu wydarzeniu nie towarzyszyły zmiany na słońcu ani żadne zaburzenia w układzie biegunów magnetycznych. Pewnie wtedy jak zwykle obudziłem się człapiąc ciężko do łazienki. Śniadanie smakowało jak zwykle. Reszta dnia również minęła przewidywalnie. Nic nie zapowiadało końca świata. A szkoda, gdyż łobuzy z The Phantoms swoją muzyką potrafią obudzić trupa w świeżym grobie.Warszawiacy grają coś co można sklasyfikować jako połączenie surf rocka z rockabilly i rockiem garażowym. Jest głośno, jest bezczelnie, jest brudno i jest obleśnie. Anonimowy Grzegorz na wokalu to nasza inkarnacja Lemmy’ego Kilmistera z Motorhead (Lemmy żyje i ma się dobrze, ale kto tam go wie, co topi w szklaneczce whisky). Pięścią w oczy dostajemy już w pierwszym kawałku - tytułowym Kowalskim. Hardy riff na początku krzyczy „za chwilę rozpęta się piekło”. Po czym na pierwszy plan wchodzi Grzegorz ze swoim przepitym, zachrypniętym głosem. Chłopak ma w dupie grzeczne nuty, jakieś oktawy czy inne bzdety. To muzyka wyrosła na uciapanych od smaru rękach oraz ryku rur wydechowych potężnych motocykli. Wtóruje mu sekcja rytmiczna. Legus i Sztj walą mechanicznie w swoje instrumenty, generując toporne, proste riffy. Dla takich kawałków wymyślono 230 V. Energia zmieszana o odżywczym brudem leje się z głośników. Amerykańskie korzenie jeszcze bardziej słyszalne są w Brand New Tatoo za sprawą ustnej harmonijki. W mgnieniu oka przenosimy się do Tennessee i uczestniczymy z zjeździe harleyowców. Rozedrgane dźwięki gitar w Crazy Like A Wasp generują klimat przydrożnej knajpki oświetlonej czerwonym neonem. She has no limits/ She’s crazy as a wasp. Coś mi się wydaje, że muzycy są pod wrażeniem Salmy Hayek w obrazie Od zmierzchu do świtu. I ten opętańczy wrzask w finale... Kończący EP-kę Brother Jay sunie z gracją traktoru C-60. Grzegorz walczy ze zdartym gardłem, ale nie ma przeproś! Trzeba wytrzymać trzy minuty prostego, soczystego riffu i klimatu dusznej mordowni.
Przesadziłem z tym końcem świata. Płytka nie jest aż tak wspaniała jak to wynika z tekstu. Ale pierwsze spotkanie z muzyką The Phantoms jest powalające. To był silny cios w żołądek; płuca paliły ogniem, a usta zatkały się od kurzu. Przed kolejnym podejściem wiedziałem jak się bronić. Obecnie, mimo braku elementu zaskoczenia, wciąż jestem pełen uznania dla trójki bezczelnych gości z Warszawy. Mają diabła pod ogonem i skutecznie infekują uszy nieświadomych niczego frajerów, którzy odważą się zapuścić majspejsowego playerka. [avatar]
Strona zespołu: http://www.myspace.com/thephantomspoland
6 grudnia 2009
Pornohagen: Grzeszyć i się cieszyć (wyd. własne, 2009)
Strasznie są płodni; już się pogubiłem, które to wydawnictwo. Zdaje się, że drugie długogrające, a było jeszcze sporo EP-ek. Można by powiedzieć, że ilość zwykle nie idzie w parze z jakością. Ale w tym szaleństwie jest metoda, bo Grzeszyć i się cieszyć jest pierwszą płytą łodzian, która prawie mi się podoba. Prawie jako całość, bo pojedyncze utwory są naprawdę niezłe. Jedno się nie zmieniło i raczej nigdy nie zmieni: nie ma szans na polubienie wokalu Pawła Strzelca. Jest taki wkurzający! Ale to jest rock’n’roll, w dodatku rock’n’roll, który wprawia w stan lekkiego podkurwienia, więc taki wokal jest na miejscu. I tak, napiszę to: szacun dla zespołu za konsekwencję, za olewanie trendów, łatwej sławy, za własną drogę. Są bezkompromisowi i niezależni. Płacą za to swoją cenę, to prawda - żadna wytwórnia nie chce ich wydawać.Grzeszyć i się cieszyć to pochwała hedonizmu i rokendrolowego stylu życia. Alkohol, dragi, szybki seks, imprezy do rana – wszystko tu jest. Picie na umór i nie ma przyszłości. Może i szczeniackie, ale chyba każdy z nas przez to przechodził. Jedni z tego wyrośli, inni przypłacili to życiem. Nie żebym życzył tego chłopakom z Pornohagen. Nie ma jutra/ Każdy to wie/ Nie ma żadnych świętości/ Oprócz boga radości/ Zwiększamy ciśnienie krwi/ Mamy na to sposoby/ Wiemy jak to się robi/ Żeby czar do rana trwał/ By utrzymał się błogi stan (Amfetamina). Postawa skrajnie defetystyczna, wycofanie się w głąb wąskiego środowiska – to postawy reprezentowane przez młodego człowieka z piosenek Pornohagen. Unikanie wszelkiej odpowiedzialności, strach przed związkiem i stabilizacją – tylko tyle pozostało po opiewanych na wcześniejszych płytach kontaktach damsko-męskich. Stąd pewnie ta rada dla współbraci: Nie obiecuj/ Nic nie musisz/ Gdy zostaniesz/ Wpieprzysz się po uszy (Hydronajt).
Muzycznie mamy do czynienia z prostym rock’n’rollem granym na dwie gitary i sekcję. Zero klawiszy, żadnych tanecznych rytmów. Jest za to sporo bezczelnych melodii i punkowego hałasowania. Niektóre motywy potrafią zaczepić się w głowie na dłużej. Parę rzeczy mi się podoba, choćby dynamiczne Tańczę, konam, urozmaicone rytmicznie Grzeszyć i się cieszyć, intensywny refren i backing vocals w Kpinach, czysta adrenalina riffów w Królu życia, wreszcie ciekawszy sposób śpiewania Strzelca w Papierosach. Słychać szczerość i pasję w tym graniu. Szkoda tylko, że brzmi to tak kiepsko. Mimo iż było jakieś studio na drodze między salką prób a tłocznią, to jednak było to słabe studio. Tak mało oryginalna muzyka, aby zaistnieć, wymaga sporo pracy nad brzmieniem, czegoś, co by ją wyróżniło z masy podobnych dźwięków. Może na następnej płycie? Bo zespół już zapowiada kolejne wydawnictwa: najpierw EP-kę, potem album długogrający. Oni po prostu nie mogą żyć bez grzechu. [m]
Strona zespołu: http://www.pornohagen.pl
1 grudnia 2009
Kolorofon: Kpt. Skała (Myszka Records/ Mystic, 2009)
Nareszcie! Sześć lat po Echoes The Rapture i cztery lata po Always Never Again Supersystemu mamy wreszcie pierwszą polską płytę dancepunkową. Trochę to trwało, ale nie oszukujmy się, kto miał to zrobić jeśli nie autorzy genialnych Zapałek? Chłopaki z Kolorofonu długo rzeźbili swój debiut, ale jest i – niech to diabli – warto było poczekać! Kpt. Skała to dziesięć kompozycji, z których dziewięć będzie absolutnie niezbędne do życia każdemu, kto choć raz ich posłucha. A dziesiątą z czystym sumieniem można anihilować, wykonując na płycie głęboką rysę cyrklem lub innym ostrym narzędziem.Wydawać by się mogło, że gatunek, o którym wspomniałem w pierwszym akapicie, jest już na wymarciu, a jego nieliczni przedstawiciele zdychają gdzieś w kąciku nie wzbudzając zainteresowania organizacji ekologicznych. Giganci albo się rozpadli, albo zaczęli grać disco. A tu proszę, jak Feniks z popiołów, odradza się dance punk na ziemi polskiej, silniejszy, bo wzmocniony domieszkami innych stylów i subgatunków.
Śmielej – ta zachęta była potrzebna wszystkim. Zespołowi, że warto grać taką wychodzącą z mody muzykę, słuchaczom, że wyeksploatowany niemiłosiernie gatunek ciągle może zaoferować świeże i ekscytujące wrażenia. Długie, transowe intro, monotonny wokal, nakładające się na siebie partie gitary i syntezatorów, wreszcie potężne riffowe pierdyknięcie – zapowiadają, że będzie się działo dużo ciekawych rzeczy. Czy krowi dzwonek jest na miejscu? Tak jest, gotów do akcji! Numer pierwszy płynnie przechodzi w nieśmiertelne Zapałki. To dokładnie ta sama wersja znana już od półtora roku, minimalnie podrasowana w nowym miksie. I ciągle wymiata! Ten bas, ten rytm! Jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej, bo Dobrze, że jesteś to najlepszy sposób na niebanalne wyznanie miłości wybrance/wybrankowi. Numer gitarowy, jazgoczący jakby czas cofnął się do epoki kultowej różowej kasety Starych Singers, a jednocześnie zupełnie współczesny za sprawą delikatnego wokalu i rozkosznych handclapsów. Słuchamy:
Dajcie mi chwilę, muszę odetchnąć głęboko, bo ci goście postawili mój świat na głowie (na niecałe cztery minuty, ale zawsze) następnym kawałkiem – Funktime. Zgodnie z tytułem, jest rytm, któremu nikt się nie oprze. Genialne nowojorskie zwrotki zderzają się z frenetycznymi londyńskimi refrenami. Odjechałem. Fairytale to żarcik z fanów ponurych post-joydivisionowskich epigonów. Grobowy głos Piotra Mazurka, nachalnie taneczny rytm i rzężąca gitara dają niezłego kopa. Szkoda, że nie poszli na całość i nie zmasakrowali końcówki tak naprawdę i do szczętu. Mam wrażenie, że stać ich na to. Za to w ramach tzw. puszczania oka, w epilogu zapodają zadzierzystą solóweczkę, której nie powstydziliby się Mitch&Mitch. Łobuz to również dobrze znany numer – i na płycie wypada bardzo solidnie, nasączony elektroniką, z fruwającymi stylowymi klawiszami. Chciałbym jest chyba najdziwniejszym nagraniem w zestawie (pomijając to ostatnie do usunięcia). Mamy tu mocny bit, agresywny wokal, dużo hałaśliwej, hip-hopowej syntetyki, a do tego potężną sekcję dętą! Robi to naprawdę duże wrażenie, zwłaszcza finał z szalejącymi dęciakami. Nowy Orlean kłania się breakbeatowi – takie mamy zwariowane czasy.
Bomba atomowa. Czy jest jeszcze ktoś, kto nie zna tej piosenki? Jeśli tak, to w skrócie: charcząca gitara na wstępie, śliczniutki popowy motyw w środku z wokalami a la Mysłowice, połamane dźwięki w końcówce i kontrolowane sprzężenie na finał. Ładne, słodkie, niepokorne. Taki pop dla dewiantów (którymi wszyscy tu jesteśmy). Sensownie zamyka płytę znowu klasycznie taneczna Ściera, z bardzo fajnym refrenem, klaskaniem i kawałkiem wokalnym, który strasznie mi się kojarzy ze Ścianką.
Szkoda, że z numerem dziesiątym jest ten kuriozalny Kapitan Skała, utrzymany w dansingowym, pseudojazzowym klimacie. Takie rzeczy to niech sobie gra Maleńczuk, a nie taki zespół jak Kolorofon!
O tekstach się nie wypowiadam, bo raz, że wokale są bardzo schowane i czasem po prostu trudno zrozumieć, co śpiewa Mazurek, a dwa, że są na tak wysokim poziomie abstrakcji, że każdy zinterpretuje je inaczej. Bywają całkiem zabawne, ale dociec o co w nich chodzi będzie trudno.
Dali radę? Dali. Płyta mogłaby brzmieć trochę lepiej, ale i tak dostarczyła mi mnóstwo frajdy. Dobrej zabawy i wam. [m]
Żeby podtrzymać szampański nastrój Funktime:
Strona zespołu: http://www.myspace.com/kolorofon
Autor:
we are from poland
Etykiety:
dance punk,
indie,
LP,
po angielsku,
po polsku,
rock'n'roll
7
odpowiedzi
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni
-
Tworzenie sztuki i głowa do interesów nie zawsze idą w parze, ale jeśli ktoś ma zdolności organizacyjne i siłę przekonywania może spróbować ...
-
Trzy nowe EP-ki z pięknymi okładkami i niebanalną zawartością muzyczną.
-
Na tę płytę czekaliśmy wyjątkowo długo. W ciągu pięciu lat od wydania Happiness Is Easy muzycy Myslovitz zdążyli na rok zawiesić działalno...
-
By Million Wires to powstała trzy lata temu tarnowsko-krakowska formacja zainspirowana twórczością Radiohead. Bezpośrednich odniesień prakt...
-
To nie jest płyta przełomowa. Więcej, operuje w raczej dobrze znanych nam klimatach brzmieniowych. Ale co mnie to obchodzi – tego chce się ...
-
A mogło być tak dobrze. Plug&Play to właściwie jedyny polski zespół pasujący do kategorii dance-punk. Wiadomo o co chodzi: o ostre gitar...
-
Julia Marcell w niedawno opublikowanym wywiadzie wyznała, że proces powstawania jej najnowszej płyty polegał nie tyle na dodawaniu smaczków...
-
WAFP! z dumą przedstawia: 01. Girls Overcome By Satan : Girl Overcome By Satan/ We Love Hair Police Since We Were Six EP - więcej 02. D...
-
Lata 80. w polskiej muzyce popularnej są jak przybrzeżne wody najeżone rafami i niebezpiecznymi szczątkami rozbitych statków. Żeglowanie ...
