Nie jestem fanem duetów Anity Lipnickiej z Johnem Porterem – ich pierwsza wspólna płyta w zasadzie wyczerpała temat, a kolejne to było już typowe podtrzymywanie żywego trupa za pomocą medycznej aparatury. Dobrze się stało, że artystyczne drogi tych dwojga wreszcie się rozeszły. Porter to Porter, po nim oczekuje się rockowej energii, brudnych gitar i rytmicznych kawałków. A Lipnicka to Lipnicka (odkrywcze, prawda?) – kobieta delikatna, zmysłowa, trochę tajemnicza. I jak się okazuje – również mroczna. Właśnie wydała swoją płytę bez Portera. I kurczę blade (patrzcie, jaki jestem delikatny z tej okazji), może to i mainstream, ale taki mainstream to ja lubię.
Doprawdy, są święta i miałem się nie wyzłośliwiać. Ale darujcie, po prostu nie mogę. Przygotowując się do pisania recenzji, staram się podglądać, co o danej płycie napisali „koledzy po piórze”. No i padło na wielce zasłużonego Mirosława Pęczaka z Polityki. Do Polityki mam małą słabostkę, bo na studiach byłem tam na wakacyjnej praktyce i nie przepracowywałem się, a w dziale kulturalnym pana Pęczaka nie było wtedy nawet komputera, tylko starożytna maszyna do pisania. Ale nie czas na miłe wspominki. Uroczy kawałek skromniutkiej recenzji Mistrza – i w ten oto niezauważalny sposób przechodzimy do rzeczy – „Tymon Tymański zaskakiwał nas wielokrotnie. (...) Niby wiadomo było, że w dzieciństwie słuchał Beatlesów, aliści do tej pory ta dziecięca choroba zostawiała na twórczości nikłe ślady. Tym razem artysta poszedł na całość. Jego Tranzystorsi grają jak czwórka z Liverpoolu na ostatnich żywych występach”.
Szanowny Panie Pęczaku, choć może zabrzmieć to boleśnie, to Tymon Tymański grał Beatlesów już w czasach, kiedy gościłem u Pana na praktyce, a było to całe eony temu. Co więcej, nagrał nawet wówczas w swej arogancji (czy też uwielbieniu) cover Beatlesów w postaci utworu I Want You (She’s So Heavy). Aliści, jestem więc nieco zaskoczony, słysząc, że artysta wziął się wreszcie porządnie za obiekt swych dziecięcych westchnień. Drogi Redaktorze – research, research, research.
Ale dość o poronionych recenzjach. Wróćmy do bigosu, bo to zacna potrawa, a Bigos Heart to zacna płyta. Co z tego, że w połowie składa się z powtórek - każdy artysta sięga przecież do szuflady, choć zwykle wyciąga z niej utwory dotąd niepublikowane. Nie Tymon Tymański, który wolał wyjąć już ograne, choć jak dowodzi przykład redaktora poczytnego tygodnika, pogrążone w otchłani zapomnienia piosenki. Mamy więc na nowej płycie Tymona i Tranzystorów Dragi to syf – dla niepoznaki nazwane Drugs i zaśpiewane po angielsku, mamy Sunday, mamy też I Think It’s OK – a wszystko to z albumu Songs For Genpo formacji Tymon i Trupy. To jeszcze nie koniec, bo artysta wyjął też coś niecoś z płyty Samsara grupy Czan, a mianowicie nagranie tytułowe (również przetłumaczone na angielski) i Miłość, która obecnie zwie się Less Then Two. Taki tam recykling i przesuwanie mebli w starym pokoju.
No dobra, poczepiał się i co? Ano nic, nic złego się nie stało. Stare piosenki nabrały nowego blasku, a nowe dobrze do nich pasują. Jak jest? Bitlesowsko, to jasne, skoro syn Tymona gra tu na oryginalnej perkusji z 69 roku, a jeden z najfajniejszych kawałków opowiada o bitlesie, który nie był wystarczająco dobry, by być bitlesem. Pete Best Was Good Enough – ripostuje Tymański, a kawałek rzeczywiście brzmi jak najwcześniejsze nagrania czwórki z Li... wtedy jeszcze z Hamburga. W pozostałych utworach bliżej mu jednak do George’a Harrisona z późniejszego okresu. Goodbye, Help Me Out czy Love Don’t Last (a może Free As A Bird?) mają to charakterystyczne Harrisonowskie ciepłe brzmienie i szorstką czułość melodii. Bigos Heart balladami stoi, bo jest jeszcze wspomniana Samsara, są I Think It’s OK i Less Than Two. Wszystko ładne, melodyjne piosenki, niepozbawione jednak podskórnej wibracji niepokoju, odrobiny postgrunge’owego brudku za paznokciami. Gitarzystom zdarza się czasem depnąć przester i zagrać znacznie ostrzej, jak w mocno riffowym Sunday (gdzie pojawia się też echo yassowych improwizacji) i motorycznym I Don’t Know. Sowizdrzalską tradycję podtrzymuje utwór tytułowy, w którym staropolskie danie zastępuje liść marihuany w roli symbolu pokoju i miłości. Zaskoczeniem i jednocześnie wyraźnym odstępstwem od przyjętej formuły albumu jest zaśpiewany przez Grzegorza Halamę (tego samego, o którym myślicie) po polsku i z dużym przejęciem (ale bardzo ładnie, trzeba to przyznać) utwór Posłuchaj Siddhartho.
Aby pozostać rzetelnym, przedstawiłem wam ze świąteczną kąśliwością (to pewnie ten nadmiar gazów) historię i okoliczności powstania tej płyty. Nie zmienia to jednak mojej o niej opinii, która jest jak najbardziej pozytywna. To dwanaście fajnych, melodyjnych, dawno nie słyszanych piosenek. Warto mieć, bo nie wiadomo, kiedy znów usłyszymy Tymona Tymańskiego w takim popowym wydaniu. [m]
To chyba nie do końca był dobry pomysł, żeby ta płyta trafiła do mnie. Niestety, nie jestem w tym przypadku odpowiednim targetem. Więc raczej nie spodziewajcie się głaskania po głowie.
Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. Koncepcja muzyki Lao Che to był faktyczny przełom w polskiej muzyce. Od wyboru tematyki, po zawartość muzyczną, jak i tekstową, o odbiorze społecznym nawet nie wspominając. Dlatego też kompletnie nie mogę zrozumieć sensu wydawania płyty Antyszanty przez Spiętego (czyli lidera Lao Che, Huberta Dobaczewskiego). Ok, czasami trzeba uwolnić się od działalności zespołu. Ale czy w takim przypadku nagrywa się coś, co stylistycznie leży tak blisko macierzystej formacji? Owszem, jest bardziej nerwowo, drapieżnie i surowo. Ale to nie jest płyta, która robiłaby wielkie wrażenie. To nie znaczy, że jest zła. Po prostu ta wyimaginowana linia nie została przekroczona.
Tym razem Spięty wziął na warsztat szanty. Zabiera nas w rejs po nadmorskich spelunach, gdzie słowo „gościna” jest bardzo szeroko rozumiane. Nie ma rady, musimy się dopasować do tej konwencji, idziemy w tango razem z wokalistą. W zamian dostajemy jedenaście utworów, w których folkowy klimat morskich przyśpiewek miesza się z niewielką dawką elektroniki. Przekraczamy pierwszy próg – wita nas Bajka o śmierci, w takt której powinniśmy wychylać kolejne kielichy i trzymając się pod pachy kołysać na boki. Będzie co ma być, ostrzega nas dobrotliwie artysta, popychając w kierunku kolejnych drzwi. Atmosfera robi się coraz cięższa, dookoła nas coraz mroczniej, z oddali słyszymy Dworujże, przemieszane z niepokojącymi, elektronicznymi brzmieniami. Żeby nam nie było mało rozrywek, co chwilę wracamy do sprawdzonych, szantowych melodii. W kolejnych utworach coraz więcej zabaw słownych, a wokal Spiętego staje się kolejnym instrumentem. (Na marginesie – potrzeba sporo zdolności i samozaparcia, aby nagrać prawie w całości samemu płytę, brawo). Singlowe Ma czar karma, z wyrazistym rytmem, czy też Kalikimaka zaczynają sprawiać, że zastanawiamy się – o co tu tak naprawdę chodzi. W końcu zrzucamy winę za wypity alkohol. I płyniemy z tym nurtem dalej. Po drodze mijamy Opuszczone porty, następnie jesteśmy świadkami bitwy morskiej. Sporo się dzieje w tych morskich opowieściach. Nasza ostatnia przystań to Łódź wariatów. Jakże znaczący tytuł, przy tak psychodelicznej melodii, zwłaszcza, że …w głowach trzy szóstki.
Mam problemy z ocenieniem tej płyty. Subiektywnie – nie podoba mi się, tak po prostu. Muzycznie jest dla mnie zbyt minimalistyczna, brak mi jakiegoś większego rozbudowania pewnych sekcji. I co najważniejsze – w ogóle nie kupuję tej koncepcji. Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest świadomy wybór. Jest zbyt teatralna i jednocześnie za surowa. Z drugiej strony wiem, że dla fanów Spiętego (nie tylko jego działalności solowej) płyta będzie wydarzeniem i kolejnym dowodem na obranie określonej drogi stylistycznej. W tym przypadku, dla mnie (co wolę podkreślić), jest to krok w tył, niestety.
I jaki z tej bajki wysnuwamy morał? Żeby ludzie się kochali, a nie napierdalali. Bardzo pouczające. [spacecowboy]
Według jednych źródeł Adre'N'Alin to poznański kwartet, według innych - projekt jednoosobowy. Niezależnie od wybranej opcji - szefem, liderem oraz mózgiem projektu jest Igor Szulc. Po kilku nieformalnych EP-kach przyszedł czas na premierowe wydawnictwo. Człowiek wydał rzecz własnym sumptem, dzięki temu mamy prawie stuprocentową pewność, że Cargo podzieli los wielu niesłusznie zapomnianych płyt minionych lat. Na szczęście w sukurs przychodzą zdobycze techniki - krążek jest dostępny na Amazonie i iTunes, można go również posłuchać w całości na Last.fm. Oczywiście jest także do kupienia bezpośrednio od pana Igora, ale to oczywista oczywistość.
Czym zachwyca Cargo? Chilloutową, często ambientową elektroniką nasączoną klasycznym instrumentarium ze szczególnym uwzględnieniem fortepianu. Intrygującą wiolonczelą wyłuskaną z klubowego beatu. Niepokojącym, lekko neurotycznym nastojem. Orkiestrowym przepychem. I koniec końców - przejmującymi melodiami. Nie jestem dobry z name-checkingu. Podobne rozwiązania opanowali do perfekcji chociażby panowie z Depeche Mode. W muzyce Adre'N'Alin słychać lekkość łączenia elektronicznych loopów w nośne linie, czuć precyzyjną wiedzę o oczekiwaniach słuchacza. Igor nie atakuje ilością bitów na sekundę. Wydaje się być oazą spokoju. Co z tego, skoro przy niektórych kawałkach ciężko usiedzieć w miejscu.
O tym, że nie będzie banalnie, przekonują pierwsze sekundy rozpoczynającego całość New Land. Zaczyna się... filmowo, dźwiękiem trąb. Mgnienie oka i już jesteśmy na zupełnie innym lądzie. Proszę uważnie posłuchać zrodzonych w krzemie poszczególnych warstw. Brzmi jak ścieżka wysokobudżetowej produkcji, na miarę (bądźmy na czasie) Avatara. I głos pana Szulca. Głęboki, natchniony, bez cienia patosu.
Moim zdaniem „filmowość” kompozycji jest kluczem do odbioru całości. Sposób, w jaki dokonuje się mariażu elektroniki z pompatycznością klasycznych instrumentów, zasługuje na uznanie. W Second mroczna elektronika zostaje przerwana pełną furii partią fortepianu, której nie powstydziłaby się Tori Amos. Black Cat mógłby ilustrować opowiadania Edgara Allana Poe. Pokłady smutku i tęsknoty zalewają Remeber. Prosty patent: delikatne dźwięki skrzypiec, spokojny fortepian, melancholijny klimat. Byłaby to niczym nie wyróżniająca się pieśń, gdyby nie głos przywołujący dokonania Antony And The Johnsons. Moim ulubionym kawałkiem jest Wardrobe, w którym Igor śpiewa niczym Billy Corgan za czasów Adore. I te przeszywające elektroniczne, barokowe organy...
Ten euforyczny nastrój ochładzają momenty, w których autor pozwala sobie na bardziej klubowe odjazdy (Run To The Head) oraz te, w których trochę przynudza (Meat, Promise). Przy czym zaznaczam, iż Cargo jest wydawnictwem, które powinno się zażywać w całości, bez skipowania.
Miło odpocząłem od gitar i nawalania w perkusję. Debiut Adre'N'Alin mimo całej swej sennej otoczki, leniwie płynących dźwięków oraz melancholijnej atmosfery ma kilka momentów, w których gwałtownie podnosi się poziom adrenaliny. To świadczy o emocjach. Chyba nie ma nic bardziej nobilitującego dla artysty niż świadomość, że jego dokonania oddziałują na świadomość potencjalnego odbiorcy. Ja, w każdym razie, dałem się ponieść. [avatar]
Nie mogę tego ukryć – mam słabość do wyrazistego, damskiego wokalu. Dlatego też projekt Trzydwa%UHT wzbudził moje niemałe zainteresowanie.
Historia zespołu jest dość niezwykła. Początek to przygoda wokalistki, Kasi Gierszewskiej z poezją śpiewaną. Poznanie przez nią gitarzysty, Adama Szramowskiego, prowadzi do zawiązania się zespołu. W 2007 do składu dochodzą Marcin Michalewski (gitara basowa) oraz Bartłomiej Mielnik (perkusja). Zostają zarejestrowane pierwsze utwory. Jeden z nich, Międzywiersz, zostaje wysłany na konkurs na najlepszą piosenkę Vena Music Festival. Zdobywa tam drugie miejsce, a zespół dzięki temu... debiutuje na scenie. Podczas tego koncertu do grupy dołącza drugi gitarzysta, Krzysztof Paskuda. Następnie skład zostaje wzbogacony o elektroniczne brzmienia, za które odpowiedzialny został Krzysztof Stanek. Kolejna ważna data – październik 2009. To właśnie wtedy na rynku pojawia się debiutancki album zespołu, Lista zakupów na miesiąc maj.
Pierwsze wrażenie po odsłuchaniu wszystkich utworów – jest to bardzo kobieca, delikatna płyta. Nie każdemu więc przypadnie do gustu, a przynajmniej nie w każdej sytuacji. Można wyczuć na niej wcześniejsze romanse z poezją śpiewaną, jednak ciepły, momentami bardzo mocny głos Kasi rekompensuje nam lekką banalność warstwy tekstowej. Bo jest ona przesłodzona, ale jeśli nie obawiacie się o stan swoich zębów – warto zakosztować. Taki na przykład Cały ten sens: Więc proszę zabierz mnie tam/ W rejestry z spoza słów/ Zabierz mnie tam/ Gdzie tylko Ty i ja mogę być muzyką. Jednak ballada O miłości smakołyki przyprawia mnie znów o lekkie zgrzytanie zębów. Zawartość cukru w cukrze przekroczyła tu swoją normę, a może to ja nie jestem z natury wielką romantyczką, innym może nawet smakować. Zdecydowanie bardziej podoba mi się Przyjdź mi do głowy, gdzie tekst jest znów pełen dwuznaczności, jednak metafory nie uderzają w nas aż tak bardzo: Przyjdź mi do głowy i skradnij jedną myśl/ Weź sobie ze dwie z tych, które złe/ Weź z tych, do których wstyd przyznać się.
Można by długo wymieniać takie dychotomie, gdyż pośród dwunastu zamieszczonych na płycie utworów znalazły się momenty słabsze i gorsze. Nie umiem uwolnić się od porównania stylistyki zespołu do połączenia Anity Lipnickiej z Kasią Nosowską. Gdy pierwszy raz usłyszałam utwór W uszy ciepło, to właśnie na myśl przyszła mi wczesna działalność solowa byłej wokalistki Varius Manx. Z drugiej strony zamykającego płytę utworu Polifonicznie w mono nie powstydziłaby się sama Nosowska. Zresztą, jest to bardzo mocny akcent, wypadający bardzo dobrze na tle dość spokojnej i delikatnej całości.
Trudno jednoznacznie ocenić to wydawnictwo. Z jednej strony banalne, słodkie piosenki dla zakochanych dziewczynek, a z drugiej utwory z rockowym nerwem. Zdecydowanym plusem jest wokal, do samych melodii nie można się przyczepić. Cieszy fakt, że obok Muzykoterapii i Mikromusic pojawił się projekt, który swoim stylem próbuje łagodzić nasze skołotane nerwy. Rockowe zacięcie i liryczne teksty - jak to zwykle bywa, jednym taka mieszanka się spodoba, innym wprost przeciwnie. Ja tym razem zostanę gdzieś po środku, choć ładne piosenki lubię, a na tej płycie znajdziemy ich w bród. Jednak cukier preferuję tylko w zestawieniu słodko-gorzkim. [spacecowboy]
PS. Duży plus za niebanalne podejście do oprawy graficznej zarówno płyty, jak i klipów.
Tego koncertu miało nie być. Zespół miał wystąpić jedynie na scenie Radia Rzeszów, jednak duże zainteresowanie sprawiło, że na szybko zorganizowano dodatkowy gig w młodym, lecz zdobywającym coraz większą polarność klubie Od Zmierzchu Do Świtu. O występie dowiedziałem się kilka godzin wcześniej i prosto z pracy, lekko spóźniony dotarłem na miejsce. Zastałem zatłoczony klub i towarzyszącą temu duchotę. Zespół zaczął już grać. Wówczas nie znałem jeszcze promowanego debiutu Urban Fable i założę się, że większość przybyłych również. Muzyków stłamszono na niewielkim podeście w rogu salki. Basista niemal cały występ przesiedział na krześle, gitarzyści również starali się ograniczać ruchy, by nie uszkodzić kolegów. W centralnym punkcie Ula Wójcik. Niewielka, drobniutka istota śpiewająca często z zamkniętymi oczami...
To nie jest do końca nowa płyta. Została nagrana w 2007 roku, ale w fizycznej postaci ukazała się dopiero przed paroma miesiącami. Nie ma co się dziwić problemom ze znalezieniem wydawcy - dźwięki na niej zawarte mogą wskazywać na sporą niepoczytalność muzyków. Dziesieć własnoręcznie zrobionych kawałków to popis chorych osobowości artystów w myśl zasady - im dziwniej, tym lepiej. Ci, którzy oczekują od Dra Zoydbergha sonicznej terapii, powinni wnieść skargę do NFZ. Chyba że lubią leczenie elektrowstrząsami.
W Polsce działa kilka kapel, które z powodzeniem łączą awangardę z metalem. Ostatnie wydawnictwa Orange The Juice czy Samo w udany sposób przełamują schematy, by w dziedzinie kombinacji ciężkich riffów z karkołomną rytmiką wypracować nowe rozwiązania. Dr Zoydberg jednak w centrum uwagi nie stawia na ciężar i przester. O wiele częściej woli epatować absurdalnym humorem i zwodniczym kontrastem. Muzycy w wywiadach przyznają się do inspiracji Frankiem Zappą. Jeśli wziąć na warsztat którąkolwiek kompozycję z albumu i dokonać autopsji niczym na laboratoryjnej żabie, dojdziemy do wniosku, że to całkiem zdolni uczniowie.
Niech więc będzie pierwszy z brzegu kawałek Fear And Loathing In Vetlinas. Na początek dostajemy nieco połamaną perkusję i w miarę standardową zagrywkę. Chwilę później wchodzi zakręcony zaśpiew Lalala lala lala. Natychmiast skojarzenia mkną w kierunku System Of A Down. Wokalista Sisior moduluje głos w identyczny sposób jak Serj Tankian. Co ponadto? Mamy przedziwne dwugłosy. Raz słyszymy głos niewinnego dzieciaka, innym razem zapuszczonego żula, które po paru sekundach przechodzą w pianie czystym, mocnym gardziołkiem. Zapomnijmy o melodii. Owszem, są, ale trwają zaledwie chwilę, po czym następuje załamanie, przejście w inne stany świadomości. Refren? Zwrotka? Wolne żarty! Metalowy riff zasiada na jednej grzędzie z jazzującym zagraniem i swingującą trąbką.
Powyższy akapit mógłby znaleźć zastosowanie przy opisie każdego następnego kawałka. Zoydbergowcy troją się, by uwaga słuchacza pozostawała na najwyższych obrotach. Johnie The... trwa ponad 14 minut. W tym czasie naszą percepcję poryje fuzja country, Faith No More, wodewilu i kabaretu. O tym, jaki rodzaj humoru panuje w tym kawałku, niech świadczy ta próbka tekstu: Knock-knock? Who’s there?/ Come here, yo, yo Fairy Godmother/ Yo fat fairy momma, what da news?/ How’s that Cinderell chick doin’? W Fist Of The Beast wyraźnie pobrzmiewają echa Primusa. Zresztą, duch Lesa Claypola jest obecny na całej płycie. Chłopaki potrafią również zagrać choćby i techno (Techno). Oczywiście pokręcone w specyficzny sposób. Mroczny bit miesza się z industrialem, monotonną perkusją i rajcująco funkową gitarą. Kończące wydawnictwo Pea jest w podobnym schizoidalnym klimacie co odpowiednik z Red Hot Chilli Peppers.
Pisałem to już w relacji z koncertu, który widziałem jakiś czas temu. Mają cholernie dobrego wokalistę! Sisior jak pojedzie Mikiem Pattonem to kolana miękną. Nieważne, że ma oprócz tego do zareprezentowania kilka innych patentów. Przecież i tak w pamięci pozostają najbardziej te fragmenty, w których brzmi jak szef Mr. Bungle (A.S.S.).
Handmage Songs to płyta dla twardzieli. Zbyt nieoczywista, pełna matematycznego szaleństwa. Nie dająca się oswoić i łatwo ogarnąć. Jak z każdą awangardową rzeczą - zespół skazany jest na niszę w niszy. Czy chłopakom starczy na tyle samozaparcia, by ciągnąć tę kompletnie niedochodową maszynę? Zdają się być na tyle pieprznięci, że chyba tak łatwo nie odpuszczą sobie kariery lekarskiej. Jeśli zgadłem - tylko się cieszyć. [avatar]
Możecie się śmiać, ale ukazanie się tej płyty jest naprawdę dużym wydarzeniem (niestety słabo nagłośnionym). Serial Siedem życzeń – absolutny top seriali na mojej prywatnej liście – został po raz pierwszy wyemitowany w 1986 roku. 23 lata później wreszcie wychodzi zbiór piosenek – rzecz równie znakomita co kawałki Lady Pank napisane na potrzeby kreskówkowej wersji O dwóch takich co ukradli księżyc. Potężny kawał klasyki znakomicie ilustrujący trendy w polskiej muzyce rockowej pierwszej połowy lat 80. (serial zmontowano w 84). Do tego zremasterowanej i brzmiącej – momentami – bardzo świeżo.
Dla urodzonych w okresie dziejów znanym jako „Balcerowicz musi odejść” małe rozpoznanie terenu. Serial opowiada o typowej polskiej rodzinie mieszkającej w bloku (no fakt, mieszkanie z pięterkiem w bloku, to nie było szczególnie typowe), a dokładniej kilkunastolatku imieniem Darek, który znajduje niezwykłego kota, Rademenesa. Kot gada, kot ma moc spełniania jednego życzenia tygodniowo, kot jest którąś z kolei inkarnacją przeklętego egipskiego kapłana. Wraz z przybyciem Rademenesa, w otoczeniu Darka zaczynają się dziać różne dziwne rzeczy – np. w jednym z odcinków zmienia się w swego ojca, by zaznać utęsknionej dorosłości, i idzie do kina na Seksmisję. Serial pełen jest niesamowicie zabawnych smaczków, a w rolach drugoplanowych wystąpiła śmietanka polskich aktorów, m.in. Barciś, Buczkowski, Pawlik, Drzewicz. Do dziś ogląda się go wyśmienicie (niedawno zrobiłem sobie powtórkę), nawet lepiej od Arabeli :)
Ale wróćmy do muzyki. Jeśli nadal się podśmiewujecie w piąstkę, że to jakaś podrzędna wokalistka Wanda Kwietniewska z podrzędnym zespołem, czym tu się jarać – to, moi państwo, mam dla was dwa nazwiska: Maciej Zembaty – napisał teksty (i użyczył swojego głosu Rademenesowi), John Porter – napisał muzykę. W efekcie otrzymaliśmy piosenki, które nie tylko mogą funkcjonować w oderwaniu od filmu, ale też bywają zaskakująco uniwersalne.
Na płycie jest dziesięć kawałków. Dwie wersje pieśni tytułowej i osiem innych piosenek. Każda z nich stanowiła oś osobnego odcinka i jest z nim związana tematycznie. I tu mała zagwozdka, bo nie mogę zlokalizować w serialu jednego utworu – Dawać. A jest to prawdziwa perełka! O tym za chwilę. Muzycznie zbiór tworzy wypadkową mainstreamowego rocka tamtego okresu. W Czy to szczęście czy nieszczęście i Siedmiu życzeniach (slide guitar wymiata!) słychać Porter Band, w Chcę być dorosły – Perfect, w Jestem zmęczony – specyficzną manierę Kory z Maanamu. A Nie ma już nic to dla mnie taki odpowiednik 51 TSA. We wspomnianym Dawać słychać niepodważalny wpływ... Klausa Mitffoha. Nie wierzycie? To posłuchajcie. Numer jest genialny!
Jeszcze na temat tekstów. O ile kilka z nich rzeczywiście mocno nawiązuje do fabuły serialu (Chcę być dorosły, Egipski rock), to większość spokojnie może żyć własnym życiem. Rzućcie okiem na te urocze wersy: Dlaczego zawsze coś się znajdzie do roboty/ Nie mam ochoty/ Dlaczego mówią, że nie hańbi żadna praca/ Praca uwłacza (Jestem zmęczony). Podpisuję się pod tym obiema rękami! Cały świat dziwnie drży/ Złe wibracje/ W taki dzień głupio brzmią słuszne racje/ Tak niewiele dzisiaj od was chcę/ Zostawcie mnie/ Proszę bardzo, myślcie o mnie źle/ Zostawcie mnie/ Chcę być sam (Zostawcie mnie). Przyznacie, że całkiem uczciwie napisane zdanka.
Inna sprawa, że nigdy nie traktowałem poważnie Wandy Kwietniewskiej jako wokalistki. A tu okazuje się, że w dobrze napisanych piosenkach wypada po prostu re-we-la-cyj-nie. W każdym kawałku śpiewa trochę inaczej, ma sporo środków ekspresji, a barwa głosu – idealna. O ile w numerach sprzed ponad 20 lat wypada tak, jak powinna brzmieć młoda rockowa dziołcha, to w nagranej dużo później wersji akustycznej Siedmiu życzeń (która zamyka album), w jej głosie słychać już wiek, doświadczenie, może nawet zmęczenie. I to też jest świetne, bo starzeć się z klasą to sztuka. I zespół daje radę. To wprawdzie tylko rzemieślnicy, ale wykonują swoją pracę solidnie, a w epizodach nawet z polotem.
Czyż to nie wspaniały prezent dla dzieci... a może raczej dla rodziców? Dla wielbiących kota Rademenesa zakup obowiązkowy, a dla pozostałych przyjemna lekcja historii. Hator, hator, hator... [m]