
Polska niby zawsze taka zacofana, ale wystarczyło wpuścić kogoś z zewnątrz, by namieszał i zakotłował w muzycznym światku. Gość przyjechał z Walii i nazywał się John Porter. Posłuchajcie, jak grał ze swoim zespołem w roku 1980 na płycie Helicopters.
Garage: linia basu, taneczny rytm, specyficzny sposób śpiewania – czy nie brzmi jak najnowsza produkcja? Chłopcy z Franza Ferdinanda mogą schować głowy pod kołdrę i cichutko płakać z zazdrości. Miazga!
New York City: podobna konwencja, sekcja rytmiczna podrywa do spazmatycznego tańca, a ekspresja wokalna Portera powala. Baby, let's rock!
No i jak było? :) [m]
AMEN! Akurat słuchałem tej płyty na winylu, przed chwila skończyłem:P
OdpowiedzUsuńmi się ostatnio udało dorwać tą płytę w empiku za 17 złotych ( jeszcze starą wersję) i leciało trzy dni bez przerwy, jest po prostu genialna
OdpowiedzUsuńmoim zdaniem zabrakło kawałka otwierającego (ain't got no music) gdzie swoim tyryry po prostu zmaita wszystko
a ja zawsze będę pamiętać chwile, kiedy po raz pierwszy, urzeczony dźwiękami "Helicopters", oczywiście z winyla, nuciłem sobie wraz z Johnem "Ain't Got My Music" i "Refill". a było to jakoś tak w stanie wojennym (albo tuż po) :)
OdpowiedzUsuńczadowe te kawałki.
OdpowiedzUsuństraszne jak caly indie rock.
OdpowiedzUsuńczłeku, jaki indie rock?
OdpowiedzUsuńno chyba to chcial autor udowodnic, mowiac o dance punku. ja rozumiem dance punk jako element indie rocka. maja jakis wspolny mianownik.
OdpowiedzUsuństraszne sa te wokale portera.a muzycznie tez nic ciekawego.
moim skromnym zdaniem
Helicopters to płyta zacna, lubię do niej wracać.
OdpowiedzUsuń