28 listopada 2014

Hurtownia: Lee la Loa, Rebeka, Straight Jack Cat, Where Is Jerry


Krótki przegląd jeszcze świeżych EP-ek. 

Lee la Loa: Little Love Story EP (wyd. własne, 2014)


Nowy zespół starych wyjadaczy, którzy na razie nie ujawniają swoich nazwisk. Nie brzmi to zachęcająco, ale trzyutworowa EP-ka ma w sobie coś, co każe do niej wracać. Piosenki zaśpiewane przez Lee la Loa leniwym, nieco zmanierowanym głosem (gdzieś pomiędzy Laną Del Rey a Izą Komoszyńską z Sorry Boys) wciągają swoim niespiesznym tempem, stonowaną melodyką i przywiązaniem do szczegółu.

Delikatny gitarowy pop generowany przez zespół ma swoje chwile triumfu, kiedy partie poszczególnych instrumentów rozlewają się jak ciepła woda przypływu po szorstkim piasku sekcji rytmicznej. Niby wszystko to jest gładkie i nieagresywne, ale pod tą zewnętrzną warstwą kryje się sporo alternatywnej chropowatości i z trudem wstrzymywanej energii. Na uwagę zasługuje zamaszysty Nowhere, który robi wrażenie kontrolowaną furią czającą się gdzieś na głębokim drugim planie, a także przestrzenny Purple Sky z cudownie poprowadzonymi gitarami i wysmakowanym brzmieniem perkusji.

Zapowiada się ciekawie. Mam tylko nadzieję, że wokalistka wzbogaci swój wokal o inne środki ekspresji. Samo mruczenie i marudzenie może na dłuższą metę nie wystarczyć.




Rebeka: Breath SP (Brennnessel, 2014)


Po sukcesie debiutanckiego albumu duet musi zmierzyć się z rosnącymi oczekiwaniami fanów na całym świecie. Singiel Breath pokazuje, że Iwona Skwarek i Bartosz Szczęsny mają wyraźnie nakreśloną ścieżkę rozwoju.

Tytułowy Breath to znane już z Hellady połączenie melancholijnej muzyki tła z tanecznym bitem, który wyłania się z oddali, jakby dźwięk przebijał się przez ściany wyłożone gąbką. Sprawia to niesamowite wrażenie obcowania z muzyką w sposób niemal fizyczny, jak gdyby była czymś materialnym. Utwór jest dość niepozorny, ale w swojej skromności skrywa pokłady przebojowości. Jeszcze bardziej stonowany jest Into The Ground, w którym Iwona po raz kolejny oszałamia barwą swojego nieziemskiego głosu. Kapitalny finał z narastającym basowym tonem i przetworzonymi wokalami.

Na deser remiks Breath w wykonaniu Idiotape. Na szczęście nie z tych dziwacznych, które nie zostawiają praktycznie nic z oryginału. Tu jest przede wszystkim wzmocniony bit i podkręcone walory taneczne nagrania wyjściowego.




Straight Jack Cat: EP 2 (JazzBoy, 2014)


Trochę mnie niepokoi cisza wokół drugiej EP-ki tego małopolskiego kwartetu. Już pierwszą zdemolowali uszy słuchaczy swoją interpretacją klasycznego bluesrockowego łomotu. Drugą tylko potwierdzają wyśmienitą dyspozycję i z wielką pewnością mówią: spokojnie, wiemy co robimy. Mają na siebie pomysł, bo czterech nowych kawałków słucha się z wypiekami na twarzy. A każdy z nich nieco inny, nie ma mowy o jechaniu na tym samym patencie.

Passing startuje i od razu wiemy, z kim mamy do czynienia. Potęga brzmienia tego zespołu zdumiewa mnie za każdym razem. Słyszałem tysiące rockowych kapel, a jednak kolejna z nich potrafi wycisnąć z instrumentów i wzmacniaczy jeszcze więcej. Gdzie jest granica?

Chłopaki chyba musieli słuchać ostatnio Mclusky’ego (sam chętnie wrócę do ich wściekłej twórczości), bo Jennifer opiera się na bardzo podobnej zasadzie. Krzykliwy wokal rzucony na gitarę prowadzącą, szarpiący noise’owy riff i ogłuszający łoskot bębnów. O tak, więcej takiego hałasu poproszę! Z kolei Even to taki radosny revivalowy hicior. Jak łatwo wbijają tu na wysokie obroty z hiperchwytliwym refrenem! To też sztuka napisać piosenkę, która chwyta od razu. Curly Heads mogą SJC czyścić buty. W Leave za to mamy klimat jak Hendriksa – ta gitara, ten bas. Ciareczki.

Niech będzie szum, niech będzie hałas, bo ten zespół całkowicie na to zasługuje. Może nawet bardziej od innych wychwalanych ostatnimi czasy.




Where Is Jerry: Arvo EP (Radio Rodoz, 2014)


A ci swoje. Niewiele się zmieniło od ich zeszłorocznej EP-ki. To ciągle ten radiorodozowy indie rock z naleciałościami Kevina Arnolda i Nirvany. Charakterystyczna niedbałość muzyczna i wokalna idzie w parze ze sporą przebojowością i melodyjnością, co rzuca się w uszy już w otwierającej płytkę Wściekłości i gniewie. Jest klaskanie i są wstawki Vreena!

W Twilite Satellite jest już znacznie więcej hałasu i przesterów, które w Call Me River przybierają dość drastyczny kształt (co mi jak najbardziej odpowiada). Dla kontrastu balladowy, pogodny Summer Time i nieco na siłę wciśnięty Sport Song. Już to znamy i z koncertówki, i płyty samego Vreena!

Jak to mówią, panowie mają wyjebane na sławę, dlatego zupełnie nie promują tej EP-ki. Może trochę więcej wiary w siebie, hm?


Polecał [m]

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Najczęściej czytane w ciągu ostatnich 30 dni