Przykrą niespodzianką było też wprowadzenie bonów na napoje i jedzenie sprzedawane w obrębie festiwalu, ale cóż – Off się profesjonalizuje i zmierza w kierunku międzynarodowej standaryzacji. Ale żeby na bramkach tropić ludzi wnoszących kanapki? Zapewne spowodowaliby niepowetowane straty w kasie handlarzy kiełbachą.
No dobra, czas na muzykę. Festiwal zainicjował koncert w namiocie Trójki (nawiasem mówiąc, miał to być jakiś wypasiony namiot cyrkowy, czy coś takiego, a był ten sam co w ubiegłym roku) – i Stelka otworzył swoją scenę od mocnego akcentu. The Black Tapes grali żywiołowo, wokalista odstawiał obłąkańcze pogo plącząc się w kablach, wszystko fajnie, pięknie i do przodu, ale po piętnastu minutach stało się strasznie monotonne. Jedyny zapamiętany moment – wstęp do Celebrations z charakterystycznym motywem na klawiszu.
The Thermals ze Stanów to kapela znana niewielu, bo też nie reprezentująca niczego wielkiego, ot prosty - bardzo melodyjny - koledżowy post punk. Za to na żywo wypadli bardzo energetycznie, odgrywając najszybsze kawałki ze swoich trzech płyt. Nie zwolnili ani na chwilę, przez co po kilkunastu minutach ich muzyka zaczęła się zlewać w jeden wielki punkowy kawał przesterowanego dźwięku. Szkoda, że nie było z ich strony żadnego kontaktu z publicznością – przelecieli pół świata, żeby odrobić pańszczyznę, czy co? Fajnie patrzyło się na uroczą basistkę, która trochę ubarwiła dość monotonny występ Amerykanów.
Potem oglądałem już dość nieregularnie. Był dziwaczny amerykański Health, który chyba posunął się za daleko w generowaniu chorych, już nie bardzo gitarowych dźwięków.
Był Lech Janerka, który zagrał w całości Historię podwodną i zabrzmiało to naprawdę kapitalnie. Janerka w dobrej formie, trochę zamyślony, z nostalgią wspominał dzieje tej legendarnej płyty, ale wraz z zespołem aż kipiał energią. Wieje zagrane na bis po prostu wbiło mnie w ziemię. Wielkie brawa nie tylko za lekcję historii, ale przede wszystkim znakomity koncert.
No i na koniec Fucked Up. To, co słyszałem na ich ostatniej płycie (dość monumentalne kompozycje nawiązujące do Trail Of Dead), nijak się miało do występu na żywo, który był po prostu... popierdolony. Wielki tłusty Kanadyjczyk z mikrofonem wytrzymał na scenie tylko jeden numer, potem wpadł w kanał pomiędzy fanami i darł się prosto w twarze oszalałych od hałasu ludzi, przybijając piątki, krzycząc, że są piękni, że kocha polski punk i że festiwal jest amazing. W tym czasie zespół (w tym podobna do drwala w sukience kobieta) generował ekstremalny hałas na trzy gitary, bas i pęknięty talerz, który wydawał tak porażający dźwięk, że chciało się siąść w kąciku i błagać o ciszę. To było naprawdę mocne przeżycie, chyba najmocniejszy koncert na tegorocznym Offie.
Aha, jeszcze gdzieś tam w międzyczasie widziałem fragment koncertu Kumka Olik na scenie Miasta Muzyki. Przyznam, że chłopaki robią pozytywne wrażenie. Ich piosenki są pozbawione oryginalności, ale dzieciaki grają całkiem sprawnie i żywiołowo, wypadając bardziej przekonująco niż na płycie.
I na tym zakończył się dla mnie dzień pierwszy (czyli tak naprawdę dzień drugi całego festiwalu). [m]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz