
Rozgłos zespołowi (także za granicą) przyniosło ostatnie długogrające wydawnictwo: Autoscopia: Murder In Phazes. Tytuł płyty dość adekwatny - wokal przypominający zarzynane świnie, mroczne riffy nasączone smołą i ogarniające uczucie przygnębienia. A jednak album przekazywał wyczuwalną pasję, malował ponury (choć wyraźny) krajobraz mrocznych stron duszy i oferował, co dziwne, miłe uczucie oczyszczenia (pokuty?). Fakt, wysłuchanie tego prawie godzinnego albumu do tej pory stanowi dla mnie spore wyzwanie (mózg już nie obsługuje tak wydajnie transformaty Lorentza jak dawniej), to poszczególne kawałki stanowią dobry punkt zaczepiania w dyskusjach z ortodoksyjnymi metalami :)
Impulse, mimo że formalnie to EP, trwa ponad 30 minut. Nie szkodzi, że na całość składają się tylko trzy utwory. Najważniejsze jest, że kapela nie rezygnując z wypracowanego stylu nagrała materiał przystępniejszy dla większej publiczności. Tytułowy Impulse zaczyna się dźwiękiem przerwanego kabla pod napięciem, by zaraz oddać pole monotonnie wybijanej perkusji. Przesterowany, powyginany delay płynie minuta za minutą i wprowadza słuchacza w klimat „za pięć minut apokalipsa”. Dość jasny i melodyjny riff może omamić, uspokoić nerwy po doomowym początku, jednak to pozorny prozac. Rzeźnia zaczyna się wraz z wejściem potępieńczego wrzasku. Warto znieść parę minut chorego growlingu (tudzież screamingu), w pewnym momencie w głosie Nicka pojawia się ból (moment, w którym z wrzasku przechodzi w prawie-śpiew jest jednym z highlightów płytki). I tu umieszczony jest kluczowy punkt w odbiorze EP-ki. Jeśli to przejście was ujęło, kupicie bez mrugnięcia okiem pozostałą część. Ci, którzy dotarli do tego miejsca z musu, nieprzekonani, bez wyrzutów sumienia mogą wcisnąć STOP. Reszta kompozycji to zapis gorączki trawiącej bohatera utworu. Choroby, która miesza rzeczywistość z omamami. Która sprowadza wyimaginowane potwory. Pot, zaciśnięte zęby, mokry kaszel. To nie jest przyjemna muzyka, choć daje podobne uczucie co pełna dawka świeżych antybiotyków...
Distant Earths ma zupełnie inny klimat. Przychodzi mi na myśl książka Artura Clarka Songs of Distant Earth. To właśnie taka pieśń z odległej planety. Naznaczona pięknem obcego krajobrazu, ale przede wszystkim ogromnym ładunkiem smutku i samotności spowodowanej odległością nie do pokonania. Wrażenia potęguje umiejętnie wpleciona w utwór przepiękna wokaliza w wykonaniu Magdaleny Prońko. I tak sobie leci ten utwór smagany kosmicznym wiatrem. A ja tonę razem z nim...
W recenzjach czytam o udanym flircie zespołu z ambientem. Środkowy Between jest parominutową etiudą pełną szelestu i świdrujących dźwięków pojawiających się bez wyraźnego wzoru. W sumie... koncepcyjnie to udane przejście pomiędzy maniakalnym Impulse a depresyjnym Distant Earths. Jednak brak tego utworu wcale nie wpłynąłby na odbiór płyty, wręcz przeciwnie - zagęściłby i tak oleistą narrację. Założę się, że po kilku przesłuchaniach u większości odbiorców Between wyskoczy z playlisty. To naprawdę pięć minut nudnego plumkania.
Mimo że twórczość Blindead skierowana jest do fanów cięższego grania w stylu Neurosis, Isis czy Cult of Luna, to niewielka objętość tego wydawnictwa powinna stanowić pewną zachętę dla miłośników lżejszej muzyki. Nie zdąży zmęczyć, odrzucić i spalić synaps nerwowych. Idealna rzecz do poszerzenia horyzontów muzycznych.[avatar]
Strona zespołu: http://www.blindead.net
Cóż, ta płyta niszczy, demoluje i nie bierze jeńców, dlatego nie mogę do końca zgodzić się z recenzją. Dla mnie jedna z lepszych rzeczy w tym roku.
OdpowiedzUsuńA ja myślałem, że napisałem pozytywną recenzję! Nawet próbowałem zachęcić do niej ludzi, którzy do tej pory nie mieli okazji zetknąć się z taką muzyką:)
OdpowiedzUsuńowszem, ale pojawiają się elementy, z którymi się nie zgadzam np. fragment o Between ;)
OdpowiedzUsuńPozdro!