No to fru na scenę plażową, gdzie udzielał się esemesowy debiutant White Rabbit’s Trip. Chłopaki fajnie się rozkręcali grając te swoje świrnięte piosenki, co z tego, kiedy znowu musiałem zastosować coitus interruptus i zrywać się, bo na głównej grała już...
Co tam jeszcze było dobrego? Handsom Furs – okej, ale całego koncertu wytrzymać się nie dało. Straszna łupanka się z tego zrobiła, choć kontakt z publicznością fantastyczny. Crystal Stilts – dla mnie nie do wytrzymania za sprawą koszmarnego pogłosu na wokalu. Pewnie miało być atmosferycznie i dreampopowo, ale mnie to odrzuciło. Dla odmiany Crystal Antlers, mimo że jechali na jednym patencie, potrafili wciągnąć i zafascynować. Charyzmatyczny, spazmatyczny wokalista i dostojne, często furiackie brzmienie w zapadającym zmroku robiły wrażenie.
The Car Is On Fire. Tak, chciałem poznać ich fenomen, wytrzymałem trzy piosenki. I nadal jestem głupi. Nic w tym zespole nie gra. Są sprawni, są osłuchani, ale co z tego? Wokal był straszny! Ale fani dobrze się bawili.
Cool Kids Of Death odegrali w całości (o matko!) swój debiutancki album. Prosiłbym pana Rojka, żeby na przyszłość takich rzeczy nie robił i oszczędził ludziom nerwów. Było to żałosne widowisko, zespół, który nagrał cztery płyty, a wciąż nie potrafi zagrać swoich piosenek na żywo – śmiać się czy płakać?
Maria Peszek. Cóż, wiem, że chwaliłem jej płytę, ale ten koncert to było coś strasznego. Teatr jakiś czy kabaret. Peszkówna nie umie śpiewać, jedyne, co potrafi, to dawać show. Zespół grał porządnie, ale stanowił tylko tło dla mizdrzącej się aktoreczki. Trochę mnie zemdliło, bardzo przepraszam.
Zahaczyłem też o koncert Casiotone For Painfully Alone. Smutny koleżka za zestawem do generowania podkładów. Ładne melodie, ale strasznie dołujące.
Widziałem jeszcze kawałek Wooden Shjips – ponura psychodela. Trochę męczące. Nie widziałem niestety koncertu Woody Aliena (jak zwykle scena eksperymentalna out), za to nabyłem ich najnowszą płytę, która premierę miała właśnie na festiwalu.
Ogólne niepozytywne wrażenie mam takie, że większość zespołów zagrała strasznie siłowo. Przyjechali się wyżyć, wyprodukować kupę hałasu, ogłuszyć ludzi. Wśród zagranicznych wykonawców brakowało czegoś wysmakowanego, finezyjnego (ale nie oglądałem nocnych koncertów, już nie mówiąc o tych poza Słupną, więc oceniam tylko na podstawie tego, co opisałem). Brak umiejętności nadrabiany butnością?
No i drażnią trochę te haczyki mające ściągać większą publiczność. Peszkówna czy CKOD obok kompletnie niszowych wykonawców – Off stoi w rozkroku, jakby bał się porzucić tę odrobinę mainstreamu, którą przemyca od początku swego istnienia. Było bardziej bezkompromisowo niż w ubiegłych latach, ale rozdźwięk między totalną alternatywą a komercją wypadł porażająco.
PS. Nie padało! [m]
Słuchałem wywiaddu z Peszek w Trójce w nocy. Upadek może być dla tej dziewczyny ciężkim przeżyciem: zadufana, sodówa uderzyła do głowy... Przykre, tym bardziej, że pierwszą płytę lubię, a druga to początek końca.
OdpowiedzUsuńcześć! chyba od samego początku jestem fanem komentarzy na tym blogu we are from poland. Gratulacje dla osoby która streściła off festiwal!!!
OdpowiedzUsuńWielki ukłon za prawdę! Za szczerość i rzetelne, kompetentne przygotowanie się. Fachowy opis. bez zbędnych "tetate"
polecam żenujący wywiad Kuby W. z CKOD którego nie interesuje off, nie ma zielonego pojęcia kto gra!!
OdpowiedzUsuńno chyba że CKOD grali tylko i tylko oni przez trzy dni :-)
zapraszam na :
http://teledyski.onet.pl/10173,5367341,teledyski.html
jasne, najlepiej to się spakować o 22 i pojechać do domu... panie kolego, festiwal trwał do 4 rano, myśmy jeszcze tam byli kiedy pan sie na 2 bok przewracał... ;)
OdpowiedzUsuńjak ja byłam na koncercie Peszkowej w Łdz, to było show i kabaret, ale było też i dobre spiewanie... nie wiem, może coś się zmieniło od tamtej pory...
OdpowiedzUsuńsorry ale przy twoim doborze zespolow opinia o festiwalu moze byc krzywdzaca. na pierwszy rzut oka z 6-7 nazw brakuje.
OdpowiedzUsuńna przykład?
OdpowiedzUsuńdomyślam się o co chodzi - dlatego przypominam, że to jest blog o polskiej muzyce. opis koncertów the national, wire itp, itd znajdziesz gdzie indziej.
Tak? To dlaczego recenzujesz Crystal Stilts, Crystal Antlers, The Thermals, Micachu czy Fucked Up? Od kiedy to polscy muzycy są???
OdpowiedzUsuńwspominam tylko w kontekście całego festiwalu, bo widziałem i tyle. moją poprzednią wypowiedzią zwracałem tylko uwagę na priorytety, którymi się kierowałem przy doborze koncertów.
OdpowiedzUsuńchyba zbyt miażdżąca ta recka MKL, tym bardziej że jak dla mnie chłopaki zaprezentowali jedyną w miarę niewymuszoną i naturalną konferansjerkę wśród wszystkich polskich artystów na Offie. choć rozumiem, że maniera Zmywaka może być drażniąca - ale przynajmniej w zalewie "spoko kolesi", udowadniających onstage jak bardzo są spoko, on się jakoś tam wyróżnia. no i
OdpowiedzUsuń"
MKL to dziś najlepszy – obok Pustek – piosenkowy polski zespół. Niech inni młodzi patrzą na nich, słuchają ich piosenek i idą w ich ślady. A wtedy będziemy mieli swoją własną rewolucję nowego rocka. [m]" - napisałeś przy okazji 2 płyty.
podtrzymuję, ale w tym akurat momencie festiwalu dość mocno zaczęli mi działać na nerwy :) czasem tak bywa.
OdpowiedzUsuńwoody alien - to było coś przynajmniej bardzo dobrego.
OdpowiedzUsuńJa rozumiem, że nie zawsze trzeba słodzić, ale mi to trochę zapachniało porcysem. Pisanie na zasadzie: "będę fajny, będę kontrowersyjny, będę jechał po większości". A The Black Tapes, które dało znakomity występ? A George, którzy okazali się (jak na siebie) całkiem znośni? A Janerka, Miłość i Pustki, trzy występy, które były lepsze niż niejeden koncert zagranicznego wykonawcy? Jak już się pisze, że jakaś część polskiego podwórka dała ciała, to wypadałoby napisać, że byli też tacy, co pięknie oczarowali.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
a tak konkretnie o co ci chodzi? czytałeś relację z piątku? bo chyba nie. i proszę mi tu porcysami nie epatować
OdpowiedzUsuńdopiero teraz dostałam się do komputera. dzięki za rzetelną recenzję. w komercyjnych miejscach sieciowych same superlatywy, niestety.. szkoda tylko, że nie pokusiłeś się o analizę warstwy rytmicznej koncertu Skinny Patrini. warstwa wizualna drapieżna, owszem. według mnie, mówiąc delikatnie, nieporozumieniem jest wykorzystywanie najstarszego bodajże sposobu na zwrócenie na siebie uwagi, jakim jest golizna, przez dziewczynę dysponującą jednym z najmocniejszych i najoryginalniejszych wokali w tym kraju. większość spektatorów nie miała okazji usłyszeć Anny, która śpiewa zamiast zdzierać sobie gardło. a szkoda. co do warstwy muzycznej, usłyszeliśmy pierdzący jednostajnie syntezator. im nowszy utwór, tym mniej melodyjnie i bardziej sztampowo. kierunek, który duo sobie obrało, śmieszy, tumani, przestrasza. mają potencjał, a przynajmniej mieli. początki zespołu to elegancki, gotycki image i chwytliwe, choć ostre i bezkompromisowe numery. trudno mi pojąć, co się stało. sieczka, striptease i wrzaski. szok.
OdpowiedzUsuń