10 stycznia 2015

John Porter: Honey Trap (Mystic, 2014)


Za najbardziej kiczowatą okładką roku skrywa się jedna z najlepszych płyt roku. W swojej kategorii, oczywiście.

Z tą okładką to w ogóle jest jakiś przypał. Popatrzcie tylko na nią. A potem wpiszcie w Google hasło „Gregory Manchess”. I zobaczcie efekty wyszukiwania. Prawda? No jakoś panu Manchessowi nie wyszło w przypadku naszego walijskiego Polaka.

Ale nic to. Muzyka jest najważniejsza. Pod tym względem wszystko z Honey Trap w porządku. Porter po raz kolejny zaprasza do świata szorstkiej bluesowej ballady. Płyta ma mocno amerykański charakter, a sam Porter wokalnie bardzo przypomina... Marka Lanegana.  Czasem nawet z czasów Screaming Trees, kiedy to kompozycje nabierają tempa i ostrości (grunge'owe Where The Sun Never Shines, punkowo basujące Outta My Bad). Dominują jednak ballady, snute niskim głosem, właściwym dla tego faceta ze zdjęcia prasowego – siedzącego z nadpalonym papierosem w ustach za starą maszyną do pisania, z boku gotowe do użycia bandżo, za plecami regał z książkami, na wieszaku pamiętająca lepsze czasy kurtka i kapelusz, tak niezbędne, gdy trzeba wyjść do pobliskiego baru zaczerpnąć plotek z okolicy oraz wonnego dymem i oparami whisky natchnienia.

To właśnie one stanowią esencję Honey Trap. To one przypominają o innych mistrzach tej „literackiej” formy muzycznej, szczególnie Nicku Cave'ie (obejrzyjcie koniecznie jego 20 000 dni na Ziemi). Wzruszenie ściska, gdy słucha się pięknej Something New, chwytającej za uszy świetnym refrenem Light On A Darkened Road czy wywołującej ciarki charkotliwym brzmieniem gitary Dreaming Of Drowning.

Cały album jest wypełniony równie dobrymi piosenkami. Dojrzałymi i przemyślanymi. Piosenkami dorosłego mężczyzny, który nie musi się już do nikogo mizdrzyć i wygłupiać w programach dla tępaków w TV.  Dzięki za to, Mr. Porter. [m]


Strona artysty: https://www.facebook.com/JohnPorterBand

4 komentarze:

  1. Fajny kawałek. Może już czas dla Johna, aby spróbować nagrać płytę z bluesem?
    Pozdrawiam z Rugby.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kawałek z klipu cieniutki, nie zachęca do zakupu płyty. Helicopters to był szczyt Portera, późniejsze granie to pitolenie bez pomysłu. Czasem ciut lepsze (Lipnicka) a czasem tragiczne (Porter Band).
    Podobnie z Cave, dla mnie skończył się na Let Love In, reszta bez pazura.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dojrzały Porter ma swoje plusy. Blues w jego wykonaniu brzmi świetnie. Zdecydowanie wolę jednak twórczość Johna w Porter Band. Krążek Helicopters z 1980 roku jest fenomenalny i gdyby miał dobrą reklamę, mógłby zawojować brytyjski rynek.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super artykuł. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni