25 listopada 2014

Substytut: Nie będzie już ewolucji (wyd. własne, 2014)


Oto pośmiertna płyta dobrze zapowiadającej się kapeli, która dała się poznać cztery lata temu EP-ką Crash Team Racing. Niestety, w styczniu tego roku zespół powiesił w biografii tabliczkę z napisem The End. Szczęśliwie dla nas, kilkanaście dni temu panowie zdecydowali się upublicznić nigdy nie wydany debiut w postaci streamu. Lepsze to niż nic!

Ktoś pamięta Macieja Ramisza, który w 2010 roku wydał bardzo intrygujące małe wydawnictwo Towards A.? Wydawało się, że młodego chłopaka z Pabianic dzieli zaledwie krok od większej rozpoznawalności, może nawet sławy. Nowe nagrania solowe, jak i z macierzystym Substytutem, miały się ukazać tuż, tuż. Lata mijały, a obietnice gasły. Ramisz szwendał się tu i ówdzie, miał przygodę z Lorein, a obecnie wspiera (z pewnym powodzeniem) Young Stadium Club. Ciekawe, czy muzykom będzie trochę żal, że to już koniec, gdyż Nie będzie już ewolucji jest cholernie dobrą płytą!

Tak sobie uzmysławiam, że w 2014 roku bardzo ciężko o przyzwoite post-myslovitzowskie dźwięki. Jeszcze cztery, pięć lat temu, większość młodych zespołów zaczynała pierwsze kroki od tłuczenia w piwnicach britpopowych zagrywek, a dziś? Albo zwiewny electropop, totalny eklektyzm, albo wędrówki w schizoidalne klimaty. Naturalna kolej rzeczy; Oasis każdemu się przejadło i szukanie nowych środków wyrazu jest czymś oczywistym. Ale czy to znaczy, że z tej szufladki nie da się wyciągnąć już nic fajnego, twórczego, ożywczego i bez cienia obciachu? Substytut ma jedenaście dowodów na to, że wciąż można, bez czekania latami na kolejny „revival”.

Pisząc ten tekst jestem po zaledwie kilku przesłuchaniach i ciężko mi podejść do tej płyty z dystansem, ale na Nie będzie już ewolucji nie ma dla mnie w tej chwili żadnego złego kawałka. To nie są kompozycje rzucające na deski od pierwszego odsłuchu. Ale trzeci raz już chwyta. I nie puszcza. Przede wszystkim dzięki wokaliście. Maciek Ramisz ma charakterystyczny, zmanierowany, brytyjski styl śpiewania. Facet śpiewa na granicy zblazowania, aż wręcz wydaje się, że może odejść od mikrofonu, bo się znudzi. Bądź wścieknie jak Morrisey. Ale nie można odmówić mu pewnej dozy magnetyzmu, tego czegoś co nie pozwala przełączyć na jakiegoś innego wykonawcę. Dodatkowo jest zręcznym tekściarzem i - co ważne - nie ma oporów przed śpiewaniem po polsku. Mimo czasami abstrakcyjnych metafor, potrafi obserwować świat i ciekawie zdawać z tego relacje. To nie czas na honory/ Próby sił/ Chęć odwagi/ Liczy się dobro własne/ Narcyzm modny jest (Popkulturalni). Albo: Przecież w Polsce żyje wciąż/ Bez perspektyw lepszych woń/ Nie narzeka mówiąc źle/ Znów przeliczył się (Edi).

Ale dość o samym Ramiszu. Substytowe indie to wypadkowa najlepszych momentów, które przetoczyły się przez niezal od momentu powstania grupy w 2008. Płytę nagrało trzech gości, ale chłopaki nie ograniczyli się do podstawowego instrumentarium. Gdzieniegdzie zatli się delikatna elektronika, tu wysunie się na pierwszy plan udana partia klawiszowa, tam gitary zagrają z mocą Bloc Party. I te momenty, pomysły, idee, które wywołują „efekt wow” w umyśle. Utwór numer siedem. Symetria. Czas: minuta trzydzieści pięć sekund. Ta chwila, kiedy wchodzi efemeryczna partia gitary elektrycznej pomiędzy akustyczne brzdąkanie. Miód! Albo kakofonia w finale Fazy-lotu. Czy zaproszenie do współpracy młodego Edge'a z U2 do Destyluję chwilę. Albo stylowy klawisz w Encyklopedii romansów i rozstań… Słucham piosenki za piosenką i nadziwić się nie mogę, jak nikomu nieznane trio z Pabianic deklasuje w każdej jednej o wiele bardziej uznane gitarowe składy. Nie mówiąc o samym Myslovitz!

I co, dalej możecie z ręką na sercu stwierdzić, że przejadło się wam klasyczne indie? Nie uwierzę! Jednak w tej beczce miodu jest i duża łyżka dziegciu – fakt, że jesteśmy skazani wyłącznie na soundcloudowy stream… [avatar]



Strona zespołu: https://www.facebook.com/substytut

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni